Kiedy film się rozpoczął, przypomniało mi się coś, o czym pewien wiekowy filmoznawca na studiach kulturoznawczych kiedyś mówił na wykładzie, a czego wtedy do końca nie rozumiałam.
Kiedyś unikałam pierwszych rzędów. Kojarzyły mi się z pierwszą ławką w klasie, w której nikt nie chciał siedzieć. Ja też nie chciałam, bo dystans między mną a niezbyt miłą nauczycielką fizyki był tam zdecydowanie za mały, a ryzyko bycia wyciągniętą do tablicy zbyt duże. W dodatku wszystko, co na lekcji było najciekawsze, działo się za mną i czułam się wtedy bardzo wykluczona.
Na zdjęciach grupowych też wolałam stawać gdzieś z tyłu. Dobrze wspominam ukrywanie się na zdjęciach weselnych, gdzie setka gości w idealnie wyprasowanych ubraniach na prośbę fotografa próbuje jeszcze bardziej „ściaśnić się” w kadrze. I do tego uśmiechnąć się i podskoczyć. Na zdjęciach klasowych nie było takiej swobody w wyborze miejsca: tam zwykle dziewczyny siedziały z przodu na ławeczce pożyczonej z sali gimnastycznej. Kierowały zgięte kolana w jedną, ustaloną przez wychowawczynię stronę i żałowały, że nie mogą po prostu stać, jak chłopcy z tyłu.
Pierwszego rzędu w teatrze unikałam głównie ze strachu przed potencjalną interakcją aktorów z widzami. W końcu jej doświadczyłam (choć w jednym z ostatnich rzędów) i wcale nie było tak źle. Kiedy już nie miałam czego się bać, wciąż z przyzwyczajenia szłam gdzieś dalej; optymalnie gdzieś na środek, za tłumem, posłusznie przytakując na czyjeś stanowcze „byle nie do pierwszego”.
W te wakacje coś się zmieniło i polubiłam się z pierwszymi rzędami (a właściwie z jednym w kinie Nowe Horyzonty). Nie chodziło tam o wybitny film, który akurat wtedy oglądałam, bo nie oglądałam. Film był dobry. Do miejsca też od razu nie byłam przekonana. Mogłam powiedzieć: „tylko nie do pierwszego”, ale jako osoba, która przyszła jedynie piętnaście minut przed seansem, nie miałam w tej materii zbytniego wyboru. Siadłam więc pokornie i czekałam i nawet się trochę ucieszyłam, że mogłam tam zrobić większą liczbę rzeczy z nogami, które nie lubią tkwić długo w jednej pozycji.
Kiedy film się rozpoczął, przypomniało mi się coś, o czym pewien wiekowy filmoznawca na studiach kulturoznawczych kiedyś mówił na wykładzie, a czego wtedy do końca nie rozumiałam. Pamiętam, jak opowiadał o tym patrząc za okno, wytrzepując swoimi długimi szczupłymi palcami łupież z brody, a ja patrzyłam, jak malowniczo układa mu się konstelacja na granatowej koszuli.
Teoria, którą przedstawił, była związana z fenomenologią kina i dotyczyła percepcji, która jest według niektórych badaczy zupełnie wyjątkowa dla pierwszego rzędu. Tam właśnie film dociera jako pierwszy, czyli tam widzowie otrzymują obraz „niezakłócony”, nieprzefiltrowany przez głowy i emocje innych odbiorców. Taka bliskość między ekranem a zmysłami oglądającego pozwala nie tylko na „świeższe”, ale też bardziej intymne doświadczenie, bo nic nie stoi między widzką a obrazem.
Kiedy film rozpoczął się kadrami z oceanu, a ja ściągnęłam klapki i położyłam stopy na mokrym piasku, pomyślałam, że może coś w tej teorii być. Nie dawała mi tylko spokoju kwestia fizyki. Jedną z niewielu rzeczy, którą pamiętam z lekcji fizyki jest to, że światło porusza się z prędkością około 300 000 km/s. Jeśli od ekranu do pierwszego rzędu jest około pięć metrów, a do ostatniego około trzydzieści, różnica w dotarciu światła wyszłaby pewnie w nanosekundach. Wykładowca mówił więc prawdę, obraz do pierwszego rzędu faktycznie docierał szybciej, ale dla ludzkiego układu nerwowego nie miało to znaczenia.
To, co miało znaczenie, to to, że ocean na ekranie zamienił się w dach bloku z wielkiej płyty, na którym — gdyby tylko mi się chciało — mogłabym swobodnie się położyć. Zachód słońca był tak blisko, że myślałam, że pochłonie cały rząd. Spojrzałam na chłopaka po prawej, który nie zasłaniał oczu przed promieniami. Wzrok utkwił gdzieś przy wejściu do bloku, jakby na kogoś czekał. Po mojej lewej, pani z fascynacją ornitolożki śledziła w górnym rogu ekranu mewy. Mimo że stykaliśmy się łokciami, każdy z nas oglądał zupełnie inny film.
Daria Sobik