Czytelnia

WULKAN
ROZMOWA ANNY SMYCZ MICHALAK
Z JERZYM STUHREM

| 14 minut czytania | 181 odsłon

Rozmowa pochodzi z numeru 93/2024 „Notatnika Teatralnego”.

Jerzy Stuhr, „Na czworakach”, reż. Jerzy Stuhr, Teatr Polonia | fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska
Jerzy Stuhr, „Na czworakach”, reż. Jerzy Stuhr, Teatr Polonia | fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

Anna Smycz-Michalak: Czy pamięta pan pierwsze spotkanie z Krystyną Jandą?

Jerzy Stuhr: Pierwszy raz spotkaliśmy się na festiwalu w Opolu w 1977 roku. To był ten koncert, kiedy ja wyłem Śpiewać każdy może, a ona jakiś dziwny tekst, który do dziś jest dla mnie niezrozumiały – Gumę do żucia Marka Grechuty.

A.S.-M.: Ale przyjaźń przyszła później.

J.S.: I trwa już bardzo długo. To był początek lat osiemdziesiątych. Poznaliśmy się nie w Polsce, ale we Włoszech. Grałem tam główną rolę w Balu manekinów i byłem bardzo zajęty. Krysia grała mniejszą rolę jako jeden z manekinów, więc na scenie mieliśmy mały kontakt. Ale już wcześniej przyjaźniłem się z jej mężem Edwardem Kłosińskim, z którym zrobiliśmy kilka filmów, w tym Wodzireja. I to przez Edwarda bliżej poznałem się z Krystyną. We Włoszech postanowiliśmy wynająć jedno mieszkanie. Nasze dzieci się zaprzyjaźniły i mieliśmy bliższy kontakt jako przyjaciele niż zawodowo. Zbieżność poglądów, temperamenty, uczciwość wewnętrzna. Tak się to narodziło. A Krysia była niesamowita. Już po tygodniu z włoskim zespołem wiedziała wszystko – kto z kim spał, kto gdzie był, a nawet nie mówiła po włosku. Dogadywała się z nimi po francusku, a oni wszystko jej mówili, bo bardzo ją lubili. I jeszcze pamiętam, jak na przedstawienie w Spoleto przyszedł Gianni Versace. Zauważył tam tylko Krystynę. „Taką modelkę chciałbym mieć!” – powiedział Versace. A później przyszedł do nas do garderoby i rozmawialiśmy.

A.S.-M.: Jak ma pan wpisaną Jandę w telefonie?

J.S.: Krysia.

A.S.-M.: Tak po prostu?

J.S.: Tak, nie znam wielu Kryś. Rzadko do niej dzwonię, raczej piszę. To ona dzwoni częściej. I kiedy dzwoni i zaprasza mnie do Warszawy, żebym grał, to nie odmawiam nigdy. Po przyjaźni u niej gram. Do 32 omdleń zaprosiła mnie zaraz po chorobie. A rola była intensywna. Psiakrew, bałem się strasznie. Bo gdybym zemdlał na scenie? Bałem się, że nie podołam fizycznie, bo to jest bardzo wyczerpujące. Tam były tylko trzy krzesła i trzech aktorów: Janda, Ignacy Gogolewski, później Jerzy Łapiński i ja. Umarł Łapiński, umarł Gogolewski… A ja myślę – kurna, żeby już zejść z tej sceny.

A.S.-M.: Co pan mówi?

J.S.: No tak, nie lubię tego zawodu. Niestety, tak mi się w życiu trafiło. To jest męczące. Mnie interesuje dojście, poszukiwania, konstrukcja roli. Ale już łupać co wieczór w teatrze to jest koszmar jakiś. Teraz znowu zaczynam próby u Jandy. Tadeusz Słobodzianek napisał sztukę Geniusz o Stanisławskim, a ja będę ją reżyserował i grał. Ciekawa rzecz, dobrze to jest napisane. Konstantin Stanisławski spotyka Stalina i uczy go aktorstwa. Stalina będzie grał Jacek Braciak, dziwny, ponury, dość mały – taki był Stalin. I Stanisławski tłumaczy Stalinowi, co znaczą akcje fizyczne. I mówi na przykład: „Jak pan siedzi w politbiurze, niech się pan skupi na szklance. I niech pan uważnie ogląda tę szklankę, czy jest czysta”. I to będzie porażające. Wszyscy się boją, a przecież on tylko patrzy, czy jest czysta… Dobra sztuka i musimy wyjść z tym na scenę w lutym. I będę łupał co wieczór, chociaż szczerze nie lubię. No ale przecież ja Krysi nie mogę odmówić.

A.S.-M.: Jak się pracuje z Jandą?

J.S.: Krysia lubi porządzić. Trzeba strasznie na nią uważać, bo ma bardzo wiele inicjatywy. Reżyserowanie jej to właściwie selekcja jej erupcji twórczej – że tego za dużo, że troszkę mniej, ciszej może i tyle. A ona jest takim wulkanem, także intelektualnym, i ma straszną wyporność. Ale trzeba bardzo na nią uważać, bo ona rzyga po prostu.

A.S.-M.: Wymyka się reżyserowi?

J.S.: Nie. Ona jest bardzo posłuszną aktorką. Miała dobrych reżyserów w życiu, Janusza Warmińskiego, Zygmunta Hübnera, Andrzeja Wajdę. Jest bardzo zdyscyplinowana, ale jak ma swobodę, to rozkwita. Dobrze się z nią pracuje. Ale muszę powiedzieć, że kiedy robię u niej spektakle, to jest dość surowa. Boję się, jak ona przychodzi na próbę, bo wejdzie i wygarnie od razu. I często ma rację. Nie zawsze. Ale wie, co mówi i słucham się jej.

A.S.-M.: Jest apodyktyczna?

J.S.: Nie, to wynika z inteligencji, z rozumienia tematu i teatru. Myślę – o kurde, tu ma rację! No i parę rzeczy u niej zrobiłem – Na czworakach, Bal manekinów, spore sztuki przecież. Bardzo Krysię cenię. Podoba mi się to, co robi. Lubię to. Na przykład kiedy patrzę na nią w tych farsach… Nie zagrałbym w nich, mnie by to nudziło. A ona to uwielbia.

A.S.-M.: Za które role ceni pan Jandę najbardziej?

J.S.: Nie we wszystkich rolach Krysię widziałem. Ale pamiętam genialny spektakl Trzy siostry, gdzie Krysia robiła dyplom. To była piękna rola. Piękna! Niemniej to był Aleksander Bardini i wspaniały zespół. I to był pierwszy moment, kiedy zobaczyłem ją na scenie. W 32 omdleniach też była fantastyczna i bardzo dobrze się z nią grało. Bo u aktorów jedna rzecz jest bardzo ważna, a mianowicie rytm. Zwłaszcza w komedii. W komedii trzymać rytm jest bardzo trudno. Kiedy graliśmy z Krysią, rytm był ten sam. Graliśmy na tych instrumentach jak muzycy.

A.S.-M.: Pański syn Maciej powiedział w jednym z wywiadów, że pana i Jandę uważa w pewnym sensie za genetyczne bliźniaki czy też aktorskie bliźniaki.

J.S.: To prawda. Mentalność, sposób wychowania, bo oboje pochodzimy z prowincji. Dlatego z Krystyną zbliżyliśmy się bardziej jako przyjaciele niż zawodowo. Bo mieliśmy tę samą mentalność. Aktorsko kształtował nas Wajda – i mnie, i ją. Z Andrzejem oboje byliśmy bardzo blisko. Graliśmy dużo u niego. Ale zawsze było tak, że ja byłem trochę z innej szkoły niż Krysia. Byłem z tego rygoru krakowskiego i dla mnie jednym z największych artystów, jakich znałem, był Jerzy Grzegorzewski. Krysia miała inny osąd, za bardzo chodziła po ziemi. Miałem jeszcze innych nauczycieli, których ona nie miała – Jerzy Jarocki i inni wielcy reżyserzy. To byli moi nauczyciele.

A.S.-M.: Ale rozpęd Jandzie dał Wajda.

J.S.: Tak, to wszystko zaczęło się od Wajdy. Pamiętam Człowieka z marmuru. Ta jej odwaga aktorska strasznie mi zaimponowała, chociaż wielu narzekało. A dla mnie było to objawienie. I piękne było to, co wydarzyło się na Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie w 1980 roku, gdzie oboje dostaliśmy nagrody za nowe oblicze aktorstwa filmowego. Ona w Człowieku z marmuru, a ja w Wodzireju. To było wielkie! Dostrzeżono, że przekroczyliśmy pewien próg polskiego filmowego aktorstwa. To było dla mnie wielkie wyróżnienie.

A.S.-M.: Gdzie leży tajemnica sukcesu Jandy?

J.S.: Krystyna całe życie bardzo intensywnie pracowała. I tylko tak się wyrabia wielką pozycję aktorską. Zagrała mnóstwo i cały czas gra. A to nie tylko scena. To przecież zarządzanie dwoma teatrami, a to jest coś, czego ja zupełnie nie rozumiem. Prowadzenie administracji, prowadzenie instytucji, procedury – mnie to nigdy nie obchodziło. Ale Krystyna żyje w tym teatrze, ona tam mieszka, ona to kocha. Dla niej spektakl jest jakiegoś rodzaju relaksem. I jak sobie tak ją obserwuję, to myślę – kurde, no chciałbym mieć tyle co ona.

A.S.-M.: Pani Krystyna często wypowiada się w sprawach społecznych i politycznych, za co nieraz spotkała ją krytyka. Jak widzi pan rolę artystów w przestrzeni publicznej?

J.S.: Ostrożnie. Raz w życiu to zrobiłem, zresztą opisuję to w książce, którą właśnie skończyłem pisać. Pamiętam, jak poszedłem walczyć o szkołę mojego syna. Walczyłem jak lew. I przyjechał urzędnik z Ministerstwa Kultury, słuchał mnie i słuchał i mówi: „Panie Jerzy, ale to nie Seksmisja”. I od tego momentu mówię sobie – uważaj, bo ludzie cię widzą inaczej i zawsze na głupka wyjdziesz. I od tego momentu mówię „nie”. Nie dam wywiadu politycznego. Krysia jest w innej sytuacji, jest postrzegana jako animator kultury w Warszawie, w Polsce, a ja tylko jako aktor.

A.S.-M.: W swoim monologu My Way Janda mówi o panu: „Jurek Stuhr. Wielka przyjaźń. Kocham Go i podziwiam. […] Mam niestety smutne wrażenie, że tyle samo czasu i uczuć dzieliłam z Nim na scenie i przed kamerą, co podczas jego wielokrotnych perypetii zdrowotnych, z których na szczęście zawsze wychodził zwycięsko”.

J.S.: To prawda. Jak zachorowuję, to ona zaraz dzwoni. Zawsze jest blisko mnie. Gdy mi się coś przytrafi złego, to wiem, że ona będzie najbliżej przy mnie. I świadomość takiej konstatacji jest dla mnie bardzo mocna. Już byłem tak chory niedawno, a ona dzwoni i mówi: „A czy do grudnia będziesz już na chodzie?”. Ktoś inny powiedziałby: „Panie, idź pan na emeryturę”. Bardzo jesteśmy związani ze sobą, lubimy się. Lubię na przykład, jak Krysia opowiada. Lubię słuchać tych jej opowieści. I ona lubi, jak ja czasem gdzieś tam z boku coś strzelę. Mamy różne korzenie, ale łączy nas sposób wychowania, pewne zasady. Z nią jestem związany jak z siostrą. Znałem i kochałem mamę Krysi. To była tak dobra kobieta i porozumiewałem się z nią natychmiast. I poczucie humoru – śmieszy nas to samo. Dlatego ciągle z nią pracuję. Bo przecież ja Krysi odmawiać nie mogę.

Rozmawiała Anna Smycz-Michalak

Komentarze

Komentujesz tekst: WULKAN
ROZMOWA ANNY SMYCZ MICHALAK
Z JERZYM STUHREM