„Notatnik…” prowadzi licznik wyświetleń felietonów. Do dziś chyba nic na stronie nie przebiło liczby wyświetleń mojego tekstu zatytułowanego „Englertgate”.
1.
Pamiętam, kiedy otrzymałem propozycję pisania dla „Notatnika Teatralnego” – rok był 2023, a środowisko teatralne właśnie zaczynało budzić się z chóralnego zachwytu dla pomysłów Moniki Strzępki jako dyrektorki Teatru Dramatycznego.
Nie miałem wówczas jakiegoś konkretnego stosunku do „waginetu”, „sabatu dobrego początku” czy „wilgotnej pani”. Prywatnie nie pałałem sympatią do Moniki, ale lubiłem jej niektóre spektakle (np. „W imię Jakuba S.” albo krakowską „Nie-boską”) i imponowały mi jej niektóre pomysły programowe (np. realizacja „Roku relaksu i odpoczynku”, czy plany reinterpretacji klasyki). Potem jednak zaczęły się zwolnienia, doniesienia o arogancji i wodzowskich zapędach nowej pani dyrektor, wreszcie słynny już wywiad udzielony Magdalenie Rigamonti, z którego pogarda wylewała się jak z przepełnionej wanny. Wówczas otworzył mi się w kieszeni nóż, napisałem posta, który osiągnął niespotykane jak na mnie zasięgi, a potem ruszyły protesty, odwołania, nowe konkursy – i karuzela znów kręciła się w najlepsze.
Gdybym wiedział, jak skończy się cała ta sytuacja – że „zabrania głosu” najgłośniej będą mi gratulować liberalne pseudoautorytety i ludzie znani z leczenia kompleksów w internecie, że do uzasadnionego gniewu wyrzucanych członków zespołu dojdą też manipulacje nowo przyjętych osób, przez co Dramatyczny stanie się koszmarnym środowiskiem pracy, że krytyka pomysłów i postaw zamieni się w końcu w środowiskowy lincz na żywym człowieku, a linczujący, do piętnowania ofiary, będą używać cytatów z mojego Facebooka, co w oczach opinii publicznej powiąże mnie z ludźmi, z którymi nie chciałbym mieć nic wspólnego – pewnie nie napisałbym swojego posta.
A jednak to po tym poście dostałem propozycję pisania dla „Notatnika Teatralnego”.
2.
„Notatnik…” prowadzi licznik wyświetleń felietonów. Do dziś chyba nic na stronie nie przebiło liczby wyświetleń mojego tekstu zatytułowanego „Englertgate”.
Napisałem go w odruchu obrony koleżanki, w reakcji na gremialną napaść części środowiska na Małgorzatę Maciejewską, która w jednym ze swoich artykułów w „Notatniku…” wspomniała, że do roli Ofelii w reżyserowanym na zakończenie dwudziestokilkuletniej kadencji dyrektorskiej w Teatrze Narodowym „Hamlecie”, Jan Englert postanowił zaangażować gościnnie swoją córkę. Święte oburzenie tekstem Małgosi wyraziła wówczas Rada Artystyczna TN, autorka poniosła też niemałe konsekwencje zawodowe i, w wyniku tych ataków, postanowiła zakończyć pisanie felietonów. Gdy o tym usłyszałem, znów otworzył mi się w kieszeni nóż. Odwinąłem się i napisałem bardzo (może nawet za bardzo) wprost, co sądzę o decyzji Jana Englerta – choć niepozbawionego wad, to przecież miłego i pozytywnie nastawionego do mnie człowieka.
Dziś – mimo niewątpliwego sukcesu „Hamleta” w Narodowym – nadal podtrzymuję zdanie, że zatrudnienie córki nie było najmądrzejszym ruchem na zakończenie dyrekcji i nadal uważam, że nepotyzm zachodzi zawsze wtedy, gdy niezależnie od talentu, z pominięciem procedur, zatrudnia się członka rodziny – natomiast jestem też pewien, że dziś nie napisałbym tego felietonu. Zaatakowaną przez środowisko koleżankę próbowałbym wesprzeć w inny sposób i darowałbym sobie wypowiadanie się o tym co powinien, a czego nie powinien robić Englert. Mój tekst przecież i tak nic nie zmienił – jedynie sprawił, że niemal wszyscy ludzie, którzy urodzili się w artystycznych rodzinach i sami wybrali podobną ścieżkę kariery, poczuli się zaatakowani, a do mnie na dobre przylgnęła łatka aferzysty i to nie bez kozery: wszak nie zweryfikowałem rozsiewanych wówczas informacji o rzekomej roli Heleny Englert w powierzeniu roli Hamleta Hugo Tarresowi i w tej kwestii, choć oczywiście zadbałem o to, by używać słów „podobno”, „rzekomo” i „domniemany”, po prostu powieliłem plotkę.
A jednak spokoju nie daje mi myśl, że niewiele osób przeczytałoby moje teksty o pracy z aktorem czy bibliograficzne polecajki dla studentów, gdyby nie trafiło na moją rubrykę felietonową przy okazji afery wokół „Hamleta”.
3.
Tekst, z którego jestem naprawdę dumny, to bez wątpienia esej o postaci Karny z eposu „Mahabharaty”. Jest to moja autorska interpretacja losów jednego z najbardziej skomplikowanych bohaterów literackich w historii ludzkości. Interpretacja pionierska na polu europejskiej krytyki tekstualnej. Interpretacja, która mnie samemu pozwoliła zrozumieć moje własne, nietrafione, życiowe wybory. Interpretacja, o której uznanie toczyłem boje z indologami na uniwersytetach, filozofami w kawiarniach i sadhu na ghatach w Waranasi. Interpretacja, którą przeczytało siedmiokrotnie mniej ludzi, niż mój pojazd po Janie Englercie.
Moja żona prosiła mnie wiele razy, żebym napisał felieton o godności artysty. Twierdzi, że mój głos w tym temacie byłby oryginalny i czytelnicy mogliby naprawdę skorzystać z takiego tekstu, a ja wiem, że (jak zresztą zwykle) ma rację.
A jednak nie mam siły przekopywać się przez tomy o aksjologii i etyce, szukać oryginalnej myśli i sposobu na ubranie jej w słowa tylko po to, by pewnego dnia zobaczyć jak bezwzględne liczby znów dają świadectwo o tym, co naprawdę interesuje wąską grupę, która czyta teksty na branżowym portalu.
4.
Parę miesięcy temu spotkałem się z kolegą, z którym długo się nie widziałem – oficjalnie obaj mieliśmy za dużo obowiązków, ale dla obu jasne było, że trwa między nami rodzaj zimnej wojny, wywołanej tym, co napisałem o nim w jednym z felietonów. Pisząc na jego temat, chciałem skrytykować pewien nurt myślenia, prąd współczesnej kultury, któremu nie ufam – w ogóle nie brałem pod uwagę tego, że on sam przeczyta tekst, w którym jego dawny, dobry kolega wyśmiewa działania, w których realizację on wkłada kawał serca.
Od tamtej pory dla „Notatnika Teatralnego” nie napisałem prawie nic – jasne, miałem na głowie adaptację „Inferna” Strindberga, co okazało się znacznie większym wyzwaniem, niż przypuszczałem, ale przecież od 2023 roku pracuję niemal cały czas i nigdy nie miałem blokady twórczej w zakresie pisania felietonów.
A jednak, po tamtej rozmowie z kolegą, wysłałem do „Notatnika” tylko dwa teksty, będące zresztą przeróbką egzemplarza reżyserskiego „Ohio Impromptu” Becketta, z którym zdawałem do szkoły – oczywiście mówię sobie, że są to kolejne felietony w nurcie „pedagogicznym”, że chcę dać wzór pisania egzemplarzy dla potencjalnych zdających na reżyserię, ale tak naprawdę, to chyba „niewiele zostało do opowiedzenia”…
5.
Kiedy dziś usiadłem do pisania tego tekstu, nosił on tytuł „Przyjdzie Mentzen i was zje” i rozpoczynał się serią pytań o zasadność komentowania komentarza konfederaty do ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów.
Przy siódmym, wyjątkowo ironicznym zdaniu zatrzymałem się, skasowałem wszystko i zacząłem od nowa.
Potem znów napisałem wstępny akapit i znów skasowałem wszystko – tym razem wraz z tytułem.
Poszedłem na próbę. Wróciłem. Zacząłem pisać o pisaniu.
Tylko o czym będę pisać, kiedy skończę to zdanie?
Radosław Stępień