Felietony

Kapryśna przyjaciółka

| 6 minut czytania | 1262 odsłon

Nosi różne imiona: kreatywność, flow, wena, ja lubię najbardziej jej imię: poezja. Pierwotny ciąg znaków pozornie pozbawiony znaczenia. Tajemnica duchowego porozumienia między ludźmi, porozumienia próbującego ubrać w słowa to, co nienazywalne. 

A jeśli nie przyjdzie? Siedzisz kolejną godzinę nad klawiaturą. Przynosisz kolejne napoje, myśląc, czy nie skończysz czasem, przyciśnięta desperacją, na tych wyskokowych. Patrzysz w czarną przestrzeń pliku i w podświetlane klawisze i czekasz. Ciemność, cisza, noc, muzyka zapętlona, wszystko zapewnione. Dla jej wygody. Leniwa jest i płochliwa. Kapryśna i obrażalska. Gdy nie przychodzi – zostawia złamane serce, jak niewdzięczna kochanka. Zostawia niemoc i frustrację, przez którą ciężko zasnąć. Jakby się nie zasłużyło. Na sen. 

Nosi różne imiona: kreatywność, flow, wena, ja lubię najbardziej jej imię: poezja. Pierwotny ciąg znaków pozornie pozbawiony znaczenia. Tajemnica duchowego porozumienia między ludźmi, porozumienia próbującego ubrać w słowa to, co nienazywalne. 

Moja koleżanka pisze na zlecenie kilka tekstów na raz i już nie wie, który właśnie pisze. Kolega martwi się, że nie jest w stanie wymyślić kolejnego tekstu, gdy ma zaczętych kilka innych, a musi, bo teatralne terminy go gonią. Inny znajomy ma permanentny kryzys twórczy, boi się, że już nigdy nic nie napisze. Pocieszam go, by nie tracił wiary, mówię, że ona wróci w końcu, na pewno wróci… Ale nie chcę go straszyć i zatrzymuję dla siebie wątpliwość, że może wcale tak nie będzie?

Jakie macie sposoby na radzenie sobie z tą straszną, ssącą pustką w głowie? Jakie są Wasze strategie przetrwania, gdy to, co macie napisać nijak nie chce się urodzić z głowy, nie jesteście przecież Zeusem, a wasza nowa powieść – Ateną. Żadni bogowie Olimpu nie dzielą z Wami łóżka, pokoju i biurka z tą nieszczęsną bezczynnie świecącą klawiaturą. Na którą chyba brakuje tylko, żeby kot wskoczył – bo wydaje się smutna taka bezużyteczna. Przeczy swojemu przeznaczeniu, gdy służy tylko do wpisywania tytułu kolejnego serialu na Netflixie, w kolejnej marnej godzinie prokrastynacji w oczekiwaniu na… wenę.

Wielu z nas, twórców pewnie zastanawia się, jak to by było, gdyby to, co najbardziej kochamy miłością często nieodwzajemnioną, nie było jednocześnie przedmiotem naszej pracy zarobkowej. A gdyby tak być Kafką? Mordować się osiem lub więcej godzin dziennie w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków Królestwa Czeskiego w Pradze, a wieczorami, by oderwać głowę tworzyć sobie w spokoju, w swoim małym pokoiku wyobraźni, cudowne światy, które przetrwają lata? A może tak być sobie Leśmianem? Wykonywać w Zamościu pracę notariusza, a popołudniami pisać gorące od romansów wiersze? A przynajmniej wykonywać tę dzienną pracę tak długo, dopóki twój podwładny nie zdefrauduje ogromnej ilości pieniędzy, ciągnąc za sobą ciebie i twoją całą rodzinę (przyjaciółka Leśmiana, by wydobyć go z długów musiała sprzedać swoje mieszkanie i gabinet lekarski z wyposażeniem…). Widać poeta nie był dobry w dzieleniu swojego zaangażowania i poezja wygrała, ku radości wszystkich tych, którzy do dziś się nią zachwycają. Pewnie ofiarna przyjaciółka, Dora – również była nią zachwycona. Na pewno bardziej niż swoim mieszkaniem.

No więc – łączenie pracy zarobkowej w innej dziedzinie z twórczością na pełen etat nie każdemu wychodzi na zdrowie. Porzućmy więc te majaki o odpowiedzialnym życiu i skupmy się na tym, jak ją zatrzymać? Jak zwabić tę naszą kapryśną przyjaciółkę, by została z nami na dłużej, na dłużej i „na intensywniej”, bo już ustaliliśmy, że to z jej wdzięków będziemy próbowali utrzymać naszą materialną egzystencję na powierzchni wypłacalności. 

Czasem nie mam zupełnie siły o nią walczyć. Zapadam się w beznadziei nieodwzajemnionego uczucia i wpadam w kompulsywne zachowania prokrastynacji. Ileż można obejrzeć odcinków jeden po drugim! Chwała temu, kto wymyślił binge-watching! Ile można spędzić czasu na mediach społecznościowych szukając nie wiadomo czego, chyba sensu istnienia, którego (wiem, bo sprawdziłam dla Was) tam nie ma. Ile można zmyć naczyń w poszukiwaniu kruchego poczucia sprawczości. Czysty talerz – jest to jakieś dokonanie. Czasem, gdy się nie ma innych, czysty talerz jest najpiękniejszą rzeczą na świecie, szczególnie, gdy po wyskoczeniu z suszarki od razu rzuca się na ściereczkę i suchy nurkuje do szuflady pełnej innych równie czystych talerzy! Coś pięknego! Można też umyć okna. Przypomina to oczyszczanie zaropiałego po długim śnie oka. Jaka niezwykła przyjemność jest w tym, że widzi się wyraźnie to, co straciło już swoje przyrodzone kształty i zlało się w kolorową masę? Nagle stoisz, podpierając się z dumą pod boki, a przed Tobą daleki widok na czysty świat. To może być upajające doświadczenie. Radzę w tym celu najpierw porządnie zapuścić te okna, rezultat będzie oszałamiający, gwarantuję!

Gdy już z niechęcią wyczerpię wszelkie dostępne mi kompulsje, nerwice i sposoby na prokrastynację – przychodzi do mnie poczucie winy. Smaga mnie biczykiem z pokrzyw po plecach i krzyczy: no bierz się do roboty! Bierz się, nawet jeżeli to dziś jej nie przywoła, przynajmniej zasłużysz na nadzieję, nadzieję i sen. 

No więc – biorę się posłusznie do roboty i czytam. I to jest moja tajna broń, moje wnyki na nieposłuszną przyjaciółkę. Czytanie. Najpierw idzie opornie, nerwy oczekiwania na szybki rezultat potrafią strasznie rozproszyć uwagę potrzebną do zanurzenia się w opowieść. Ale po chwili uwaga wraca, opowieść otacza mnie obrazami i słowami. Czuję jak każdym kolejnym słówkiem wabię wenę, jak gołębia chlebem. Już przysiada na ramieniu zaciekawiona, co tam czytam, czemu tak się podniecam, co tam wywołuje we mnie tak smakowite emocje? Żywi się ona bowiem emocjami. Jest emocjonalnym łasuchem. Już ją czuję nad swoim uchem ciepłą i przymilną, już słyszę, jak chrupie smakowite kąski wzruszeń. Teraz tylko jej nie spłoszyć, chwycić za stopę i przywiązać do biurka. Jeszcze chwilka i będę ją miała! Będzie kołysać się nade mną lekko przywiązana ciasno wstążką, jak balonik z helem. Znów zacznę pisać!

Nagle skupioną, erotyczną ciszę między nami przerywa dźwięk telefonu, cholera, zapomniałam wyłączyć! Mama, kumpel, bank, fotowoltaika – niepotrzebne skreślić – odbieram odruchowo, jak pies Pawłowa: Halo? Halo! Masz chwilę? – słyszę w słuchawce. Opadam z sił. Widzę, jak wena ulatuje obrażona przez okno przeklinając mnie pod nosem za tę haniebną zdradę.

Mam chwilę. Teraz mam już dłuższą chwilę… 

A co robisz? – indaguje wesoło głos w słuchawce. Przełykam zawstydzona ślinę. 

Ja? Już nic. Nic nie robię.

Małgorzata Maciejewska 

 

Małgorzata Maciejewska