Felietony

K*****

| 4 minuty czytania | 285 odsłon

Dyktat kategorii żenady zaczął mnie jednak uwierać. Krindż przestał być dla mnie nazwą uczucia, a zaczął przypominać narzędzie kontroli. Ostrzeżenie: nie odsłaniaj się za bardzo, nie mów zbyt serio, nie ryzykuj wzruszenia.

Ostatnio myślę o krindżu i o tym, jak źle mu życzę. Nie samemu uczuciu, bo je całkiem lubię, ale słowu niosącemu jednoznacznie negatywną ocenę. Przysięgam, że niewiele mnie tak ostatnio drażni, jak gdy ktoś mówi, że coś jest krindżowe. Mam ochotę wtedy od razu zapytać: i co z tego? Albo: okej, to zróbmy, żeby było trochę bardziej. 

Początki były inne. Kiedy przy pracy nad spektaklem dla młodzieży konsultowałam z uczniami sceny, obawiałam się, że kciuk Cezara skieruje się w dół. Co jeśli wyrok zapadnie i to, co mówił tamten aktor w tamtej scenie jest totalnie krindżowe? No nic wielkiego, trzeba zmienić, przepisać, a potem najlepiej udać, że nigdy ze sceny nie padło. My, młodzi realizatorzy, może nie jesteśmy już tak młodzi, ale mniej więcej wiemy, co jest obciachowe. Czasem jednak warto się sprawdzić,  zaktualizować wiedzę. Młodzież zresztą jako ekspercka grupa w zakresie oceny żenujących sytuacji to osobny temat, ale powiem tylko, że nikt tak nie patrzy, jak młodzież, która w i e.  Żadne oczy mędrca nie są równe spojrzeniu młodej osoby, która wie, ale nie mówi. I jeszcze ten uśmiech, pod którym kryje się tajemna, jakby wgrana pokoleniowo wiedza: zbiór zasad, co robić, żeby być społecznie akceptowalnym albo przynajmniej znośnym.

Dyktat kategorii żenady zaczął mnie jednak uwierać. Krindż przestał być dla mnie nazwą uczucia, a zaczął przypominać narzędzie kontroli. Ostrzeżenie: nie odsłaniaj się za bardzo, nie mów zbyt serio, nie ryzykuj wzruszenia. W myśl memicznego hasła „I’m cringe, but I’m free” znajduję w sobie ostatnio przekorę, żeby sprawdzać, co się stanie, jeśliby ten moment krindżu przeczekać, wytrzymać. Przyglądać się temu, co się dzieje z ciałem i jego odruchami w momencie zażenowania. Co się stanie, jeśliby od tego uczucia nie uciec. Tak więc powiedziałam na przykład w metrze jednej dziewczynie, że ładnie przewraca strony książki. Zmarszczyła brwi i rzuciła „dzięki” w stronę książki. 

Ale nie poddaję się. Wyobrażam sobie taką scenę w teatrze: dwoje ludzi, którzy widzą się ostatni raz i wyznają sobie miłość — naprawdę, bez żartu, bez ironii, bez nieporadności, która rozbroiłaby patos. Albo scenę rozstania, która nie ucieka w absurd. Czy takie sceny mogą poruszać, zanim widownia rozpozna w nich marną obyczajówkę? Czy tak w ogóle można robić dobry teatr, ale tak dobry, że rozniesie wszystkie subiektywne podsumowania roku? Być może dziś największym artystycznym ryzykiem nie jest skandal, tylko szczerość.

Zastanawiam się, co przyjdzie po wszechpanującej tendencji jaką jest obśmiewanie trudnych tematów. Czy kiedykolwiek ironia, dystans i żart przestaną skutecznie zabezpieczać przed odsłonięciem i szczerością? Jak mówić rzeczy na serio i nie być oskarżoną o przesadny sentymentalizm czy naiwność? Może po prostu trzeba przestać się przejmować?

Najlepiej przestała się przejmować australijska gwiazda stand-upu Hannah Gadsby w swoim programie Nanette. Hannah bierze w nim na cel mechanizm przekuwania własnych traum w żart i kategorycznie odmawia dalszego obśmiewania swojego cierpienia. W programie Hannah mówi rzecz oczywistą, a jednak w jakiś sposób dla stand-upu odświeżającą: trauma sama w sobie nie jest śmieszna. A potem idzie dalej: mówi, że będzie to ostatni show, bo więcej ze swojej trudnej historii żartów robić nie będzie. Gadsby ostatecznie nie zrezygnowało ze stand-upu, ale w Nanette odmówiło obowiązku rozładowywania własnego cierpienia dla wygody widowni. Może więc nie chodzi o to, żeby przestać czuć krindż, tylko wytrzymać kilka sekund zażenowania i sprawdzić, czy za nimi nie znajduje się coś, czego naprawdę nie chcemy już obśmiewać.

Daria Sobik

Daria Sobik