Felietony

Kultura ghostingu

| 6 minut czytania | 2158 odsłon

W „kulturze projektów bez kultury” jesteśmy zastępowalni bez trudu, wszyscy, oprócz tych z samej góry hierarchii, jesteśmy pozbawieni mocy, nie mamy żadnej silnej karty, nic nie ugramy stawiając się i stawiając warunki.


Grająca Narratorkę Izabella Dudziak mówi „Chciałabym przespać ten rok, przehibernować go. W końcu kiedyś ludzie hibernowali naturalnie…”, na nic zdają się zaprzeczenia jej przyjaciółki Revy (Monika Frajczyk), że ludzie nigdy nie hibernowali
dwudziestosześciolatka bierze roczny urlop od świadomego istnienia. Odmawia uczestnictwa w swoim życiu, w świecie, w którym spotykała ją tylko przemoc. Przespanie tego wszystkiego wydaje się być odpowiednią reakcją na skrajne wyczerpanie i bezradność. Hibernacja to jedyny rodzaj buntu, jaki przychodzi jej do głowy.

Oglądam fenomenalny spektakl Katarzyny Minkowskiej, doświadczając niesamowitej identyfikacji z bohaterką. Odczuwam jej przytłoczenie dotychczasowymi doświadczeniami z nienadającymi się do swoich funkcji rodzicami, narcystycznym, wykorzystującym ją chłopakiem, okrutną szefową i bezsensowną pracą. Niesie mnie atmosfera nakręcającej się paranoi skutek nadużywania leków psychotropowych, bezczynności i samotności. Gdy następuje boleśnie długa scena transowego tańca – metaforyzująca całe doświadczenie bohaterki w jeden układ choreograficzny – mam ochotę krzyczeć do obecnej na widowni reżyserki: dlaczego nie dałaś trigger warning! Nie jestem gotowa psychicznie, by znieść tak dużą dawkę, powiększonych przez szkło powiększające sceny, uczuć i emocji, które rozpoznaję jako swoje! 

Po wyjściu z teatru pośród niepokojących myśli, reminiscencji ze spektaklu, pomieszanych na skutek odrobiny premierowego alkoholu z reminiscencjami z mojego własnego życia – pojawia się jednak wracająca, jak refren refleksja. Kto może sobie pozwolić na takie nie-życie? Właśnie takie – w luksusowym apartamencie w centrum Nowego Jorku?

Gdy przestał dzwonić telefon z teatru najpierw odganiałam niewygodne myśli zaklinaniem rzeczywistości: pewnie jest zajęty, pewnie jest na wakacjach, pewnie zapomniał, ale zaraz sobie przypomni. Choć intuicja od początku podpowiadała mi, że się oszukuję – robiłam to nadal, by dłużej zatrzymać nadzieję na pomyślny finał sprawy. W końcu zaczęłam sama dzwonić, dopominać się różnymi kanałami o kontakt z Panem Dyrektorem. Niestety bez rezultatu. Projekt, który miałam reżyserować spadł bez słowa wyjaśnienia. 

Gdy po płomienistych deklaracjach o współpracy odczekałam owe dwa miesiące, o które zostałam poproszona (musimy jeszcze skonsultować wewnątrz wydawnictwa, ale bez obaw, to raczej tylko formalność) napisałam w końcu maila z przypomnieniem o sobie. Byłam pełna nadziei, że po takich rozmowach i miłych obiecujących wiele, porozumiewawczych uśmiechach – odpowiedź nadejdzie od razu. Nic podobnego. To było w listopadzie. Na odpowiedź ze Znanego Wydawnictwa czekam do dziś. 

Gdy przyjaciel, który obiecywał wspólnie konie kraść, a w razie potrzeby i inne rzeczy przysiagł, że w końcu wywiąże się z obietnic nie tylko tych kryminalnych, ale także prozaicznie zwykłych, bo towarzyskich ucieszyłam się. Gdy potem nagle zamilkł, sądziłam, że jest zapracowany, zmęczony, chory na zapalenie obu rąk, co uniemożliwia mu pisanie smsów, a także ucha, co uniemożliwia mu dzwonienie. Niestety nie. On po prostu zdecydował wyparować. 

Co łączy trzy przywołane przeze mnie przypadki? Ghosting, czyli po polsku Znikanie. Tłumacząc owe trzy osoby na wszelkie wymagające niesamowitej wyobraźni sposoby nie przypuszczałam w całej swojej naiwności, że to po prostu współczesność. Ze swoimi ułomnymi dziećmi: deficytem empatii, arogancją, chorobliwym unikaniem odpowiedzialności.

Dlaczego zgadzamy się milcząco na brak kultury w Kulturze? Dlaczego godzimy się na to, że cała odpowiedzialność leży po jednej stronie, stronie zatrudnianej, a nigdy zatrudniającej? Bo my, projektariusze jesteśmy wciąż na słabszej pozycji. W „kulturze projektów bez kultury” jesteśmy zastępowalni bez trudu, wszyscy, oprócz tych z samej góry hierarchii, jesteśmy pozbawieni mocy, nie mamy żadnej silnej karty, nic nie ugramy stawiając się i stawiając warunki. Lepiej więc milczeć i czekać. A jeśli się nie doczekamy to i tak lepiej milczeć, bo może przylgnąć do nas łatka roszczeniowych czy bezczelnych a nawet wilczy bilet. Lepiej milczeć i starać się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. To milczenie weszło nam w krew do tego stopnia, że uznajemy ten stan za normalny. W pokorze składamy kolejne projekty, podejmujemy próby, wykonujemy pracę, choć jej zrealizowania możemy nigdy nie doczekać, tak jak związanych z nimi pieniędzy. 

Gdy więc okazało się, że nie mam pracy w teatrze, na którą bardzo liczyłam, również ze względów, umówmy się, finansowych, gdy moja książka utknęła w czyśćcu wydawnictwa, bez nadziei na rychłe zmartwychwstanie, gdy przyjaciel ulotnił się romantycznie, jak dym z papierosa, zaczął się na dobre mój niespodziewany rok relaksu i odpoczynku. 

Dlaczego jest jednak zupełnie inny niż ten nowojorski? Może kluczem jest tutaj słowo „przypadkowy”? Podczas gdy Narratorka powieści Otessy Moshfegh decyduje się świadomie na roczny urlop od pracy, a w końcu i od życia na mnie i na innych projektariuszy spada on niespodziewanie. Nie troszcząc się, czy będę miała za co kontynuować swoją egzystencję, obojętnie czy będzie ona twórcza, czy bezczynna jak u Narratorki. Spada na mnie decyzjami, a często właśnie uporczywym od nich uciekaniem, dyrektorów, redaktorów, przyjaciół.

No więc, kto może sobie pozwolić na hibernację, gdy warunki wokoło i w środku są wyraźnie niesprzyjające? Kto utulony poduszką finansową może zasnąć na rok, by obudzić się w lepszym świecie przyszłości? Nie wiem, może Otessa? Nie ja. Nie my. Prekariusze sztuki.

Nie śpię więc i myślę, jak załatać budżet kolejnymi projektami-efemerydami, w międzyczasie zastanawiając się nad drugim pytaniem: kto może sobie pozwolić na ghosting? Chyba tak, jak na hibernację, ten, kto MA. Posiada na tyle dużo, że nic nie straci znikając, czy zasypiając. Może bez obaw o konsekwencje zastosować nowy savoir vivre XXI wieku – po prostu zasłonić oczy i udawać, że go nie ma.

Znacie to dobrze, co? Z rozmów z ludźmi z tak zwanej branży, wiem, że znacie. Hej, trzymajcie się wszyscy! Wy, którzy nie możecie zasnąć! Jest nas więcej, może jest to jakaś nadzieja?  

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska