Czytelnia

Była zima w Rosji, a on żył… Wspomnienie o Nikołaju Koladzie

| 9 minut czytania | 434 odsłon
fot. z archiwum prywatnego
fot. z archiwum prywatnego

Dramaturg, reżyser, pedagog, scenograf, aktor i producent – w jego przypadku nie są to kolejne punkty w biografii, lecz opis jednej praktyki. Najczęściej mówi się o nim jako o dramatopisarzu, następnie jako o reżyserze czy pedagogu.

Nikołaj Kolada mawiał o sobie pół żartem: „słońce rosyjskiej dramaturgii”. Jego ukraińskie nazwisko wywodzi się od pogańskiego święta narodzin „nowego słońca” w dniu przesilenia zimowego – a ojciec Kolady był Ukraińcem przesiedlonym do Kazachstanu. Kiedy ktoś próbował mu coś tłumaczyć o teatrze, ucinał rozmowę: „Jestem starym teatralnym szczurem”. Było w tym i poczucie humoru, i świadomość własnego miejsca we wszechświecie. Bo Kolada rzeczywiście należał do tych twórców, którzy w teatrze potrafili zrobić wszystko.

Dramaturg, reżyser, pedagog, scenograf, aktor i producent – w jego przypadku nie są to kolejne punkty w biografii, lecz opis jednej praktyki. Najczęściej mówi się o nim jako o dramatopisarzu, następnie jako o reżyserze czy pedagogu. A przecież był także znakomitym scenografem. Nikt nie pracował tak twórczo z estetyką postsowieckiego bazaru: dywany z ikonami, tanie reprodukcje malarskich arcydzieł, plastikowe ozdoby, matrioszki. Ten świat przedmiotów stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów jego teatru.

Kolada zmarł 2 marca 2026 roku w Jekaterynburgu w wieku 68 lat. Na ten dzień zaplanowana była premiera jego ostatniego spektaklu – Orfeusz schodzi do piekiełTennessee Williamsa. W zasypanym wciąż śniegiem teatrze, zasypanym też górą kwiatów i przy nadkomplecie widzów, zagrano premierę. Kolada chorował. Uciekł ze szpitala, żeby dokończyć próby – brakowało jeszcze finału. Z jednej z prób zabrała go karetka. Trafił na oddział intensywnej terapii. Zabiła go sepsa.

Urodził się w 1957 roku w małej kazachskiej wsi Presnogorkowka. W wieku szesnastu lat przyjechał do Swierdłowska (dzisiejszego Jekaterynburga). W 1977 roku ukończył szkołę teatralną jako aktor i przez kilka lat pracował w tamtejszym Teatrze Dramatycznym. W tym czasie zaczął pisać pierwsze sztuki. Później studiował literaturę w moskiewskim Instytucie Literatury im. Gorkiego.

Największą rozpoznawalność przyniosły mu lata dziewięćdziesiąte. W 1993 roku Roman Wiktuk – reżyser urodzony we Lwowie, ówczesna gwiazda – wystawił jego sztukę Proca: brutalny, przejmujący dramat o miłości, przemocy i wykluczeniu. Tekst ten uchodzi dziś za pierwszą rosyjską sztukę queerową. W wielu kolejnych dramatach Kolady powracały tematy marginalizacji, seksualności, rozpadu więzi i społecznej beznadziei. Libido i mortido w jego twórczości zawsze szły w parze – dokładnie według Freuda.

Kilka lat temu w wywiadzie Kolada przyznał, że praktycznie w każdej jego sztuce pojawia się temat queer – przynajmniej w formie aluzji. Paradoks polegał na tym, że w czasie wojny, gdy w Rosji ruch LGBT został uznany za „organizację terrorystyczną”, Kolada przestał ukrywać własną queerowość. Zadzwonił do mnie i powiedział, że życie jest kruche i w każdej chwili może się skończyć – dlatego chce choć trochę pożyć poza szafą.

Najważniejszym przedsięwzięciem jego życia był jednak teatr.

W 2001 roku w dniu swoich urodzin 4 grudnia założył w Jekaterynburgu Kolada-Teatr – prywatną scenę, którą prowadził przez ponad dwadzieścia pięć lat. W rosyjskich realiach był to przypadek niemal bez precedensu. Teatr działał bez stałego finansowania z budżetu państwa i utrzymywał się głównie z honorariów za dramaty Kolady wystawiane w Rosji i za granicą oraz z biletów. W swoim teatrze był jednocześnie dyrektorem, dramaturgiem, reżyserem, scenografem i producentem. Za własne środki wynajmował przez lata piwnicę dla teatru, potem drewniany dworek z końca XIX wieku – remontował i budował teatr razem z aktorami. Doglądał wszystkiego.

Miał w sobie energię organizatora, ale też potrzebę opiekowania się ludźmi. Gotował i karmił swoich aktorów oraz współpracowników, karmił gości teatru, przygarniał bezdomne koty. Zespół rósł – pod koniec życia było na etacie około osiemdziesięciu osób. Miał rękę do ludzi, zwierząt i roślin, co roku przysyłał mi zdjęcia swoich pomidorów i papryk wyhodowanych na parapecie w skąpym uralskim słońcu. Do końca zachował emocje małego chłopca z kazachskiej wioski: wzruszał się na spektaklach i na próbach, pomagał każdemu zagubionemu i bezbronnemu. Jednocześnie bywał zapalczywy, uparty, kłócił się, obrażał, a urazę potrafił nosić długo.

Wokół teatru powstało środowisko określane jako „uralska szkoła dramaturgii”. Kolada uruchomił w Państwowym Instytucie Teatralnym w Jekaterynburgu kurs dramaturgii – do dziś jeden z najważniejszych ośrodków kształcenia dramaturgów w Rosji. Wśród jego uczniów znaleźli się między innymi wystawiani również w Polsce Oleg Bogajew, Wasilij Sigariew, Jarosława Pulinowicz, Irina Waśkowska czy Władimir Zujew. Wypatrywał talentów wszędzie: spotykał ludzi na ulicy, w parku, w przejściu podziemnym i zapraszał do siebie na studia. Uczył też na wydziale reżyserii i aktorstwa.

Zorganizował także konkurs dramaturgiczny „Eurazja”, festiwal „Kolyada Plays” oraz Centrum Dramaturgii Współczesnej – drugi teatr poświęcony wyłącznie nowej dramaturgii. W głównym teatrze grał dużo klasyki i przedstawień dla dzieci – to one utrzymywały zespół i instytucję. Z czasem Centrum oddał w ręce swoich uczniów.

Jego spektakle przypominały współczesny teatr jarmarczny: głośny, rysowany grubą kreską, pełen muzyki, krzyku i świadomego kiczu. Głośna, natrętna muzyka, przesadzone intonacje, żarty poniżej pasa, umowne, niepowiązane z epoką kostiumy i takie same dekoracje – wszystko to przywoływało dawne formy teatru ludowego, który Kolada jakby tworzył na nowo. Sceny zasypywały przedmioty z postsowieckiego bazaru. Z jednej strony obniżało to patos klasyki – Szekspira, Puszkina czy Czechowa – z drugiej pokazywało świat, w którym wartości istnieją już tylko jako tanie kopie.

A jednak z tych scenicznych „śmieci” rodziła się czasem czysta poezja.

Teatr Kolady szybko zdobył wierną publiczność. Zespół regularnie jeździł na tournée po Europie – szczególnie pokochała go francuska publiczność; sześciokrotnie występował w paryskim Odéonie. Przez lata żaden teatr z rosyjskich regionów nie odnosił podobnego sukcesu również w Moskwie – każdego stycznia grał cały swój repertuar przez dwa tygodnie.

Ta tradycja została przerwana w 2025 roku. Jeden z najważniejszych aktorów zespołu, Oleg Jagodin – jednocześnie frontman grupy rockowej Kurara – publicznie wypowiedział się przeciwko wojnie. Władze zażądały, by Kolada zastąpił go w moskiewskich spektaklach. Kolada odmówił i odwołał całe tournée.

Czas wojny był dla niego i dla jego teatru bardzo trudny. Wycofano granty, wprowadzono nieformalny zakaz pisania o teatrze w prasie. Nawet międzynarodowy festiwal „Kolyada Plays” musiał finansować z własnych pieniędzy.

Napisał sto dwadzieścia dramatów i wychował kilka pokoleń autorów. Studentom powtarzał, że najważniejsza jest „Myśl. Słowo. Charakter” – i miłość do człowieka, do bohatera. Uczył, że tekst teatralny nie jest literaturą do czytania, lecz materiałem do grania, który zaczyna naprawdę istnieć dopiero na scenie. Jego kurs dramaturgii w jekaterynburskim instytucie teatralnym przez lata pozostawał jednym z nielicznych miejsc w Rosji, gdzie dramaturgów kształcono systematycznie na pięcioletnich studiach. Kolada czytał teksty swoich studentów, poprawiał, wysyłał do teatrów, polecał reżyserom, organizował konkursy i publikacje. W praktyce był dla nich jednocześnie nauczycielem, redaktorem, agentem i pierwszym producentem. To on zredagował i nadał tytuł „Plastelina” najwybitniejszemu dziełu Wasilija Sigariewa, a potem zawiózł je do Moskwy (z tym tekstem debiutował jako reżyser Kiriłł Sieriebriennikow).

Od końca lat dziewięćdziesiątych był znany również w Polsce. Najpierw jako autor wystawiany na naszych scenach, z czasem także jako reżyser. Wyreżyserował dwa spektakle w Teatrze Śląskim w Katowicach (między innymi „Ożenek” Gogola), dwa w Teatrze Jaracza w Łodzi, po jednym w gdańskim Wybrzeżu, warszawskim Studio („Rewizor”) i Teatrze Witkacego w Zakopanem („Wiśniowy sad”, grany tam do dziś). W 2014 roku w Teatrze Studio odbył się festiwal jego twórczości, którego byłam pomysłodawczynią i kuratorką. Również w Polsce pozostawił osierocony „swój” zespół aktorski.

Kochał Gogola, Szekspira, Williamsa i Czechowa. Do Gogola wracał szczególnie często – nawet wtedy, gdy po wybuchu wojny zaczęto usuwać go z repertuarów.

W jednej ze swoich sztuk, „Geodeta”, napisał słowa, które dziś brzmią jak osobiste epitafium:

„Kiedy umrę, będziesz tak samo myła moje ciało. Ktoś cię zawiadomi, przyjdziesz skądś, z czyjegoś ciepłego łóżka, bo tak jest po ludzku, po rosyjsku, i będziesz musiała mnie pochować, przecież przeżyliśmy ze sobą każde z nas dziesięć lat, tak, tak. Przyjdziesz. Albo przyjedziesz. Powiadomią cię. Wsadź moje ciało do wanny, głowa nie będzie się trzymała, spadnie na bok, a ty będziesz mnie myć. Następnie położysz ciało w czystej sosnowej trumnie, a tam, za domem, pod brzozą, wykopiesz płytką jamę i pochowasz mnie. Wymyśliłem sobie epitafium na grób. Słyszysz? Postaw mi krzyż, koniecznie krzyż, tylko krzyż i nic więcej, postaw mi prosty rosyjski krzyż. Napisz koniecznie na krzyżu, na prostym krzyżu, na takim krzyżu, gdzie jeden kij wskazuje na piekło, drugi na niebo, napisz: „była zima w Rosji, a on żył”. Słyszysz?”

Po Koladzie pozostał teatr jego imienia, festiwal, konkurs dramaturgiczny i całe pokolenia autorów, aktorów i reżyserów. Ale przede wszystkim – bardzo konkretny model teatru niezależnego.

Cały swój majątek, w tym nieruchomości, archiwum i prawa do wszystkich utworów, zapisał fundacji swojego imienia. Jej zadaniem jest utrzymanie teatru i jego spuścizny.

Bo była zima w Rosji.
A on żył.

Agnieszka Lubomira Piotrowska