Felietony

Dlaczego wy trujecie ludzi?

| 7 minut czytania | 719 odsłon

Powodów popełnienia błędu, który wpływa (źle) na kształt spektaklu, może być mnóstwo. A w wymyślaniu usprawiedliwień wszyscy jesteśmy artystami. Za wszelką cenę chcemy zmyć z siebie choć podejrzenie źle wykonanej pracy.

Jest taka tajemnica w teatrze, której każdy wydaje się strzec. Ukrywa pod strzechą kokieterii bądź  przeinacza w żart. I nie są to zarobki, tu zwykle nie ma się z czego śmiać. Ta rzecz, której chcę poświęcić kilka akapitów, nie jest w dodatku niczym strasznym. Przeciwnie, spaja całą społeczność twórców i twórczyń teatru, choć ona się tym wspólnym mianownikiem nie chwali. Odwraca raczej wzrok. Zakreśla bez namysłu w tabelce: „nie dotyczy”. A nawet jeśli znajdzie się śmiałkini, która szczerze i otwarcie to powie na głos… Nie, nie spotkałam takiej osoby. A egoistycznie chciałabym. Może poczułabym się raźniej. 

Chodzi o błąd w sztuce i to dosłownie. Taki błąd, na który Magda Gessler powiedziałaby: „To chyba trzeba wroga tym nakarmić!”. Albo: „Dlaczego wy trujecie ludzi?!”. Kardynalny błąd, który każdy w końcu kiedyś popełni, i to ze zwykłych ludzkich przyczyn: lenistwa, zaniechania, braku czasu, wiary lub motywacji, nieporozumienia, prokrastynacji, z braku zgodności w zespole, przez konflikt, autosabotaż, wypalenie, etc. Powodów popełnienia błędu, który wpływa (źle) na kształt spektaklu, może być mnóstwo. A w wymyślaniu usprawiedliwień wszyscy jesteśmy artystami. Za wszelką cenę chcemy zmyć z siebie choć podejrzenie źle wykonanej pracy. Sama kiedyś po premierowym wieczorze stałam pod prysznicem o wiele dłużej niż zwykle. Powodem mogła być fascynująca lektura składu gruboziarnistego peelingu do ciała, który miał dogłębnie oczyścić z poczucia porażki. Nie działał, ale przynajmniej pachniał jak marakuja. Albo jak obietnica, że następnym razem się uda.

Kiedy skończyłam katować skórę trącym piaskiem, wykonałam telefon do przyjaciela. Nie wiem, na co liczyłam, bo było już późno w nocy. Może dlatego, że go obudziłam, dostałam dziurawe koło ratunkowe. Przyjaciel orzekł, że przesadzam, a spektakl jest naprawdę dobry. Nie wiedziałam, jak mam mu wytłumaczyć, że nie proszę o komplement, tylko o zrozumienie i może trochę współodczuwania. Mój rozmówca postawił sobie jednak za cel, by udowodnić mi słuszność podjęcia przeze mnie tych, a nie innych strategii dramaturgicznych. I już prawie mnie przekonał. Zewnętrzna walidacja zwykle jednak działa na mnie tylko przez kilka sekund. Podziękowałam mu za nic i rozłączyłam się. Został mi już tylko telefon do Huberta Urbańskiego, ale zaniechałam. On zna odpowiedzi na wszystkie pytania i w dodatku ma bardzo pewny siebie ton, a ja się takich ludzi boję. No i jak rozmawiać z taką osobą o swojej słabości? O popełnionym błędzie, którego nie da się już odkręcić? I co jeśli powie, że muszę odejść z programu (czyt. zmienić zawód)?

Ostatnio Artur Pałyga pisząc na łamach „Notatnika” wspomniał o punkcie w umowie, który brzmi „twórca oświadcza, że wykona Dzieło osobiście, z najwyższą starannością”. Potem przytacza fantazję o sądzie, przed którym jest zobligowany do bronienia swojej sztuki. Idąc dalej zastanawiam się: czy jeśli osoba odpowiedzialna za reżyserię zauważy swój błąd już po premierze, powinna go gdzieś zgłosić? Może do dyrekcji teatru? Jakie konsekwencje ciążą na dramaturgu, który wie, że nie wykonał swojej pracy dostatecznie dobrze? Zwrot części wynagrodzenia wydaje się absurdem, jednak gdy dostajemy źle wykonany produkt, możemy dokonać zwrotu. (I choć nie wierzę, że teatr to produkt, zasada ta świadczy o jakiejś uczciwości w relacji zamawiający dzieło zleceniobiorca.) 

A co w sytuacji, kiedy wydaje ci się, że błąd popełnia inna osoba z zespołu realizatorskiego? Możesz oczywiście się mylić, w końcu nie tak łatwo wskazać twardy dowód na tezę o pomyłce w sztuce. Poza tym, to nie są twoje kompetencje, by oceniać pracę innych i lepiej skupić się na swojej. Ale jeśli już nie wytrzymasz i powiesz z troski o spektakl choreografce, że ruch, który zaproponowała, wydaje ci się tautologią, albo reżyserowi, że jego wizja nie jest spójna? Co jest ważniejsze: racja, czy relacja? Wyrażanie zdania na temat czyjejś pracy w teatrze mogłoby być osobnym felietonem; tu najciekawsze jest, czym jest wykonywanie pracy „z najwyższą starannością”. I według kogo, oprócz ciebie, ma być ona najwyższa. 

Siedzę sobie na chwiejącym się krześle, które nie miało być takie, ale osoba, które je odnawiała chyba popełniła błąd. Nie wiem, nie znam się na stolarce. Zamówienia nie odesłałam, nie chciałam panu od renowacji robić przykrości, poza tym takich specjalistów jest niewielu i wierzę, że należy ich tylko i wyłącznie doceniać. I chwiejąc się wespół z krzesłem, odbieram telefon od przyjaciela, który przypomniał sobie spektakl, w którym sam popełnił błąd. Źle potraktował głównego bohatera. I teraz napisałby to inaczej, z większą empatią. I że mógłby to nawet wyznać publicznie. Z jednej strony robi mi się cieplej na sercu, bo nie jestem z tym moim błądzeniem sama, a z drugiej myślę dalej: co światu dałoby takie wyznanie. Kogo to obchodzi? Czy ta wiadomość byłaby zaskoczeniem? Ten nie popełnia błędów, kto nie pracuje przypominam sobie słowa kierownika zmiany w pączkarni, w której dorabiałam na studiach. Mówił tak za każdym razem, gdy zagotowałam do stanu wrzenia mleko w spieniaczu. Wiedziałam, że takiego mleka nie mogę już użyć do kawy. Pewnych rzeczy nie da się naprawić, a pewne owszem. Krzesło na przykład, pomyślałam, dzwoniąc do taty z zapytaniem o małą piłę do drewna. I może spektakl też się da? 

I potem śni mi się ten sen, że idę przez teatr i obok magazynów, pracowni, garderób trafiam na drzwi z napisem „Zakład Renowacji Spektakli”. Nie zastaję tam nikogo. To ja mam naprawiać, co zepsułam. Pod oknem stoi znany mi fotel i biurko i nawet mój komputer. Siadam i już po chwili przez uchylone drzwi wsadza głowę dyrektorka teatru, która wita się serdecznie i pyta, czy czegoś jeszcze potrzebuję. Grzecznie dziękuję, choć zabiłabym za kawę, ale śpię, to nie będę się przecież wybudzać. Na ekranie widzę finałową scenę, która, gdy oglądam spektakl, wywołuje we mnie poczucie wstydu, poniesionej porażki i strach, że zaraz ktoś wstanie z widowni i krzyknie: „to jest przecież źle napisane![1]

W Zakładzie spędzam kilka godzin i w końcu powstaje nowa scena. Zanoszę inspicjentowi, reżyserce i aktorom. Drżą mi ręce, bo nie wiem już, czy nie pogorszyłam sprawy. Czy to nie jakiś parszywy perfekcjonizm, który zapętla pragnienie zrobienia fajniej? Koledzy i koleżanki na scenie zgodnie stwierdzają, że faktycznie tak będzie lepiej. W końcu podmieniamy ten fragment na nowy, a wieczorem gramy spektakl w nowej, poprawionej wersji. 

Po spektaklu część widzów w ogóle nie bije braw. Oburzeni zaczynają krzyczeć, machać rękami i sugestywnie gestykulować. Widzieli ten spektakl wczoraj i oczekiwali dokładnie tego samego zakończenia. Skoro śnię, to odważnie postanawiam wejść na scenę i wytłumaczyć, dlaczego finał wymagał zmiany. Przepraszam też za wcześniejszy błąd i oferuję darmowe usługi pisarskie (nikt nie korzysta). Jeden z widzów krzyczy, że nikomu tamten koniec nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, nadawał sztuce atmosfery tajemnicy. Pozostali widzowie jednak łagodnieją, gdzieniegdzie widzę kiwanie głową ze zrozumieniem. Jedna osoba nieśmiało bije zaległe brawa i mówi, że jest baristką, po czym wyznaje, że czasem zdarzy jej się zagotować mleko w spieniaczu. I że czasem z takim mlekiem kawę podaje. Chciałaby to odkręcić, ale nie miała do tej pory odwagi. Teraz już ma, mówi. Wdrapuje się do mnie na scenę, przytula mnie i mówi dokładnie to samo, co powiedział mi kiedyś kierownik zmiany w pączkarni. Wzruszone tym przejrzeniem się w sobie płaczemy i jest to płakanie bezbłędne.

[1] Jak w „Yannicku” w reżyserii Quentina Dupieux, w którym widz siada na scenie i pisze tekst na nowo.

Daria Sobik

Daria Sobik