Wychodzili zaś w ciszy, ze łzami w oczach, kręcąc głowami ze zdumienia, że teatralna magia może zdarzyć się zawsze i wszędzie.
Na początek liczby: Festiwal Awinioński trwał trzy tygodnie (od 5 do 26 lipca 2025), w czasie których na 22 scenach rozmieszczonych w obrębie i wokół papieskiego miasta zaprezentowano łącznie 43 przedstawienia z kraju i zagranicy, dwie wystawy oraz 200 wydarzeń towarzyszących. Zgodnie z informacjami podanymi w pofestiwalowy poniedziałek, sprzedano 122 000 biletów, co przekładało się na rekordową frekwencję w wysokości 98 procent, przy budżecie na poziomie 17 milionów euro. Warto też zauważyć, że zyski, jakie generuje Festiwal Awinioński dla całego miasta i regionu, plasują się corocznie na poziomie kwoty kilkukrotnie przewyższającej budżet festiwalu, wliczając w to choćby przychody branży transportowej, turystycznej czy gastronomicznej. A podobno na kulturze nie da się zarobić…
79. edycja Festival d’Avignon przebiegła nadzwyczaj spokojnie, choć zaczęła się mocnym akcentem, jakim był tekst jego dyrektora, opublikowany w oficjalnych mediach społecznościowych tuż przed otwarciem imprezy. Rodrigues, wyrażając – co zrozumiałe – konsekwentne wsparcie dla gości honorowych tej edycji, a więc artystów i ludzi kultury związanych z językiem arabskim, odniósł się do napiętej sytuacji w Strefie Gazy. Oświadczenie rozpoczynało się od słów: „Otwieramy Festiwal w Awinionie, podczas gdy w Gazie wciąż trwa masakra” i rozwijało temat, zawierając w swojej dalszej części jawne oskarżenia prawicowego izraelskiego rządu między innymi o zbrodnie wojenne popełniane na Palestyńczykach, blokowanie pomocy humanitarnej czy systematyczne ograniczanie wolności. I choć pojawienie się tego tekstu można było w tym roku w pełni zrozumieć, na głowę Tiago Rodriguesa posypały się gromy. Sprowadzały się one najczęściej do zarzutów upolitycznienia festiwalu oraz podejrzanej wybiórczości w stosunku do ofiar konfliktów, którym daje się głos w czasie tak ważnej kulturalnej imprezy, podlewanych oczywiście sosem rytualnie podnoszonych w tej sytuacji oskarżeń o antysemityzm. Sprawa miała swoją kontynuację, gdy w sobotni wieczór, tydzień po otwarciu imprezy, dziesięć gwiazd i osobowości festiwalu (między innymi Milo Rau, Tiago Rodrigues czy Anne Teresa de Keersmaeker) ogłosiło ze sceny w Pałacu Papieży manifest pod nazwą „Nowa deklaracja awiniońska”, w którym między innymi potępiają oni masakrę w Strefie Gazy, domagając się jednocześnie ukarania odpowiedzialnych za nią prawicowych izraelskich polityków i międzynarodowego uznania Palestyny. Gest ten przeszedł jednak prawie niezauważony, nie zostawiając jakiegoś trwałego śladu w przestrzeni festiwalu. Były oczywiście jeszcze flagi palestyńskie prezentowane przez artystów podczas ukłonów, ale trzeba uczciwie przyznać, że w miarę upływu czasu polityczna burza cichła coraz bardziej. Może też dlatego, że teatr zaproszonych na festiwal artystów języka arabskiego był znacznie mądrzejszy od tego uprawianego poza sceną czy w społecznościowych mediach.
Dobrym przykładem będzie tu poruszający spektakl „Israel & Mohamed”, w którym tancerz i choreograf flamenco Israel Galván spotyka się na scenie z pisarzem i reżyserem Mohamedem El Khatibem. I chociaż ten pierwszy nie jest Żydem, a andaluzyjskim świadkiem Jehowy, wydźwięk polityczny tego spotkania jest oczywisty: to, co niemożliwe w życiu, ma szansę zdarzyć się w teatrze. Artyści więc się ze sobą spotykają, rozmawiają (choć jeden z nich ma kłopoty z mówieniem), podnoszą trudny dla siebie temat relacji z konserwatywnymi i religijnymi ojcami, żeby na koniec odnaleźć powinowactwo, dowiedzieć się, że znacznie im do siebie bliżej, niż myślą. Jąkanie się Israela wprowadza dodatkowy temat spektaklu, a mianowicie rolę sztuki we wzajemnej komunikacji. Mężczyzna bowiem do perfekcji opanował sztukę tańca flamenco, przy pomocy której porozumiewa się ze scenicznym partnerem (i z widzami) dużo bardziej zrozumiale niż poprzez słowa. Dobry to chyba komentarz do polityki uprawianej przez artystów w Awinionie bezpośrednio, n’est ce pas?
Drugim wydarzeniem, które swoim znaczeniem wyszło daleko poza mury papieskiego miasta, było czytanie performatywne Milo Raua „Proces Pelicot”, będące hołdem złożonym bohaterce jednej z najgłośniejszych i najbardziej wstrząsających spraw dotyczących przemocy domowej wobec kobiet we Francji ostatnich lat – Gisèle Pelicot. Po latach gehenny okazało się, że kobieta ta była usypiana przez swojego męża, Dominika za pomocą narkotyków i gwałcona przez niego oraz 51 innych mężczyzn, zapraszanych do ich domu w ciągu dziewięciu lat. Czterogodzinne widowisko, zrealizowane na dziedzińcu starego klasztoru Karmelitów, było w gruncie rzeczy teatralną rekonstrukcją procesu, jaki odbył się w tej sprawie i zakończył w grudniu 2024 roku. Tym bardziej wstrząsającą, że dramat Gisèle Pelicot miał miejsce w wiosce Mazan, 34 kilometry na wschód od Awinionu, proces zaś toczył się w awiniońskim sądzie, oddalonym od klasztoru Karmelitów o około trzy kilometry. Fabienne Darge z Le Monde podsumowała to wydarzenie następująco: „Skumulowana całość tego procesu, przedstawiona w ciągu jednego wieczora, ukazuje wstrząsający obraz kultury gwałtu, zostawiając nas z jednym kluczowym pytaniem: co takiego skłoniło niektórych mężczyzn do wizyt w pokoju w Mazan, podczas gdy inni, nakłaniani przez »organizatora« owych »wieczorów«, Dominique’a Pelicota, odmówili?” Nic dodać, nic ująć.
Teatralnym wydarzeniem tegorocznej edycji był na pewno powrót do Awinionu jednego z najdłuższych dramatów, jakie napisano w historii, czyli sztuki Paula Claudela „Atłasowy trzewiczek” w klasycznej, linearnie opowiedzianej wersji Érica Rufa, zrealizowanej w minionym sezonie z zespołem aktorskim paryskiej Comédie-Française. Już zresztą w dniu ogłoszenia programu festiwalu, na początku kwietnia, „Atłasowy trzewiczek” zwracał na siebie uwagę: ośmiogodzinna produkcja prezentowana na najważniejszej scenie Awinionu, grana przez całą noc, w czterech częściach z trzema przerwami, a więc z finałem gdzieś około 6:00 rano. I rzeczywiście, spektakl ten stał się jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń festiwalowych. Premiera miała miejsce w sobotę, 19 lipca 2025, wszystkie dwa tysiące miejsc zostały wyprzedane, niesamowitą zaś jego aurę czuło się już w kolejce, która kilkoma zawijasami ustawiła się przed Pałacem Papieży na kilkadziesiąt minut przed spektaklem. Gdy wielobarwny, międzynarodowy tłum zajmował powoli miejsca na ogromnej widowni, wśród nas pojawili się aktorzy w kostiumach, witając i z uśmiechem pozdrawiając publiczność. Po chwili widownia wypełniła się szczelnie, powiał mistral, zabrzmiały słynne awiniońskie fanfary, oznajmiające początek każdego festiwalowego spektaklu, i na wielkiej oświetlonej scenie Pałacu Papieży pojawili się aktorzy. Dwójka narratorów oznajmiła nam słowami Claudela, że opowieść ograniczy się do czterech dni, jedno z nich zaś natychmiast dodało prywatnie od siebie, żebyśmy się nie martwili, bo naprawdę będzie to tylko osiem godzin. To delikatnie puszczone do nas oko uruchomiło nie tylko nowy, oparty na szczerości i wspólnym doświadczaniu teatru rozdział w naszej relacji z aktorami, ale też otworzyło kompletnie uwalniającą przestrzeń dla samego spektaklu, który grany był odtąd na granicy tego, co się dzieje w jego obrębie, i tego, co tu i teraz w trakcie tej niesamowitej nocy. Publiczność od razu podchwyciła tę nową konwencję, jakby chciała potwierdzić, że nie tylko dla Paula Claudela i jego opowieści przyszła do teatru, że dużo ważniejsze jest dla niej ludzkie spotkanie tych, co grają, z tymi, co odbierają, przeżywają. Pewnie też dlatego widownia każdego z pięciu pokazów „Atłasowego trzewiczka” na dziedzińcu Pałacu Papieży (jeden nie odbył się z powodu deszczu) do samego rana pękała w szwach, bycie razem jest bowiem wciąż w teatrze najważniejsze.
Jeśli chodzi o prawdziwe teatralne olśnienia, to na pierwszym miejscu na pewno należałoby wymienić spektakl „Dystans” w reżyserii Tiago Rodriguesa. W warstwie fabularnej jest to kameralna, rozgrywająca się w 2077 roku opowieść o relacji Alego i Aminy – ojca i córki – rozdzielonych wyjazdem tej ostatniej na misję kolonizatorską, prowadzoną przez ludzkość na Marsie. Szkopuł w tym, że ów wyjazd łączy się z resekcją pamięci tego, co dotyczy Ziemi, a więc, i ojca, i zmarłej matki. Ali zaczyna więc rozpaczliwą walkę o miejsce w życiu swojej córki i jak się później okaże – w życiu wnuka.
Scenicznie rzecz cała dzieje się w obrębie obrotowej wyspy, wypełnionej scenograficznym krajobrazem, który, gdyby nie resztki wyschniętych drzew i krzewów, z powodzeniem można by nazwać księżycowym. Pomysł to ciekawy, kręcąca się bowiem obrotówka raz nam pokazuje Alego w jego ziemskim środowisku, raz Aminę na Marsie, i chociaż realnie dzieli ich niewyobrażalny tytułowy dystans, w przestrzeni spektaklu mają do siebie całkiem blisko. Pięknie to zresztą wygrywają aktorzy – Adama Diop i Alison Dechamps – utrzymując się nieustannie w stanie pewnego napięcia, widocznego zwłaszcza w ciałach. Efekt jest taki, że ich postaci wydają się ciągle czuć swoją obecność, mimo dzielącego ich kosmicznego dystansu. I z tą bliskością właśnie związana jest jedna z najpiękniejszych scen festiwalu. Założenie spektaklu Rodriguesa jest takie, że Ali i Amina się ze sobą fizycznie nigdy nie spotykają, ale od czegóż jest teatr, ta maszynka do niemożliwego i nieoczekiwanego. Następuje więc moment, w którym Amina relacjonuje ojcu przy pomocy nagrania sen o ich spotkaniu. W tym momencie Adama Diop rusza w kierunku Alison, bierze ją w ramiona, a widownia tonie we łzach. Ali zdejmuje marynarkę i okrywa nią Aminę. Sen się kończy, a my przechodzimy do kolejnej sceny, w której dziewczyna okazuje się być brzemienna, zdjęta zaś i złożona w tłumoczek marynarka Aliego staje się ciążowym brzuchem, a następnie – noworodkiem. Prosto, pięknie i przejmująco.
Obejrzałem w ramach tegorocznej edycji Festiwalu w Awinionie osiem spektakli i muszę przyznać, że „Dystans” był tym przedstawieniem, które najbardziej mnie poruszyło. Nie byłem zresztą odosobniony, łzy jak grochy płynęły po policzkach wszystkich w zasięgu mojego wzroku. Widzowie mogli zresztą tu przeżyć prawdziwy szok: jechali przecież w samo południe, kilka kilometrów pod Awinion, żeby obejrzeć kameralny dwójkowy spektakl, do tego dyrektorski, a więc… „może nienajlepszy”. Wychodzili zaś w ciszy, ze łzami w oczach, kręcąc głowami ze zdumienia, że teatralna magia może zdarzyć się zawsze i wszędzie. Jak mówiła Blanche DuBois: „Czasem – Bóg pojawia się – tak szybko!”. Niekiedy także w maleńkim Vedène.
Innym poruszającym spektaklem, a raczej tryptykiem, był projekt francuskiej reżyserki Aurelie Charon „Radio Live”. Owe części, opowiadające o różnych zbrojnych konfliktach poprzez losy ich uczestników czy wręcz ofiar, można było zobaczyć osobno, bądź jako dziewięciogodzinną całość. Ich siłą było oddanie głosu rzeczywistym bohaterom tych wydarzeń, którzy otrzymali zarówno miejsce, jak i czas, żeby o swoich złożonych i dramatycznych losach opowiedzieć. Wspólnym mianownikiem ich historii było to, że musieli ze swoich krajów (między innymi Rwanda, Ukraina, Syria) uciekać, wiążąc swoją teraźniejszość z Francją. Brakuje w Polsce takich spektakli, filmów, opowieści, w których ofiaruje się pokrzywdzonym przez los ludziom przestrzeń, by mogli opowiedzieć o sobie i swoich dramatach.
W Awinionie nie mogło zabraknąć oczywiście teatralnych gwiazd, w związku z czym publiczność miała okazję podziwiać najnowsze spektakle szwajcarskiego mistrza Christopha Marthalera oraz giganta niemieckiego teatru – Thomasa Ostermeiera. Pierwszy pokazywał swój najnowszy spektakl „Szczyt”, będący czymś na kształt studium nad mikrospołecznością zamkniętą przypadkiem w małym alpejskim schronisku, która nie może się zdecydować, czy jest tą, która budowała wieżę Babel, czy tą ocalałą w arce Noego. Ostermeier z kolei przywiózł do Francji swój najnowszy spektakl, ibsenowską „Dziką kaczkę”, której niemiecka premiera w berlińskiej Schaubühne już we wrześniu. Istotą tej inscenizacji wydaje się pytanie, czy prawda na pewno człowieka wyzwala, a jeśli nawet tak, to którego: tego, którego dotyczy, czy tego, który chce ją ogłosić. Ostermeier wydaje się przekonany, że w czasach, gdy metafora – tu akurat dzikiej kaczki – pozbawiona jest oparcia w rzeczywistości, niebezpiecznie jest nią igrać, ceną bowiem za misjonarskie zapędy pod nią ukryte może się stać ludzkie życie, w tym przypadku Jadwini, córki Hjalmara, głównego bohatera ibsenowskiego dramatu. Obaj reżyserzy w znakomitej formie. Więcej o tych spektaklach na moim blogu.
Ostatnim przedstawieniem na pewno wartym wspomnienia jest „Brel”, kameralny spektakl gwiazdy europejskiego teatru tańca, Anne Teresy De Keersmaeker, oraz młodego, niezwykle obiecującego tancerza, Solala Mariotte, którzy postanowili w słynnych kamieniołomach Carriere de Boulbon oddać hołd wielkiemu pieśniarzowi Francji, Jacquesowi Brelowi. Udało im się na szczęście coś jeszcze, otóż używając znakomitej choreografii, swoich ciał i emocji, wykreowali na naszych oczach świat, który przechodzi właśnie do historii, świat, w którym miłość i opowieść o niej były piękne, czyste i niewinne, świat, do którego wielu z nas wciąż należy. Może dlatego, gdy spektakl się kończył i okazywało się, że siedzimy w ciemności autentycznego kamieniołomu, do oczu same cisnęły się łzy, wciąż odróżniające nas od kamieni.
Jeśli patrzeć na tę edycję Festiwalu Awiniońskiego poprzez pryzmat jej hasła przewodniego, czyli słowa „razem”, należy ją uznać za niezwykle udaną, bo wielokrotnie udawało się w tym roku na scenach papieskiego miasta zbudować poczucie autentycznej wspólnoty artystów i widzów. Szkoda tylko, że większość spraw, o których mówiono ze sceny, w rzeczywistości budowę tej wspólnoty wciąż uniemożliwia. Nie należy jednak tracić nadziei na zmianę, skoro coś się zdarzyło w teatrze, to tak jakby zdarzyło się naprawdę. 80. jubileuszowa edycja Festiwalu Awiniońskiego już za rok, z językiem koreańskim jako gościem honorowym. Osobiście nie mogę się doczekać przede wszystkim spektakli z Pjongjangu, tylko czy ich obecność w Awinionie jest w ogóle możliwa? Zobaczymy!
Tomasz Domagała








