Gdybym zapytała teatr, jak wygląda, to by nie odpowiedział, bo nie mówi ludzkim głosem, choć ma piękne usta. Zajęty jest sobą, co oznacza, że upuszcza sobie krew raz z jednej, raz z drugiej strony, co ma znaczenie (strona lewa i prawa). Spojrzenie ma teatr ciężkie, od urodzenia, o czym warto wiedzieć, gdy chce się przebywać blisko niego, a tym bardziej, gdy chce się z nim żyć w związku – nie mówię, że to ma być od razu przyjaźń czy miłość, może to być związek finansowy. Tak czy siak, teatr sam o sobie nic nie powie, jest na to za antyczny, za nieludzki, nie z tego świata. Nie ma co pytać teatru, jak wygląda. Trzeba samemu się natrudzić, naprzyglądać, żeby go opisać. Pozornie to prosta sprawa.
Wyjaśnijmy coś.
Jaka to sprawa (opis) i dlaczego ta sprawa jest pozornie prosta?
Wystarczy wyjąć portfel i przyjrzeć mu się uważnie, z intencją „opiszę swój portfel”.
Kiedyś można było użyć słów „gruby portfel”, „wypchany portfel” i to znaczyło same wspaniałości. Gruby portfel radował.
Jak jest teraz?
Portfel może być chudy, chronić tylko jedną kartę w środku, ale za to piękną, magiczną, która uruchamia jachty, otwiera pałace, zabiera na Księżyc. „Chudy” znaczy dziś co innego.
Trudno nadążyć za zmianami, które tak brutalnie wpływają na język. Ja jestem w rozpaczy i uważam, że nie nadążam. Dlatego bardzo mało mówię. Gdyby ktoś założył mi czułego, słownego Holtera, żebym pochodziła z nim cały dzień a aparat będzie rejestrował, co mówię, to okazałoby się, że bardzo dużo mówię, ale do Ichiko. Mówię: „jesteś kompletnym debilem, Szejtanem, przestań ganiać za Puszkinem, on ma piętnaście lat i dostanie kociego zawału. Wiesz, co to zawał, Ichiko? Nie wiesz, bo masz cztery miesiące i choć dostałaś dyplom Psiego Przedszkola, dyplom nic nie znaczy, jesteś szałaputem, jak powiedział pan, który się zatrzymał w samochodzie, a ja nie wierzyłam własnym uszom, że ktoś jeszcze używa takich słów”.
To była rodzajowa scenka z mojego życia, najserdeczniej prawdziwa, odsłaniająca nieco infantylną część mojej osobowości, która rozmawia ze zwierzętami. Scenka komunikuje, że umiem mówić, ale co to za mowa, nic ciekawego? Może tylko ten niecodzienny „szejtan”, dziwacznie zapożyczony z języków sąsiednich; reszta zwykły wykręt.
Jak się jeszcze można wykręcić od opisu teatru?
Że po co ja? Że inni to zrobią lepiej, ostrzej, jakby siedzieli na ideologicznej igle, która wyszywa na tamburynku literę po literze. Tamburynkowcy opisują teatr jako twór piękny, w rozkwicie żywotności, w erupcji wibracji krysztalnych, drgający empatią i nerwosolem, gdy trzeba namierzyć esencję współczesności. Sławią wiernego druha nowej widowni, lekarza nowej wrażliwości. (Chyba czuć swąd ironii).
Byłoby nieźle, gdyby teatr mógł sam siebie opisać, ale – jak wspomniałam – nie mówi ludzkim językiem. Aktorzy – tak, krytycy – tak, dyrektorzy – tak, ale teatr nie.
Skąd ta wyłącznie męskoosobowa wyliczanka? (aktorzy, krytycy, dyrektorzy?), uff, to wiele o mnie mówi, to predylekcja do męskości.
Wszystko, absolutnie wszystko, co do tej pory napisałam, fruwa sobie teraz z wronami nad parkiem, a sprawa jak wygląda teatr jest nietknięta. Naprzód, Czytelniku, ruszaj ze mną, spójrzmy w oczy Gorgonie, bo teatr jest Gorgoną.
Ale skąd ta Gorgona, zapytacie i którą z trzech sióstr mam na myśli, Steno czy Euriale, czy najsłynniejszą, Meduzę?
Chodzi o skalę niebezpieczeństwa, tak. O Meduzę. O zagrożenie skamienieniem, gdy się patrzy w oczy teatrowi.
I znowu muszę wszystko odwoływać, co napisałam, a przynajmniej sens z tego wyżymać, jak z parasolki, która wpadła do drinka. Przecież teatr to nie Meduza, nie zamienia tego, na co spojrzy, w kamień. Wręcz przeciwnie, całą maszynerię świata odbija, ożywia na scenie; my tam jesteśmy, ludzie, żywi albo nieżywi, z naszymi przywódcami – szalonymi królami, z naszymi próbami naprawy lub popsucia świata. Więc dzieje się na scenie, a nie kamienieje. Teatr odbija rzeczywistość, a nie petryfikuje.
Dobrze, wspaniale, ale jeśli jednak teatr to Meduza? Na co spojrzy, to Ciało-Tego-Popatrzonego przez Meduzę traci miękkość, już się nie chce z tym ciałem iść do łóżka, spoglądać temu ciału przez ramię albo nie móc się od niego oderwać? Bo coś takiego we wzroku ma Meduza, że życie z ciała ucieka, krew nie szumi, nie tętni, nie galopuje, tylko ciało skostniałe i skrysztalone frunie do paczkomatu, by ozdobić pałac Królowej Śniegu.
Dlatego ja wchodzę teraz pod krzesło i stamtąd, chroniona drewnem dizajnerskiego modelu Kos, opiszę wam jak wygląda teatr.
Teatr włosy ma ładne, wiją się jak u nikogo na świecie. Fakt, są te włosy wężami, ale wężowe zwoje to jest uświęcony tradycją literacki ornament, niczym nie gorszy od szałaputa. Patrzę spod krzesła i widzę jak Meduza-teatr wydobywa sobie (z siebie) kroplę krwi – z lewej strony – i wskrzesza nią umarłego. To jest przejmujący widok, niemniej, skąd umarły w takiej niedużej odległości od krzesła Kos, pod którym się znajduję? Skąd Meduza-teatr u mnie w domu?
A nie ma co się dziwować, jest to mieszkanie dramatopisarki, obecność walających się trupów nie powinna nikogo zaskakiwać. Wręcz przeciwnie, medale, dyplomy wartościowsze niż Psie Przedszkole mogłyby uhonorować te trudne warunki lokalowe, jakie ewokuje moja praca, ale cóż? Obejdę się bez dyplomów, wystarczy mi chudy portfel, który pojawił się magicznie dzięki afirmacjom albo talentowi, do końca nie jest to jasne, skąd Nielekka Starucha go wydobyła dla mnie.
Lubię patrzeć jak krew Gorgony-teatru wskrzesza bohaterów, to zawsze jest warte wielu pustych dni i beznadziejnie zapisanych kartek. Nie lubię, gdy krew z prawej strony Meduzy truje i wypuszcza na scenę takich podtrutych, wymiotujących słowami dramatu (?) aktorów.
Trzeba pamiętać, że lewa i prawa strona Meduzy pochodzą z antyku, z zaświatów olimpijskich i nie mają nic wspólnego z dzisiejszą sceną polityczną. Meduza krew miała całkiem niepospolicie magiczną, inną z lewej, inną z prawej. Krew z lewej wręczała umarlakowi życie z powrotem uroczyście i z pompą (jak medal na aksamicie), a ta z prawej truła.
Czy ja piszę/pisałam podtrute dramaty?
Myślę o tym.
Od dawna patrzę w ciemnościach na rytuał rzygania na scenie zamiast przywracania do życia.
W zasadzie jestem tym znudzona.
W zasadzie uważam, że to normalne.
Jeśli jest taka potrzeba wyrzygiwania się, to widocznie tak ma być.
Małgorzata Sikorska-Miszczuk