„Skąd bierze pani swoje pomysły?”, zapytał kiedyś dziennikarz kulturalny na spotkaniu z moją ulubioną poetką, a ona wyraźnie znużona tego typu pytaniami odpowiada: „z d****”.
Teraz już muszę naprawdę inaczej. Ostatnia szansa, albo skończy się źle. Wywalą mnie, wezmą za niepoważną, usuną mój numer, nie powiedzą „cześć” – myślę przymierzając się do tego tekstu. Piłeczka gniotka wybałusza swoje gumowe oczy za każdym razem, gdy ją ściskam. Patrzymy na siebie w zrozumieniu, bo ona też wydaje się napięta. Czy to ona mnie odstresowuje, czy to ja ją?
To nie jest tekst, w którym autorka narzeka na brak weny, natchnienia, czy innego czegoś takiego wymyślonego przez tych, co wciąż romantyzują pisanie. „Skąd bierze pani swoje pomysły?”, zapytał kiedyś dziennikarz kulturalny na spotkaniu z moją ulubioną poetką, a ona wyraźnie znużona tego typu pytaniami odpowiada: „z d****”. Patrzę w ogromne oczy piłeczki i już wiem, że znowu nie podniosę tu żadnej istotnej sprawy. A przecież jest tyle tematów w teatrze, które są pilne.
W drodze do kiosku wymieniam je pod nosem jak dobrze znaną z dzieciństwa wyliczankę. Jakiś przechodzień się gapi, ale z zaangażowaniem udaję, że prowadzę z kimś bardzo ważną telefoniczną rozmowę. Jestem akurat przy temacie braku umów mimo rozpoczętej pracy (tyle lat nagłaśniania problemu i wciąż niewiele się zmienia), kiedy nachylam się do okienka chcąc kupić miętówki i może jeszcze sudoku. Nie umiem ich rozwiązywać, ale zazwyczaj kiedy piszę, szukam problemów zastępczych. W głębi kiosku, za panem sprzedawcą, dostrzegam twarze pięknych kobiet na okładkach krzyżówek, które patrzą na mnie i kręcą głową z dezaprobatą. Już naprawdę muszę inaczej. Nowy rok, nowe pisanie.
I nie chodzi tu o kokieterię, czy brak wiary w to, że mogę w tym pisaniu powiedzieć coś ważnego. Wierzę, że każdy może. Zastanawiam się nad presją, którą sama sobie wytwarzam, żeby pisać poważnie. O sprawie. O Wielkim Temacie. A to wszystko zaczęło się nasilać od początku pracy nad pewnym spektaklem, który z założenia miał nie mówić o żadnej sprawie, tylko bawić, dawać radość i ukojenie. Miało być rozrywkowo i lekko. Kiedy jeden ze znajomych napisał po premierze, że gratuluje nam „jakże precyzyjnego ostrza wymierzonego w komercjalizację sztuki”, pomyślałam, że to nadinterpretacja, zdarza się. Na jego opinię mógł wpłynąć fakt, że spektakl miał miejsce w teatrze, który znany jest z tego, że się wtrącał.
Przypomina mi się jeszcze jeden spektakl. Chociaż traktował o pamięci i ciele kobiety, fałszywym męskim sojusznictwie, po próbie generalnej dyrektor zaproponował, by bohaterka zakończyła na scenie swoje życie. Zastanawiałam się chwilę, czy źle jej życzył, wierzył w teatr, który boli, a może po prostu był fanem von Triera? „Inaczej to jest o niczym” – rozwiał moją wątpliwość dyrektor odgarniając sobie z zamyślonego czoła włosy. A ja sobie myślę, że może mogłabym częściej pisać o bohaterkach niezłamanych i szczęśliwych. Takich co żyją, jak chcą i nikt im jakoś w tym specjalnie nie przeszkadza. Czy ktoś chciałby to oglądać? Serio pytam.
Leżymy sobie na łóżku razem z pobazgranym zbiorem sudoku, oboje bezużyteczni, a tekst wciąż się nie pisze. Sprawdzam, czy może w tym nowym roku jestem w stanie zrozumieć zasady rozwiązywania logicznej łamigłówki. Długo się nie poddaję, właściwie do momentu, kiedy dostaję na maila przypomnienie o terminie oddania felietonu. Ściskam piłeczkę antystresową i jeszcze raz próbuję wycisnąć z siebie coś innego niż zwykle. Wyciskam taką jedną myśl: a może tak naprawdę nie wierzę, że pisanie może coś zmienić? Przecież do tej pory raczej nie zmieniło. I choć jest nowy rok, to jakby stary teatr. Z tymi samymi problemami, nierównościami, straconymi nadziejami i ściągniętymi przedwcześnie spektaklami. I nie dziwię się, że akurat tak mało pokrzepiająca myśl przychodzi mi na początku nowego roku, bo w grudniu zawsze jestem zbyt szczęśliwa; obwiniam za to głównie świąteczne filmy. Babcia zawsze mówiła: „Kto się głośno śmieje, ten potem wpada w gorycz”. I to jest właśnie o moim styczniu. Zamiast spisywać ambitne postanowienia wypłakuję zaległe z poprzedniego roku łzy.
Tym razem chciałam jednak zacząć inaczej. Zamiast na poprawę humoru napisać kolejny niepoważny felieton, miałam ambicję, by przekuć styczniową gorycz w pożyteczny tekst „o sprawie”. I już prawie udało mi się zacząć, ale w sudoku pojawiła mi się, liczba „626”. A każda fanka „Szklanej pułapki” wie, że to kod do sejfu w Nakatomi Plaza. Już po chwili zaczęłam ściskać piłeczkę w rytm „Jingle Bells” i nucić razem z Johnem McClainem. Gdzieś w głębi serca wiedziałam jednak, że nie tędy droga, że w pisaniu popełniam podstawowy błąd: nie piszę. John na szczęście bez większego problemu przeczytał moje myśli i obiecał, że zaraz zajmie się wszystkimi ważnymi sprawami tego świata.
Daria Sobik