1.
Gdyby żył, prawdopodobnie nie napisałbym tego tekstu.
Bynajmniej nie dlatego, że bym nie chciał – natomiast już widzę jego reakcję na pomysł, że ktoś ma o nim coś pisać. Wyglądałoby to pewnie tak – przyszedłbym do palarni teatru, siadłbym naprzeciwko jego miejsca przy oknie, gdzie on popijałby kawę i zaciągał się dymem ze swojej legendarnej fajki, powiedziałbym: „Matucha, słuchaj, chciałbym napisać o Tobie felieton…” – i właśnie w tym momencie on zakrztusiłby się dymem i zacząłby się śmiać, że co to ja, nie mam o czym pisać, że po co pisać o nim, że lepiej bym się zajął jakimiś ważniejszymi sprawami, a w ogóle to chciałby mi opowiedzieć… – i tu zacząłby mówić o nowym technicznym udoskonaleniu jego letniego domku albo o nowym pomyśle do spektaklu, jaki przyszedł mu do głowy wieczorem, ale nie zadzwonił z nim, bo chciał, żebym miał wieczorem święty spokój, ostatecznie jestem młody i muszę korzystać… – i tak rozmyłby temat artykułu w oparach twórczego namysłu albo zwykłej przyjacielskiej gawędy.
Dlatego, skoro dziś nie może mnie wyśmiać (nawet tak serdecznie jak tylko on potrafił) chciałem napisać o wybitnym aktorze, jakim był Krzysztof Matuszewski, jednak, by nie wyśmiał mnie, kiedy znowu się spotkamy, zamiast opisywać niewątpliwy kunszt jego rzemiosła, opowiem po prostu o spotkaniu z człowiekiem.
2.
Był aktorem, którego jako pierwszego zobaczyłem na scenie Teatru Wybrzeże.
W 2018 roku przyjechałem do Gdańska zaproszony przez dyrektora Orzechowskiego, żeby zobaczyć kilka przedstawień i porozmawiać o możliwej współpracy. Pierwszego wieczora widziałem „Mapę i terytorium” Houellebecq’a w reżyserii Eweliny Marciniak. Kiedy po przedstawieniu kładłem się spać, nie myślałem o rozmachu inscenizacyjnym spektaklu, skomplikowanej siatce dyskursów poruszanych przez plan dramaturgiczny, nie wspominałem nawet porażającego fizycznego piękna pierwszoplanowych aktorów – moje myśli zajmował starszy (nie wiedziałem ile ma lat, ale starszy był od pozostałych) aktor grający ojca. Scena jego pożegnania z głównym bohaterem przepływała mi przed oczami, kiedy zasypiałem w teatralnym pokoju numer 301 i pamiętam, że zastanawiałem się, czy wrażenie jakie na mnie wywarła wywołane jest moją historią z moim ojcem, czy po prostu aktor grający ojca był tak przejmujący w swojej kreacji – lekki, a przy tym tak potwornie smutny – że to właśnie o nim myślę, zasypiając.
3.
Był aktorem, który przyśnił mi się innej nocy spędzonej w Teatrze Wybrzeże.
Często śnią mi się aktorzy, ale zwykle są to ci, z którymi pracuję lub pracowałem. Tymczasem w końcu 2018 roku zaczynałem próby do „Śmierci komiwojażera” i tuż przed pierwszym spotkaniem z obsadą (w której Matuchy nie było), śniłem sen, w którym ojciec z „Mapy i terytorium” z wielkim smutkiem w oczach tłumaczy mi, że nie mogę wyjść z pokoju, bo w całym teatrze trwa remont i mogłoby mi się coś stać. Ja tymczasem miałem w głowie, że zaraz zaczynam pierwszą próbę do nowego spektaklu – w takich okolicznościach nie móc wyjść nawet na korytarz to przecież katastrofa. Za radą tego mądrego, dojrzałego aktora zostałem jednak w pokoju, lecz po chwili usłyszałem przez interkom, że próba zaczyna się, a aktor Matuszewski tłumaczy pozostałym kolegom, że młody reżyser, jak to zwykle młody, zapomniał, nie dojechał i to on poprowadzi próbę. Postanowiłem jak najszybciej pobiec na salę prób, by powstrzymać uzurpatora, wyszedłem z pokoju, jednak rzeczywiście – w teatrze panował remont i nijak nie byłem w stanie znaleźć drogi. W głośnikach ciągle jednak słyszałem Matuchę reżyserującego kolegów, a przysłuchując się temu, jak ich prowadził wpadałem w coraz większą panikę – mówił im to, co ja chciałem powiedzieć, a nawet więcej, a zatem, kiedy dotrę na próbę będę zupełnie bezużyteczny, bo on całą robotę odwali za mnie i wyjdę na gówniarza wysługującego się dojrzałym, bardziej doświadczonym kolegą, któremu nawet nie dałem zagrać w przedstawieniu. Narastająca panika sprawiła, że szybko znalazłem drzwi do sali prób, jednak gdy tylko je otworzyłem, obudziłem się.
Później opowiadałem mu o tym śnie, a on strasznie się z tego śmiał – w końcu w Teatrze Wybrzeże prawie zawsze jest jakiś remont. Ja jednak widzę dziś, że ten sen w pewien wykrzywiony sposób przepowiadał mi moją pracę z Krzysztofem nad „Wspólnym pokojem”, jego ostatnim przedstawieniem, w którego treść i formę sceniczną miał tak ogromny wkład. W czasie prób nie było bowiem tygodnia, żeby Matucha nie zadzwonił, mówiąc: „Ja cię przepraszam, że ci zawracam głowę, ty jesteś młody, to potrzebujesz wieczora dla siebie, ale nie daje mi spokoju ten moment, w którym…” – i tu następowała niezwykle precyzyjna analiza sytuacji scenicznej, w której uczestniczył (bądź nie uczestniczył – bardzo lubił przyglądać się pracy reszty kolegów) wraz z kilkoma możliwościami sytuacyjnych rozwiązań. Kiedy doradzał mi w sprawie scen, w których grali inni koledzy zawsze mówił: „Tylko błagam cię, Radek, nie mów nikomu, że to ode mnie wyszło, bo będzie gadanie, że się dziad wymądrza, a zresztą, przecież ja tylko idę za konsekwencjami ze scenariusza…” – zawsze wtedy odpowiadałem, że nie będę mówił, ale tylko dlatego, że on nie chce, a potem, kiedy na porannej próbie pomysł wchodził w życie i wszystkim się podobał, zdradzałem naszą tajemnicę i mówiłem, że rozwiązanie sytuacji zawdzięczamy naszemu Dziadkowi.
4.
Był aktorem Teatru Wybrzeże, na pracę z którym czekałem najdłużej.
W końcu września 2024 zaczęliśmy pracę nad „Wspólnym pokojem”, gdzie miał zagrać postać Dziadka (w scenariuszu opisaną jako „Stary”). Znaliśmy się ot, z palarni, z korytarza, nie wiedziałem jaki ma stosunek do swojego wieku (a był człowiekiem przecież względnie młodym) i wyglądu (wyglądał w końcu dojrzale, jak nestor zespołu). Trzeźwy od ponad dwudziestu lat nie chodził na piwo z młodszymi kolegami, więc, mimo, że nasze rozmowy przy fajce zataczały bardzo szerokie kręgi, nie do końca wiedziałem, czy wobec tak szacownej persony należy trzymać dystans, czy można sobie pozwolić na typową dla sytuacji roboczej dosadność.
Kiedy czytaliśmy po raz pierwszy początek scenariusza rozwiał moje wątpliwości od razu – sam zaczął mówić o sobie per „Dziadek” i śmiał się za każdym razem, gdy widział moje skrępowanie wywołane koniecznością mówienia o nim „Stary”. Powiedział wtedy: „Jestem stary. Chodzę po scenie dłużej niż ty żyjesz. Możesz mówić na mnie Dziadek, byle nie na ulicy, aż tak staro, żeby rzeczywiście być twoim dziadkiem, nie wyglądam”.
W pracy Matucha oczekiwał szczerości i partnerstwa, nigdy dystansu. Wiedział, że szacunek można okazać na inne sposoby, niż tytułami i wstawaniem, gdy wchodzi starszy kolega. Potrafił rozmawiać na wszystkie tematy – nawet te trudne. Był pierwszym człowiekiem, który tak wprost i konkretnie rozmawiał o swoim uzależnieniu. Dobrze wiedział, że mówiąc o tym, daje mi siłę, bym walczył ze swoim, a jego przykład pokazuje, że da się wyjść na prostą i dalej być twórcą.
5.
Był pierwszym „moim aktorem”, który umarł. Odszedł i już więcej nie zagra Dziadka we „Wspólnym pokoju”, ani żadnej innej roli, którą pod niego wymyślałem.
Nie bardzo wiem, jak sobie z tym poradzić. Na pogrzebie, moja narzeczona, przełykając łzy, mówiła, że płacze za nas oboje, a mi było głupio przed kolegami z teatru, że stoję tak z suchymi oczami, jakby mi w ogóle nie było żal, że odszedł wielki artysta i kochany człowiek.
Było mi żal, to jasne. Ale byłem też wdzięczny, że widziałem jego ostatni spektakl, że na jego ostatniej próbie wznowieniowej żartowaliśmy jak zwykle, że umówiliśmy się, że przeczyta dramat mojej narzeczonej, który wysłałem mu już z pociągu, a do którego pewnie nie zdążył zajrzeć.
A może zdążył?
Nigdy się tego nie dowiem.
Na razie liczę na to, że znowu mi się przyśni.
Wtedy go zapytam.
Radosław Stępień