Felietony

Majowa polityka

| 7 minut czytania | 465 odsłon

Ilu ludzi zginęło w czasie tak zwanego „przewrotu majowego” w 1926 roku? W ciągu dwudniowych walk na ulicach Warszawy zostało zabitych 379 osób. Było wśród nich 164 cywilnych mieszkańców miasta, w tym dwunastoletni chłopiec, Dawid Kaufman

Rannych zostało 920 osób, między nimi kilkudniowy niemowlak, którego matka nie mogła wrócić do domu z powodu zablokowanych ulic. Te liczby są oficjalne i można je uznać za wiarygodne – znalazły się w raporcie Komisji Likwidacyjnej, powołanej tuż po tych krwawych wydarzeniach. 

Znany przedwojenny reporter, Stanisław Strumph-Wojtkiewicz porównał liczbę ofiar zamachu stanu w Warszawie do liczby ofiar rewolucji październikowej w Rosji w 1917 roku. Wypadają na niekorzyść akcji zbrojnej Piłsudskiego. W Rosji podczas 9 dni przejmowania władzy przez bolszewików życie straciło 300 osób. 

To, co w polskiej historii politycznej nazywane jest enigmatycznie „przewrotem majowym” w istocie było puczem wojskowym, krwawym zamachem stanu, kilkudniową wojna domową. Militarna akcja doprowadziła do obalenia konstytucyjnego rządu i zmusiła urzędującego prezydenta Rzeczypospolitej do dymisji. Zapoczątkowała autorytarne rządy sanacji, obozu piłsudczykowskiego, zwane nie bez przyczyny „rządami pułkowników”.    

 Józef Piłsudski, człowiek, który zorganizował krwawy zamach, uważany jest za bohatera narodowego, trafia na pomniki i medaliony, jest cytowany w „skrzydlatych” powiedzonkach: „Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”; „Jestem człowiekiem silnym. Lubię decydować sam”. W maju 1926 roku zdecydował tak, jak podpowiadały mu ambicje polityczne i znudzenie latami bezczynności w Sulejówku: wyprowadził oddane sobie wojsko z koszar w Rembertowie, Siedlcach czy Garwolinie, zgrupował oddziały po prawej stronie Wisły, atakiem militarnym zmusił do dymisji koalicyjny rząd Wincentego Witosa, wybrany kilka dni wcześniej przez parlament. 

Najpierw (11 maja) Piłsudski obrzucił nominowanego premiera oskarżeniami o złodziejstwo, korupcję i stosowanie przemocy. Wywiad marszałka z tymi rewelacjami ukazał się „Kurierze Porannym”. Rząd wydał nakaz skonfiskowania gazety. Na ulicach Warszawy pojawili się niemal równocześnie policjanci konfiskujący „Kuriera” i bojówkarze Piłsudskiego. Ci drudzy wpadali do kawiarni, kazali klientom wznosić okrzyki na cześć marszałka, śpiewać hymn legionistów „My, pierwsza brygada”. Niechętnych przymuszano siłą. W wielu miejscach doszło do przepychanek i bijatyk, choćby w cukierni Bliklego. 

Sytuację udało się uspokoić, ale na krótko, bo ferment podtrzymał kolejny sensacyjny artykuł w „Przeglądzie Wieczornym”. Na pierwszej stronie donoszono o „zagadkowych bandach, które ostrzeliwały willę Piłsudskiego w Sulejówku”. Nic takiego się nie wydarzyło, ale prowokacja powiodła się. Uzasadniła dalsze akcje Piłsudskiego i jego „podnieconych zwolenników”. Marszałek poderwał wojsko, w którym miał posłuch i swoich legionowych dowódców, i spod Rembertowa wyruszył na Warszawę. 

Kulminacyjny moment rozegrał się na moście Poniatowskiego, gdzie doszło do krótkiego spotkania Józefa Piłsudskiego i Stanisława Wojciechowskiego. Marszałek zapowiedział „zbrojną manifestację”, a prezydent – wówczas konstytucyjny zwierzchnik sił zbrojnych – karcąco zwrócił się żołnierzy „Co wy tu robicie?”. Wezwanie do wycofania się nie przyniosło żadnego skutku. 

Wkrótce od prawobrzeżnej strony Warszawy zajętej przez zbuntowane wojsko, padły pierwsze strzały, potem kolejne. 

Jeśli wczytać się w relacje zapisane przez ówczesnych reporterów, to w różnych miejscach Warszawy rebelianci stosują podobny schemat. Teatralne sceny: żołnierze Piłsudskiego zdobywają strategiczny punkt, potem pojawia się wódz. Pierwsze zdobyte miejsce to posterunek policji na Pradze – legioniści wyważają zaryglowane i zamknięte na łańcuch drzwi, rozbrajają policjantów. Piłsudski siedzi w aucie w pobliżu komisariatu, a do budynku wysyła wiernego Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. 

Zbrojne obalanie rządu Witosa zaczęło się 12 maja 1926 roku. W tym dniu Maria Szpyrkówna zauważyła na ulicy Miodowej „rozdzierającą scenę”. Na bruku siedziała młoda kobieta i tuliła zwłoki zabitego męża. Rozwiane włosy miała we krwi. „Grupka osób – pisała reporterka – usiłowała ją odciągnąć spod obstrzału, a ona siedziała na bruku, z potrzaskaną głową zabitego na kolanach” (M. Szpyrkówna, „Pierwsze chwile,” w książce Warszawa w ogniu 12. V. – 16. V. 1926 r.). Nie pozwoliła się odciągnąć od martwego ciała. Jej mąż był jednym z pierwszych zabitych mieszkańców stolicy. Wkrótce ulice Warszawy – jak pisali dziennikarze PAT (Polskiej Agencji Telegraficznej) – pokryły „wielkie plamy zastygłej krwi”. 

Przypadkowych ofiar było więcej. Choćby furman, który wiózł mleko na sprzedaż. W jego wóz trafiła bomba zrzucona z samolotu (akurat z rozkazu generała wiernego prezydentowi i rządowi). Być może mleczarz nigdy wcześniej nie widział samolotu, zanim nie zobaczył go chwilę przed śmiercią.

 Walki przerwała dymisja premiera Wincentego Witosa i jego rządu, złożona wraz z rezygnacją z urzędu prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, człowieka o wielkiej szlachetności i sile charakteru. 

 Los sprawił, że Józef Piłsudski zmarł dokładnie dziewięć lat po wznieceniu krwawego zamachu stanu (w roku 1935). Dzień 12 maja jako rocznicę śmierci marszałka ustanowiono oficjalnym Dniem Żałoby Narodowej. Na okolicznościowym plakacie czytamy: „Przed trzema laty, w dniu 12 maja, przestało bić serce serc polskich. Przestał żyć Józef Piłsudski (…) wódz i wychowawca narodu. Ale żyje wśród nas Nieśmiertelny Duch Jego”. Nakazywano, żeby od 11 maja wieczorem do 13 maja rano wystawy sklepowe były udekorowane „podobizną marszałka” z czarną krepą. Na gmachach i balkonach musiały wisieć flagi. 

Żałoby indywidualne zostały unieważnione państwową żałobą po wodzu, odpowiedzialnym za śmierć 379 osób w bratobójczej walce. 

Fundamentalne pytanie po stu latach brzmi: jak to się stało, że krwawa majówka na ulicach Warszawy nie zrujnowała legendy Piłsudskiego? Nie znam na nie odpowiedzi, choć znam rezultaty puczu: utorował drogę do władzy ludziom, którzy w 1939 roku opuścili pospiesznie Polskę drogą przez Zaleszczyki (wraz z nowym prezydentem Ignacym Mościckim, którego wybrali). Zanim uciekli, rządzili autorytarnie. Doprowadzili do ostrych podziałów społecznych i bezpardonowej walki politycznej, której jednym z efektów była brutalna nagonka na mniejszości narodowe. Natychmiast po swoim zwycięstwie piłsudczycy zaostrzyli cenzurę i wykańczali przeciwników politycznych, później zbudowali specjalny obóz w Berezie Kartuskiej, poniżali i więzili premiera, którego obalili. 

Po klęsce wrześniowej trudno było o namysł nad przeszłością. Okupacja, potem stalinizm nie dawały szansy uczciwej refleksji nad wydarzeniami i konsekwencjami maja’26. 

Być może to przekłamanie historii pomajowej wynika z geniuszu politycznego „Dziadka” (tak nazywano Piłsudskiego już w czasie zamachu). W każdym razie udało się piłsudczykom krwawy zamach stanu wprowadzić do historii jako „przewrót majowy”, z bojówkarzy zrobić ministrów i generałów, a z tłumu – wyznawców, a potem strażników pamięci. 

Nie wiem, jak mogło do tego dojść, ale nie mam wątpliwości, że spuścizna Piłsudskiego kładzie się cieniem na polską historię. A tych, którzy „czerpią” z jego metod politycznych nie brakuje.         

Urszula Glensk

Urszula Glensk