Felietony

Coś ważnego

| 5 minut czytania | 333 odsłon

„Skąd bierze pani swoje pomysły?”, zapytał kiedyś dziennikarz kulturalny na spotkaniu z moją ulubioną poetką, a ona wyraźnie znużona tego typu pytaniami odpowiada: „z d****”.

Teraz już muszę naprawdę inaczej. Ostatnia szansa, albo skończy się źle. Wywalą mnie, wezmą za niepoważną, usuną mój numer, nie powiedzą „cześć” myślę przymierzając się do tego tekstu. Piłeczka gniotka wybałusza swoje gumowe oczy za każdym razem, gdy ją ściskam. Patrzymy na siebie w zrozumieniu, bo ona też wydaje się napięta. Czy to ona mnie odstresowuje, czy to ja ją? 

To nie jest tekst, w którym autorka narzeka na brak weny, natchnienia, czy innego czegoś takiego wymyślonego przez tych, co wciąż romantyzują pisanie. „Skąd bierze pani swoje pomysły?”, zapytał kiedyś dziennikarz kulturalny na spotkaniu z moją ulubioną poetką, a ona wyraźnie znużona tego typu pytaniami odpowiada: „z d****”. Patrzę w ogromne oczy piłeczki i już wiem, że znowu nie podniosę tu żadnej istotnej sprawy. A przecież jest tyle tematów w teatrze, które są pilne.

W drodze do kiosku wymieniam je pod nosem jak dobrze znaną z dzieciństwa wyliczankę. Jakiś przechodzień się gapi, ale z zaangażowaniem udaję, że prowadzę z kimś bardzo ważną telefoniczną rozmowę. Jestem akurat przy temacie braku umów mimo rozpoczętej pracy (tyle lat nagłaśniania problemu i wciąż niewiele się zmienia), kiedy nachylam się do okienka chcąc kupić miętówki i może jeszcze sudoku. Nie umiem ich rozwiązywać, ale zazwyczaj kiedy piszę, szukam problemów zastępczych. W głębi kiosku, za panem sprzedawcą, dostrzegam twarze pięknych kobiet na okładkach krzyżówek, które patrzą na mnie i kręcą głową z dezaprobatą. Już naprawdę muszę inaczej. Nowy rok, nowe pisanie. 

I nie chodzi tu o kokieterię, czy brak wiary w to, że mogę w tym pisaniu powiedzieć coś ważnego.  Wierzę, że każdy może. Zastanawiam się nad presją, którą sama sobie wytwarzam, żeby pisać poważnie. O sprawie. O Wielkim Temacie. A to wszystko zaczęło się nasilać od początku pracy nad pewnym spektaklem, który z założenia miał nie mówić o żadnej sprawie, tylko bawić, dawać radość i ukojenie. Miało być rozrywkowo i lekko. Kiedy jeden ze znajomych napisał po premierze, że gratuluje nam „jakże precyzyjnego ostrza wymierzonego w komercjalizację sztuki”, pomyślałam, że to nadinterpretacja, zdarza się. Na jego opinię mógł wpłynąć fakt, że spektakl miał miejsce w teatrze, który znany jest z tego, że się wtrącał. 

Przypomina mi się jeszcze jeden spektakl. Chociaż traktował o pamięci i ciele kobiety, fałszywym męskim sojusznictwie, po próbie generalnej dyrektor zaproponował, by bohaterka zakończyła na scenie swoje życie. Zastanawiałam się chwilę, czy źle jej życzył, wierzył w teatr, który boli, a może po prostu był fanem von Triera? „Inaczej to jest o niczym” rozwiał moją wątpliwość dyrektor odgarniając sobie z zamyślonego czoła włosy. A ja sobie myślę, że może mogłabym częściej pisać o bohaterkach niezłamanych i szczęśliwych. Takich co żyją, jak chcą i nikt im jakoś w tym specjalnie nie przeszkadza. Czy ktoś chciałby to oglądać? Serio pytam.

Leżymy sobie na łóżku razem z pobazgranym zbiorem sudoku, oboje bezużyteczni, a tekst wciąż się nie pisze. Sprawdzam, czy może w tym nowym roku jestem w stanie zrozumieć zasady rozwiązywania logicznej łamigłówki. Długo się nie poddaję, właściwie do momentu, kiedy dostaję na maila przypomnienie o terminie oddania felietonu. Ściskam piłeczkę antystresową i jeszcze raz próbuję wycisnąć z siebie coś innego niż zwykle. Wyciskam taką jedną myśl: a może tak naprawdę nie wierzę, że pisanie może coś zmienić? Przecież do tej pory raczej nie zmieniło. I choć jest nowy rok, to jakby stary teatr. Z tymi samymi problemami, nierównościami, straconymi nadziejami i ściągniętymi przedwcześnie spektaklami. I nie dziwię się, że akurat tak mało pokrzepiająca myśl przychodzi mi na początku nowego roku, bo w grudniu zawsze jestem zbyt szczęśliwa; obwiniam za to głównie świąteczne filmy. Babcia zawsze mówiła: „Kto się głośno śmieje, ten potem wpada w gorycz”. I to jest właśnie o moim styczniu. Zamiast spisywać ambitne postanowienia wypłakuję zaległe z poprzedniego roku łzy.

Tym razem chciałam jednak zacząć inaczej. Zamiast na poprawę humoru napisać kolejny niepoważny felieton, miałam ambicję, by przekuć styczniową gorycz w pożyteczny tekst „o sprawie”. I już prawie udało mi się zacząć, ale w sudoku pojawiła mi się, liczba „626”. A każda fanka „Szklanej pułapki” wie, że to kod do sejfu w Nakatomi Plaza. Już po chwili zaczęłam ściskać piłeczkę w rytm „Jingle Bells” i nucić razem z Johnem McClainem. Gdzieś w głębi serca wiedziałam jednak, że nie tędy droga, że w pisaniu popełniam podstawowy błąd: nie piszę. John na szczęście bez większego problemu przeczytał moje myśli i obiecał, że zaraz zajmie się wszystkimi ważnymi sprawami tego świata. 

Daria Sobik

Daria Sobik