Felietony

Literatura rozpaczy

| 4 minuty czytania | 157 odsłon

Literatura rozpaczy zaczęła śnić mi się po nocach, jak niespełniona fantazja, potrzeba, której jeszcze nie rozumiem i którą dopiero w sobie poznaję.

W „Dzikich detektywach” Roberta Bolaño jeden z bohaterów dzieli literaturę na pięć podkategorii: jest literatura dobra na nudę, na radość, na stan ożywienia, literatura spokojna (to podobno najlepszy gatunek) i literatura rozpaczy. O ile fani literatury spokojnej zaczytują się w wybitnych dziełach na przykład w „Czarodziejskiej górze” czy „W poszukiwaniu straconego czasu”, to literatura rozpaczy przyciąga swoim zgorzknieniem tylko i wyłącznie zrozpaczonych. Bohater niestety nie podaje przykładów takich książek. 

Dawno nie myślałam o rozpaczy. Zaczęłam wyobrażać sobie, jak wypełnia pisanie na tyle szczelnie, że nie tylko wpływa na jego formę, ale znajduje swoje specyficzne, choć wierne grono odbiorców. Wyobraziłam sobie fanów takiej literatury, którzy rozmiłowują się w opisach boleści, melancholii, żalu. Opierają brody o mokre od łez dłonie i mimo zamglonych oczu próbują przeczytać jeszcze jeden akapit, choć bardzo ich boli, od środka skręca. Potem jeden z nich organizuje otwarty slam, na którym czytane są rozpaczliwe teksty długie jak opisy przyrody u Orzeszkowej. Występującym akompaniuje chór lamentujących. Wszyscy na widowni zamiast bić brawo, wyją. Pada deszcz, który miesza się z łzami i przestaje być kwaśny.

Literatura rozpaczy zaczęła śnić mi się po nocach, jak niespełniona fantazja, potrzeba, której jeszcze nie rozumiem i którą dopiero w sobie poznaję. W końcu uznaje, że to dlatego, że dawno nie odczuwałam tego stanu. Od dłuższego czasu podejrzewam, że ja i osoby, którymi się otaczam, jesteśmy raczej „pomiędzy”. Nie jest to niezmącone szczęście, nie jest beznadziejny smutek. Coraz częściej na pytanie: „jak się trzymasz?” słyszę: „jako tako”, „jest jak jest”, „sama wiesz”. Nie wiem właśnie.

Nabrałam podejrzenia, że noszę w sobie jakiś zablokowany potencjał rozpaczy, więc zechciałam ją w sobie wywołać, wywlec na zewnątrz, przyjrzeć się jej. Moja mama miała zwyczaj, że kiedy chciała kichnąć, a nie mogła, wąchała pieprz w kulkach. I to działało. Włączyłam więc smutną playlistę do płakania, której słuchałam w liceum, gdy nieszczęśliwie się zakochałam. Zobaczyłam „Co się zdarzyło w Madison County”, a później „Króla Lwa”. W tramwaju nie odwracałam wzroku od reklam zbiórek na dziecięce hospicja. Wszystko mnie tylko smuciło. Jak daleko jest od smutku do rozpaczy?

Potem stwierdziłam, że napiszę o tym dramat. Każda z osób występujących w tekście miała po kilka nierozwiązywalnych problemów naraz, a każdą nadzieję na lepszy los, starałam się gasić, zanim na dobre się pojawiła. Bohaterowie byli raczej groteskowo-komiczni, a ich rozpacz, choć wiarygodna, nie oddziaływała. Nie mogłam wywołać rozpaczy w sobie poprzez pisanie, jedyną czynność, którą zawodowo się zajmuję. Poczułam się z tym „jako tako”.

Rozmawiałam o tym końcu rozpaczy z osobami z otoczenia, które uważają się za posiadające dość duży dostęp do swoich emocji, inaczej: przeszły terapię. I tu znowu pojawiał się obraz osób pomiędzy: ani w rozpaczy, ani w błogości. Świat się kończy, ale przecież wciąż możemy wstać, nakarmić kota, pójść do pracy, a nawet polecieć do ciepłego kraju, żeby patrzeć, jak tulą się wielkie żółwie. Tak samo binarnie osoby widziały siebie. Słyszałam: „jestem niekompetentny, niewystarczający, bez talentu”, ale nagle pojawiała się inna narracja: „w sumie jak na ten wiek, to już dużo osiągnąłem”, że „praca to nie życie”, a tak w ogóle to „muszę sobie dać na to wszystko przestrzeń”. I wychodziło takie „jako tako”, „sama nie wiem”. Pomiędzy. Sama mam w sobie te dwa głosy. I bardzo frustruje, gdy nie można po prostu poszlochać do poduszki, wpaść w lament, gdy myślisz o sobie najgorsze rzeczy. Nie możesz, bo zaraz przychodzi ci niby na ratunek ta poppsychologiczna myśl: „masz do tego prawo, jesteś człowiekiem, płacz”. Teraz to mi się już nie chce. 

Wydaje mi się, że potrzebujemy rozpaczy. Lamentu. I to dość szybko. To jak z wypalaniem lasów w Amazonii: kiedyś podpalano małe ich fragmenty, żeby zapobiec ogromnym pożarom, które strawią wszystko. Wkrótce nieprzeżywana rozpacz uderzy w nas tak, że nie będzie po niej czego zbierać. 

Rozpacz z nieodłączną sobie dotychczas performatywnością, ze swoją głośną i widzialną konwencją, przeżywana jest dziś wyłącznie prywatnie i po cichu. Może już czas, by wróciły zawodowe płaczki? Może już czas żebyśmy robili i oglądali taki teatr, który nie zawsze, ale czasem, doprowadzi do katharsis. Albo do realnego wspólnego przeżywania choć jednej sceny. Czegoś, co wyciśnie z nas wszystkich afekt na jeden krótki moment.

Daria Sobik

Daria Sobik