Felietony

Medycyna w getcie warszawskim

| 8 minut czytania | 604 odsłon

Wystarczyło, że inni odwracali oczy i mówili „co my możemy zrobić?”, a jeszcze inni może mówili „nie interesuję się polityką”.  

Hiszpański pisarz Javier Cerkas powiada, że „ważniejsze zrozumieć rzeźnika niż ofiarę”. Może i tak, ale pod koniec kwietnia, gdy zakwitają żonkile i gdy ktoś podaje mi papierowego żonkila do przyklejenia w okolicy serca, to myślę o ofiarach. W tym roku przypada 80. rocznica powstania w getcie warszawskim – dawno, a jednak dzieci, które zginęły w getcie, mogłyby jeszcze żyć…

Im więcej czytam o drugiej wojnie światowej, myślę o niej jako o wojnie religijnej. Wyznaczenie i zamknięcie żydowskiej dzielnicy w Warszawie było kolejnym etapem prześladowań religijnych i etnicznych, które w Europie miały długą tradycję. Trwały co najmniej od XV wieku, od czasów inkwizycji hiszpańskiej. Nieco później, bo w roku 1516 założono getto w Wenecji. Jego bramy były zamykane na noc jeszcze w XIX wieku. Historia prześladowań na tle religijnym jest długa i wielowyznaniowa. Hitler antysemityzmem porwał swoich wyznawców, chociaż nie wszystkim Niemcom przeszkadzali Żydzi. Wystarczyło, że inni odwracali oczy i mówili „co my możemy zrobić?”, a jeszcze inni może mówili „nie interesuję się polityką”.  

Kiedy tworzono getta w okupowanej Polsce, tylko niewielu Żydów miało odwagę zostać na tak zwanej „aryjskiej” stronie, a to dawało największą szansę na ocalenie. Wtedy nikt tego nie wiedział, ale żydowska mniejszość (prześladowana również w międzywojniu) dobrze rozumiała, że nie zdoła ukryć się poza gettem przed niechęcią wielu sąsiadów. Poszli za mury. Zostawione mieszkania szybko zostały zajęte. Współczucia chrześcijan raczej nie było. Noemi Makower wspominała, że zdarzało się, że ktoś rzucał kamieniem na stronę getta. Taki drobny gest nienawiści brzmiący zwykłym upadkiem kamienia. (Miałam pisać o ofiarach, a nie o rzeźnikach).

Myśląc o getcie warszawskim, widzę nieubłaganą kolej rzeczy. Dwa i pół roku cierpień i głodu zakończone bolesną śmiercią w duszności. W tym mroku znikają wysiłki społeczne i charytatywne, podejmowane cittá dolente. Nie zdajemy sobie sprawy choćby z tego, jak sprawnie zorganizowano w getcie pomoc medyczną. W dzielnicy zostało zamkniętych siedmiuset trzydziestu siedmiu lekarzy.

Już w pierwszych miesiącach okupacji żydowscy medycy byli krok po kroku pozbawiani możliwości wykonywania zawodu. 18 listopada 1939 roku Izba Lekarska Warszawsko-Białostocka musiała dostarczyć Niemcom listy lekarzy pochodzenia żydowskiego – moment decydujący o ich dalszym losie. Szybko nakazano im przybijanie na receptach pieczątki z Gwiazdą Dawida, mieli oznaczać też tym symbolem szyldy gabinetów. Wiosną 1940 roku dostali zakaz leczenia chrześcijan.

Gdy warszawscy Żydzi musieli się przenieść do wyznaczonej dzielnicy, na wózkach wieźli również fotele dentystyczne. Organizowaniem służby medycznej w nowej rzeczywistości zajął się Wydział Zdrowia Rady Żydowskiej, kierowany przez Izraela Milejkowskiego. Leczono pomimo braku leków, opatrunków i żywności. W getcie istniały dwa duże szpitale. Oba miały kilka adresów, bo władze okupacyjne w ramach kolejnych prześladowań wielokrotne nakazywały przenoszenie lecznic do innych budynków. Na jedną z przeprowadzek wyznaczono dwadzieścia cztery godziny.

Lekarze mierzyli się z dylematami wykraczającymi poza kategorie Hipokratesa. Henryk Makower (mąż Noemi) zapamiętał małżeństwo samobójców. Próbowali otruć się popularnym przed wojną środkiem nasennym – gardenalem. Zostali przywiezieni do szpitala. O pomoc błagała lamentująca matka. Lekarze odratowali samobójców. Po przebudzeniu pacjenci rozpaczali – „Przykra była po paru godzinach rozmowa z nimi. Byli oburzeni, że przywrócono ich wbrew woli – do życia” – wspomina Makower.

Sceny ze szpitala pediatrycznego zapisane we wspomnieniach lekarzy, również pokazują skalę dramatu. Jakaś zrozpaczona matka przyszła na izbę przyjęć z umierającym niemowlęciem. Nie można było przyjąć jej dziecka, bo kobieta nie miała piętnaście złotych na kaucję na pogrzeb. Środki zbierane przez Wydział Opłat na Rzecz Szpitalnictwa były ograniczone.

Adina Blady-Szwajger zapamiętała, że „pewnego dnia bezdomny dzieciak w łachmanach rozebrał się do naga przed bramą szpitalną w zimny jesienny dzień i krzyczał głosem rannego psiaka, żeby go zabrać do szpitala, bo jest sam i głodny, i zmarznięty”. W getcie błąkało się dziesięć tysięcy osieroconych dzieci. Zorganizowano dla nich dwadzieścia trzy sierocińce i internaty pomimo braku wszystkiego i niedostatku wszystkich mieszkańców dzielnicy. (Żadnego z sierocińców w getcie nie zorganizował ksiądz Godlewski – co ostatnio w swoim manifeście polityczno-historycznym ogłosił premier Mateusz Morawiecki).  

W dzielnicy stworzono ambulatoria, punkty opatrunkowe, miejsca szczepień, laboratoria;  zorganizowano pogotowie ratunkowe i stację krwiodawstwa; powołano Instytut Chemiczno-Bakteriologiczny. Przy szpitalu powołano zespół lekarzy i laborantów, badających chorobę głodową i dur plamisty (tak zwany tyfus) – karty dwudziestu pięciu tysięcy pacjentów spłonęły wraz z całym gettem. Wyniki badań nad skutkami głodu opublikowano tuż po wojnie. Wstrząsająca książka.

W dzielnicy zamkniętej utworzono także konspiracyjne studia medyczne. Studiowało pięciuset młodych ludzi. Ocalało z nich pięćdziesięciu, wśród nich Jerzy Szapiro, który wspominał: „Stworzono nam mobilizującą wizję drogi do dyplomu, o której nie mogliśmy przedtem nawet marzyć; studia pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, co oznaczało, że będą je nam zaliczać, a egzaminy honorować. Mogliśmy być użyteczni, ale zarazem uczyć się, zaspokajać swój głód poznawczy, rozwijać swoją wiedzę praktyczną”. Stanisław Tomkiewicz, już jako lekarz we Francji, pisał, że kursy medyczne były prowadzone na bardzo wysokim poziomie. Studenci tajnej farmacji hodowali w skrzynkach rośliny lecznicze, a potem oddawali zbiory do szpitala.

Gdy nie dało się już leczyć, ponieważ pacjenci szpitalni mieli zostać zabrani na Umschlagplatz i wepchnięci do wagonów, wówczas starcom i dzieciom podawano ostatnie dawki morfiny Łaska łagodnej śmierci.

Icchak Berensztein, współautor „Archiwum Ringelbluma”, przypominał żydowską tradycję:   „Żeby uratować człowieka od śmierci, można naruszyć wiele zakazów”. W mieście Zagłady ta wskazówka uległa przekształceniu. Wielkimi wysiłkami starano się uratować człowieka od cierpienia.

Agnieszka Witkowska-Krych, autorka pracy doktorskiej o sierocińcach w getcie, napisała, że o ile nie mamy dziś wpływu na to „co działo się w latach 19401943 w Warszawie, w żydowskiej dzielnicy zamkniętej oraz w komorach gazowych Treblinki i innych obozów zagłady, o tyle próba przywrócenia pamięci o tych wydarzeniach i biorących w nich udział konkretnych ludziach jest czymś więcej niż tylko jednym z wielu zadań, które stawia przed człowiekiem etyka pamiętania i troszczenia się o przeszłość”. Etyka pamięci sama w sobie ma swoją wartość.

Zaprzeczeniem etyki jest natomiast polityczne kunktatorstwo dzisiejszych polityków, którzy wokół cierpienia polskich Żydów, próbują przypodobać się swoim wyborcom, oczekującym opowieści o heroicznej postawie braci-chrześcijan.

Po drugiej stronie muru na próbujących się wydostać z getta Żydów czekała dziesięciotysięczna „armia” szmalcowników – ludzi, którzy żyli z szantażowania i okradania uchodźców z dzielnicy zamkniętej. Wokół murów szmalcownicy czekali jak sępy.

Trzeba dodać, że w okupowanej Warszawie żyło pięćdziesiąt tysięcy Niemców i folksdojczów.  

W swoim manifeście na Facebooku premier Mateusz Morawiecki przywołuje za Gunnarem S. Paulssonem liczbę jedenastu tysięcy Żydów uratowanych z getta warszawskiego (na czterysta dziewięćdziesiąt tysięcy tych, którzy tam trafili). Ma to być liczba dumy. Premier-historyk pomija ustalenie Paulssona, że z getta uciekło dwadzieścia osiem tysięcy Żydów, którzy mieli przygotowane kryjówki i mogli liczyć na pomoc przyjaciół po tak zwanej „aryjskiej” stronie. Co zatem było powodem śmierci siedemnastu tysięcy ukrywających się w Warszawie Żydów między końcem 1942 a styczniem 1945? Tak – część zmarła śmiercią naturalną, niektórzy zginęli w powstaniu warszawskim. Jednak ponad połowa nie przetrwała: siedemnaście tysięcy zabitych i zmarłych po stronie „aryjskiej” w porównaniu do jedenastu tysięcy ocalonych po tej samej stronie.   

Kto zdradził Różę Amzel z matką? Kto zdradził Władysława Sterlinga z żoną? Ukrywali się w „pewnych” miejscach. Przed ucieczką z getta byli wykładowcami tajnej medycyny.

Stefan Kisielewski, publicysta wytrwale walczący z kłamstwami propagandy PRL-owskiej, miał rację, gdy pisał: „Niezależnie od woli autorów, niezależnie od ich komentarza, wychodzi świadectwo o wydźwięku strasznym. Tego się nie da zagadać”.

Obojętnie jakiej polityki historycznej nie będzie forsował rząd Zjednoczonej Prawicy, czego premier nie będzie wypisywał w ataku na badaczkę Holokaustu Barbarę Engelking, nie zmieni to historii Zagłady.

Prawdy nie da się zagadać.  

    Urszula Glensk

 

Urszula Glensk

Komentarze

Komentujesz tekst: Medycyna w getcie warszawskim