Felietony

Błąd

| 5 minut czytania | 340 odsłon

Wcale się nie dziwię, że argumenty odwołujące się do szczególnej roli artysty w społeczeństwie, do cywilizacyjnej misji kultury i sztuki, mówiąc bez ogródek, wkurwiają ludzi

Gdy debata sprowadza się do tego, czy jesteśmy misjonarzami, czy pasożytami, przegrywamy na całej linii. Im bardziej będziemy w jedynie słusznym moralnym wzmożeniu pouczać, jak ważna jest nasza praca, tym bardziej dla wszystkich innych będzie jasne, że chodzi nam o przywilej, który się nam należy, bo tak. Albo, że artystom trzeba pomóc, bo są niezaradni i nie mają głowy do płacenia składek. No naprawdę! Już nawet nie w kolano, ale w skroń sobie strzelamy, z okrzykiem: „Mordują!”.

I jak ja mam spojrzeć bez wstydu i lęku w oczy koledze kierowcy, który, dymany przez firmę, od lat pracuje samozatrudniony, nieobecny w domu w różnych ważnych chwilach dla swojej rodziny, bo w ciągle w trasie, boi się zachorować i odsuwa myśl o emeryturze, bo nic tak nie wpędza w choroby, jak stres? Albo koleżance tłumaczce, która wskutek coraz sprawniejszych internetowych narzędzi tłumaczących, musiała się przebranżowić i została ogrodniczką, i kopie ludziom grządki w szarej, podatkowej strefie? Kiedy czytam pełen pasji i moralnego oburzenia wpis, że artyści są ważniejsi od sprzątaczek, bo artyści dają głos tym, którzy głosu nie mają itp. itd., przychodzi mi do głowy nieco już przebrzmiałe słowo: „samozaoranie”. I kiedy czytam proste lub troszkę mniej niewyszukane wyzwiska wobec przeciwników ustawy albo protekcjonalne połajanki, bo nie rozumieją, nie rozumieją debile, myślę sobie, że dajemy się wpuszczać w niezły kanał, i gdzie to światełko?

Dlaczego nie inni freelancerzy? Dlaczego nie dziennikarze? Dlaczego nie opiekunki do dzieci, opiekunowie osób starszych, działacze NGO-sów działający od grantu do grantu, zbieracze truskawek i innych owoców i warzyw, kierowcy Ubera, dostawcy jedzenia, wszyscy ci młodzi pracujący w systemie B2B, korepetytorzy, trenerzy sportowi nie zatrudnieni na etat, i rzesza innych pracujących na śmieciówkach w istotnym wszak społecznie sektorze edukacji? Dlaczego nie sprzątaczki? Bo my mamy misję, a oni niech głodują na emeryturach? Bo co nas obchodzą? Bo niech im to załatwia ministra od sprzątaczek i innych takich? A my oddamy im sprawiedliwość/użyjemy ich w charakterze tematu do sztuki społecznie zaangażowanej?

Dlaczego cała ta sprawa ustawia mnie naprzeciw nich wszystkich? Przecież nie chodzi o przywileje, tylko o normalność.

Dlaczego nie ustawa o systemie zabezpieczenia osób pracujących w zawodach o nieregularnych przychodach? Dlaczego nie tak, że dopłaty do minimalnych składek emerytalnych w zawodach artystycznych są częścią większej sprawy, czyli uregulowania niesprawnego systemu?

Państwo będzie płacić składki za artystów, za tych darmozjadów! mówią polityczni gracze, którzy robią to świadomie i są w swojej grze skuteczni, gdy otrzymują pełną słusznego gniewu odpowiedź: „Jakich darmozjadów, idioto!?” I następuje nawalanka, jaka ma praca ma sens społeczny, a jaka nie ma, i która ważniejsza. Pasożyty, czy misjonarze? Aaaaaa!!!

I rysuje się jakiś taki obraz, w którym ci odjechani artyści próbują sobie załatwić przywilej, na mocy którego wymkną się spod sprawiedliwych zasad obowiązujących wszystkich innych.

A przecież chodzi o korektę błędu systemu. Ten błąd nie dotyczy tylko artystów. Dotyczy wszystkich osób pracujących w sposób nieregularny, projektowy, bez jednego, stabilnego pracodawcy. System nie jest dostosowany do sposobu pracy całkiem sporej grupy ludzi z różnych branż. Uzupełnianie ich składek do wysokości minimalnej, czyli pozwalającej na wypłatę minimalnej emerytury pozwalającej przeżyć, oszczędza kosztów, które państwo musiałoby ponieść, gdyby ci ludzie zostali bez środków do życia. To nie jest premia za bycie artystą, tylko utrzymanie ciągłości składek, żeby człowiek nie wypadł z systemu. Bo kiedy dużo ludzi wypadnie z systemu, państwo się nam zacznie rozpadać.

Pytanie, czy od artystów tę korektę zacząć. Pytanie, dlaczego nie. Może właśnie w tej branży najbardziej ten błąd systemu jest widoczny, najbardziej dokuczliwy. Tego nie wiem. Ale wiem, że szukanie argumentów za tym, czy tu jest najpilniejszy problem do rozwiązania, czy gdzie indziej, jest pod każdym względem lepsze niż przegadywanie się, kto jest ważniejszy.

I wszystkie te płomienne słowa, że artyści tworzą dobra niematerialne, które budują tożsamość społeczeństwa, że kultura jest dobrem wspólnym, o które wszyscy mają dbać, że bez wsparcia państwa, zniknie jej różnorodność i zostanie tylko komercja – są w ogóle nie na temat. Nie na ten temat. Podobnie, jak łapanie się na haczyk: czy aktorzy mówią z kartki, czy bez kartki. Ważniakom z misją, którzy nie ogarniają rzeczywistości, bo są artystami, więc trzeba ją za nich ogarnąć, nikt ręki nie poda. I słusznie.

Artur Pałyga



Artur Pałyga