Felietony

Hej na majówkę!

| 8 minut czytania | 884 odsłon

Ten zbiorowy histeryczny zryw wyjazdowy Polaków uświadamia mi boleśnie, że istniejemy w dwóch różnych światach. Że modne pojęcie kolonializmu nie jest jedynie wyrzutem sumienia zachodnich akademików, ale naszą rzeczywistością

„Wsi spokojna, wsi wesoła!
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?

Człowiek z tej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie,
Pobożne jego staranie
I bezpieczne nabywanie.

Inszy się ciągną przy dworze
Albo żeglują przez morze,
Gdzie człowieka wicher pędzi,
A śmierć bliżej niż na piędzi.

Najdziesz, kto w płat język dawa,
A radę na funt przedawa;
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.

Oracz pługiem zarznie w ziemię,
Stąd i siebie i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek. (…)”

Postanowiłam zacytować dłuższy kawałek znanego wszystkim jedynie z pierwszych linijek wiersza Jana Kochanowskiego, niech i Was zadziwi, jak mnie zadziwiła przenikliwość i upiorna nieco ponadczasowość refleksji poety. 

A cytuję nie bez przyczyny, bo oto miasto opustoszało, a wszyscy moi współmieszkańcy wybyli zażywać mitycznych, jak widać już od dawien dawna skarbów wsi. Każdy pakuje swój plecak, samochód, dzieci i co tam jeszcze ma i hej przygodo prowincjonalna! Wiejska, sielska – ukój nasze miejskie skołatane codzienną gonitwą nerwy. 

Rozbiegają się kolorowe auta na wszystkie strony świata, opuszczają molocha, by zagubić się w plątaninie małych traktów i uliczek wszystkich zapomnianych przez Boga i ludzi miejscowości, na tyle jednak atrakcyjnych, by stać się miejscem odpoczynku. 

Obserwuję ten exodus ze stoickim spokojem i dziwną refleksją, bo po raz kolejny czuję się wyodrębniona z tłumu, odłączona od wspólnoty doświadczenia. Mój szlak bowiem przebiegał zawsze w stronę przeciwną, stamtąd tu. Gdy oni tu siedzieli, ja przebywałam na co dzień w tej sielskiej krainie mlekiem i miodem płynącej, gdy oni wyjechali wygłodniali arkadii – ja zostałam, ze świadomością, że dopiero co przybyłam… Hej, gdzie wam tak śpieszno?

No właśnie.

Parę razy w roku, a najsilniej w majówkę, święto patriotyczne ziemi naszej – moi stoliczni rodacy przypominają sobie istnienie tej nie do końca pewnej w swej egzystencji krainy zwanej romantycznie Polską Prowincją (lub w momentach niechęci brzydko Polską B). Istnienie jej jest niepewne, możliwe, że została ona instalowana, jak scenografia w Truman Show – tylko na czas tej majówki? Wszystko lśni świeżą zielenią, jakby pomalowane na nasz przyjazd! Ktoś sprowadza te kury, burki podwórkowe przywiązuje do bud, stawia domki z sosnowych bali i ogradza to wszystko drewnianym płotkiem, na którym, jak w „Samych Swoich” suszą się gliniane garnki. To wszystko jest tak egzotyczne i inne, że aż nie może być prawdziwe. Tu nie mogą żyć ludzie! A na pewno nie podobni do nas. Przecież tu nie ma drogi, sklepu, tramwaju, pociągu, kina i o zgrozo, teatru! To miejsce przygotowane przez jakieś leśne dobre wróżki do odpoczynku, ale do życia? Bez przesady… Prawda?

Tu następuje śmiech zażenowania, gdy jednak okazuje się, że mury to nie zastawka z karton-gipsu, a w oborze muczą prawdziwe brudne krowy, a nie jakieś wypożyczone z Zoo statystki. 

Tak. Okazuje się, że tu żyją ludzie. Żyją co dzień, z dnia na dzień, i choć ciężko sobie wyobrazić, jak obywają się bez najniezbędniejszej infrastruktury obecnej w mieście – jakoś kontynuują swoją egzystencję nawet po 3 maja! Nawet przed! Nawet jesienią i okropną, zimną zimą.

Ten zbiorowy histeryczny zryw wyjazdowy Polaków uświadamia mi boleśnie, że istniejemy w dwóch różnych światach. Że modne pojęcie kolonializmu nie jest jedynie wyrzutem sumienia zachodnich akademików, ale naszą rzeczywistością. Kolonizujemy te małe miasteczka i ciche wioseczki swoimi oczekiwaniami i wymaganiami, chcemy nasycić się tym, co zbierają dla nas cały rok, ba! chcemy utrzymać prowincjonalne status quo, bo inaczej, gdzie moglibyśmy wyrwać się z brutalnych objęć miasta? Tam musi zostać dla nas ta sielska kraina nietknięta cywilizacją, żebyśmy mogli poczuć odlot eksploratora, zdobywcy, żebyśmy mogli posmakować ten zakonserwowany przez wieki, jak kompot w weku – spokój. 

Dlatego ograniczmy naszą bytność do rozsądnego minimum. Na tyle długo by naładować baterie, ale na tyle krótko, by nie zderzyć się z rzeczywistością. Z tyłu głowy bowiem kołacze nam niepokojąca myśl, że może ci, co tu mieszkają nie przyjechali tu na wypoczynek? Może oni muszą tu zostać? Muszą tu żyć? Na dłuższą metę brak dróg nie jest jednak romantycznym powrotem do Orzeszkowej, a brak lekarza i kultury w zasięgu tramwaju nie jest Waldenowskim zrezygnowaniem ze świata, ale dość dużą niewygodą…

Ci bardziej empatyczni i refleksyjni stają więc w dramatycznym rozkroku pomiędzy kapitalistycznym „mają na co zasłużyli”, a lewicowym „trzeba tu w końcu coś zrobić, tak się nie da żyć!” 

Może ta szlachetna myśl natchnie Turystę Z Miasta w trakcie rozmowy ze starszą gospodynią, która skarży się, że nie ma jak dojechać do sklepu, bo ten w wiosce zamknęli, może epifania nadejdzie w trakcie obserwacji dzieci włóczących się wzdłuż ulic bez celu, może podczas patrzenia na ich świętujących majówkę winem pod wiatką przystankową ojców i starszych braci. I dopadnie eksploratora niewygodna myśl: jak ci ludzie tu żyją? Co wyrośnie z tych dzieci? Jak będzie wyglądać ich starość? I tak na końcu pitego przez całą majówkę miodu zasłużonego relaksu pojawi się gorycz. Jakiś dziwny dyskomfort. 

Co tak stoisz? Pakujemy się! Przecież za chwilę wyjeżdżamy!

Wyjeżdżamy? Uff… To dobrze.

Tak, było super, ale też już mam ochotę wracać do domu…

Dzieci i psy zapakowane. Nic naszego tu nie zostało. Możemy spokojnie opuścić przygotowane dla nas dekoracje wiatrem podszytej sielskości i znów na calutki miły, miejski rok zapomnieć, że istnieje coś poza Warszawą.

Co za ulga. 

 

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska

Komentarze

Komentujesz tekst: Hej na majówkę!