Felietony

Krasnaja Słoboda

| 6 minut czytania | 389 odsłon

Czy tak by wyglądały żydowskie sztetle w Polsce, gdyby nie wojna?

Moja młoda „kompanija” nie była zadowolona. Mieliśmy jechać pięćdziesiąt kilometrów górskimi serpentynami, a celem miała być pradawna wioska Hinalug w Azerbejdżanie, leżąca w Wielkim Kaukazie. Zaledwie dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Młodzież ma przewagę nad starcami, bo wszystko przeżywa po raz pierwszy i nie ma niepotrzebnych skojarzeń. Ja je miałam po wyprawie w Alpach, gdzie do malowniczej wioski domów z kamienia, prowadzi asfaltowa droga, co prawda równa jak lakierowany stół, ale przepaści z prawa i z lewa powodują, że krew odpływa do kolan. Wyobrażałam sobie, że droga do Hinalug będzie podobnym wyzwaniem, a lęk wysokości sięgnie szczytu. Na takich malowniczych serpentynach nie da się zawrócić. Trzeba jechać w górę lub spadać w przepaść.  

Więc gdy przy zlodowaciałym wodospadzie powiedziałam, że dalej nie jadę, młodzież była zdegustowana. Próbowała negocjować: „Przecież to jest bezpieczne!, tam prowadzi asfaltowa droga!”. „Jasne! Ale zaczyna się mróz, a opony wynajętego auta są letnie. Nie jadę!” – uparłam się jak osiołek, choć obok słyszałam drwiny: „Szybciej dostalibyśmy się tam na ośle”. Kiedy zawróciliśmy (w miejscu, gdzie jeszcze się dało) w samochodzie zapanowała cisza. Milczenie pokonanych.

Dojechaliśmy do niepięknego miasta Guba. Podświadomość podpowiedziała mi inną atrakcję turystyczną. Krasnaja Słoboda! Zupełnie przypadkiem, znaleźliśmy się tuż obok. Naburmuszona „kompanija” zgodziła się zawrócić z przedsionka restauracji. Kilometr dalej zobaczyliśmy miejsce, które wbiło nas w osłupienie – oto na smutnej i biednej azerbejdżańskiej prowincji pojawia się miasto pałaców i urokliwych domów z XIX wieku. Wszystkie oddzielone są od ulicy wysokimi murami. Lite wejścia całkowicie odgradzają świat zewnętrzny od wewnętrznego. Trzeba popatrzeć w górę, żeby zobaczyć wystawne budynki i ich ozdobne zaokrąglone okna, żeby podglądnąć egzotyczne drzewa i girlandy roślin. I żyrandole w kształcie Gwiazdy Dawida. Między tymi pałacami, co jakiś czas pojawia się zabytkowy drewniany dom z koronkową stolarką.

Nagle ubogie przedmieścia Guby zmieniły się w miejsce, wyglądające jak studio filmowe gotowe do produkcji Carringtonów. Jesteśmy w samym centrum osobnego świata. Osobnego na tle dzisiejszego Azerbejdżanu i osobnego na tle dawnego Związku Sowieckiego. To tu – między rzeką a wzgórzem – osiedliła się w XVII wieku społeczność żydowska. Enklawa ma dwie nazwy Krasnaja Słoboda, co po rosyjsku znaczy „Czerwona Osada” i nazwę azerską Qırmızı Qəsəbə.

Dawna społeczność Żydów na Kaukazie powiększyła się podczas drugiej wojny, gdy dotarli tu ludzie, którym udało się umknąć Hitlerowi, czyli także Żydzi ze Lwowa czy z Wilna. Miejscowa społeczność zorganizowała specjalne punkty przyjęć uchodźców.  

Zapewne przychodzili oni do wielkiej, sześciokopułowej synagogi z czerwonej cegły, zbudowanej pod koniec XIX wieku. Jeszcze niedawno synagogi o identycznej architekturze stały w Polsce. Coś, co bezpowrotnie zostało zniszczone w Małopolsce można zobaczyć na Kaukazie. Miejsce, skłaniające do refleksji.

Nieopodal jest też zadbany, choć raczej niedawno założony park, w którym styka się – jak u Bruegela – karnawał z postem. Ten post to wszechobecny pomnik prezydenta Hajdara Alijewa, założyciela dynastii, która od dwudziestu lat dyktatorsko rządzi Azerbejdżanem. Karnawał to wspaniały drewniany stół, stojący pod zadaszeniem, a przy nim krzesła jak w jadalni domu. Widać, że mieszkańcy lubią ten wspólny kąt.

W Krasnej Słobodzie jest też muzeum. Tu opowieści o „Żydach górskich” z Azerbejdżanu nabierają wyrazu. Są księgi i bohaterowie, są zdjęcia i przedmioty. Wszystko wyeksponowane i opisane w najlepszym muzealniczym stylu. W spojrzeniach i twarzach ludzi, uwiecznionych na fotografiach, można wiele zobaczyć. Grupa osób stoi w dwóch szeregach przy łopatach – budują coś między kołchozem a kibucem. Są osobne portrety bohaterów pracy socjalistycznej, a wśród nich zdjęcie zmaskulinizowanej i niezwykłej Gulboor Dawidowej (1892–1983), która otrzymała Order Lenina za ogromne zbiory winogron w roku 1948 w kołchozie, który prowadziła. Wcześniej straciła dwóch synów na wojnie. Jest też obraz gigantycznego dywanu (siedemdziesiąt metrów kwadratowych) z wizerunkiem Stalina (cztery metry wysokości), utkanego dla uczczenia siedemdziesiątych urodzin dyktatora.     

W muzeum można również zobaczyć zdjęcie trupy teatralnej z lat 50., tworzącej „Międzykołchozowy Teatr Żydów Górskich”. To jedna z nielicznych grupowych fotografii, gdzie jest więcej mężczyzn niż kobiet. Widać, że grali jakąś sztukę o czasach panowania Turków w Azerbejdżanie. Spod oszczędnych kostiumów wystają zabłocone gumowce. Aktorzy mają fascynująco różnorodne rysy twarzy. Niejednego z nich można byłoby zobaczyć na afiszach teatrów warszawskich i pewnie grałby amanta. Być może z tego powodu twarze w muzeum w Krasnej Słobodzie są tak hipnotyzujące. Jakby znane, bliskie, swojskie. I minione.

Najpiękniejsze przychodzi nieoczekiwanie. Miły starszy pan o głębokich ciemnobrązowych oczach, widząc, że rozglądamy się jak po Krainie Czarów, zaprosił nas do „czajowni”, pijalni herbaty – to coś między świetlicą a klubami męskimi, do których teoretycznie kobiety nie mają wstępu. W istocie – siedzieli tam sami mężczyźni. Grali w gry liczbowe, popijali czaj i żywo dyskutowali. Domyślałam się, że w języku juhuri – w judeo-tatarskiej mowie „Żydów górskich”. Znów scena jak z Bruegela.

Szamay, który nas zaprosił, pokazał nam swoje wnuczki, przekazał mnóstwo ciepła i pyszną herbatę z owocami, choć mieliśmy do dyspozycji tylko kilka wspólnie rozumianych słów. Ale zrozumieliśmy, że zimą w tym mieście-fenomenie mieszka zaledwie sto sześćdziesiąt osób, ale w lecie rezyduje tu dziesięć razy tyle Żydów z Izraela i Stanów Zjednoczonych.

W Krasnoje zobaczyliśmy prawdziwy szczyt możliwości małej grupy społecznej, która u podnóża góry stworzyła sobie nowy wspaniały świat, który potem konsekwentnie opuszczała, wyjeżdżając wraz z kolejnymi alijami ze Związku Radzieckiego do Izraela. Ale nie porzucili domów, nie spalili po sobie ziemi. Wręcz odwrotnie. Wciąż dbają o ten kawałek świata i pamięć o ludziach, którzy go budowali.

Moja „kompanija” w drodze powrotnej nieustannie komentowała. „Czy tak by wyglądały żydowskie sztetle w Polsce, gdyby nie wojna?”, „A co się stało z tymi synagogami, których nie zburzyli Niemcy?”.   

O zawodzie związanym z wycofaniem się z drogi do Hinulug już nikt nie wspominał.   

Najciekawsze przychodzi nieoczekiwanie.        

Urszula Glensk

Urszula Glensk