Na nadmorskiej promenadzie zaskoczył mnie rosnący, wzbierający tłum alfa gen. Zatrzymałem się zobaczyć, co się dzieje. Otóż działo się to, że przywieziono youtuberów, którzy nie robili nic poza tym, że można się było z nimi sfotografować.
Uczestniczyłem w wydarzeniu, które odbywało się w dużej hali koncertowej i na które zjechało tysiące dzieci z całej Polski. Dzieci z racji małoletności przyjechały z rodzicami. Przed halą kłębiły się więc tłumy. Organizatorów skala tych tłumów przerosła. Wybuchł chaos. Interweniowała policja. Wydarzenie zaczęło się z trzygodzinnym opóźnieniem. Dzieci zachowywały się z ekspresją przywodzącą skojarzenia z koncertami The Beatles. Na scenie natomiast para dorosłych ludzi grała w Minecrafta i komentowała tę grę. Przebieg gry obserwowaliśmy na dużym monitorze. Dwójka graczy natomiast siedziała na scenie, przodem do płaczącej, śmiejącej się, wrzeszczącej entuzjastycznie widowni, i komentowała, co właśnie robią, i co im się przydarza w tej grze. I tak przez dwie godziny. Jako całościowe zjawisko było to fascynujące! Ale nie mogłem zrozumieć, dlaczego. Co ich w tym porywa? Dlaczego taki entuzjazm budzi obserwowanie czyjejś gry, której świat jest tak bardzo umowny, pikselowy, w ogóle nie udający prawdziwego? Co to za rodzaj teatru tu się rozgrywa?
Z moich późniejszych nienaukowych, niesumiennych i niestarannych obserwacji dzieci z generacji alfa (urodzone po 2010 roku) wynika, że mało ich interesują rzeczy fabularne. Książki czytają, bo muszą (choć na konkursie literackim spotkałem też zajadłe czytelnicze wyjątki). Filmy oglądają rzadko. I nie umiałem przeniknąć tej tajemnicy, dlaczego tak niesamowicie chętnie oglądają ludzi, którzy komentują jak grają w gry. Potrafią ich oglądać godzinami, jeżeli tylko mogą. I nie są to gry, które mają jakieś skomplikowane fabuły. Raczej takie, które polegają na serii małych zadań nie posiadających żadnego końca, punktu kulminacyjnego, przygód ani niczego w tym rodzaju. Przynajmniej niektórzy z nich. Akurat ci, których miałem szansę poznać. Ach! I co ważne, a co początkowo przegapiłem, grają wspólnie. Całą grupą. Łączą się ze sobą w trakcie, komunikują na czatach. Są w nieustannym kontakcie. Ta wspólnota w wirtualnym świecie jest ogromnie ciekawa.
Na nadmorskiej promenadzie zaskoczył mnie rosnący, wzbierający tłum alfa gen. Zatrzymałem się zobaczyć, co się dzieje. Otóż działo się to, że przywieziono youtuberów, którzy nie robili nic poza tym, że można się było z nimi sfotografować. Nawet nie wychodzili na żadną scenę. Nie mieli nic do powiedzenia. Stali na promenadzie i obsługiwali kosmicznie długą kolejkę dzieci, które godziły się na to, żeby czekać godzinami na swoje selfie z youtuberem. Co to jest za zjawisko? Na czym polega? Co to za świat, do którego nie mam dostępu, bo go nie rozumiem? Przecież jeśli mam dla nich robić teatr, to muszę ich jakoś zrozumieć. A tu mnie nie puszcza! Nie łapię. Nie wiem. Coś tu się zadziewa, na co patrzę z wielką ciekawością z zewnątrz jak na coś totalnie dla mnie nie do ogarnięcia. I nagle przeskoczyło. Nie wiem, czy dobrze, ale posiada jakąś logikę, więc elementarz zrozumienia.
Gra, w której uczestniczę w budowaniu świata, który jest inny, ma swoje własne reguły, które trzeba poznać, jest czymś prawdziwym. Ja naprawdę buduję ten świat. To nie jest bajka. To nie jest fikcja. To nie jest wymyślona fabuła. To się dzieje naprawdę. Wiem, że w świecie wirtualnym, nie jestem głupi. Ale świat wirtualny jest naprawdę. On tam po prostu jest. I my w nim jesteśmy. Ja i moi kumple. Radzimy sobie tam razem. To nasze wspólne życie. Nikt nam nie wymyśla przygód, nie kreuje zdarzeń. Sami je tworzymy. Albo też, jak w geoguessr, odkrywamy świat istniejący, ale idziemy gdzie chcemy, jak chcemy, dokąd chcemy, bez żadnych sztucznych konstrukcji fabularnych czy innych kreatywnych wymysłów. To jest prawdziwe. To jest trudne. To jest niezwykle trudne. Łatwo się pogubić, zagubić. W te gry nie da się przegrać, ani wygrać. Ale można się zgubić. Można utknąć gdzieś albo krążyć w kółko bez sensu. Można zejść na manowce, na jakieś totalne pobocze, z którego trudno się wydostać.
Życie codzienne też jest taką grą. Gra: dom, gra: relacje z rodzicami, gra: szkoła, gra: relacje z rówieśnikami najtrudniejsze i najbardziej wymagające. To oni są tu ze mną, w tym świecie, który starzy ludzie nazywają wirtualnym, a który jest po prostu światem. Gra nie oznacza udawania. Przeciwnie. Gra jest czymś najprawdziwszym. Jest dzianiem się. Każde dzianie się to gra, która ma swoje reguły, w których trzeba się odnaleźć, bo inaczej się pogubisz. Są gry ciekawe i mniej ciekawe. Gra w minecrafta jest ciekawsza niż gra w szkołę. Zwykle.
Osoba, która komentuje grę, jest kimś, kto przeszedł jakiś jej odcinek, kto jest w grę wtajemniczony poprzez swoje własne w niej doświadczenie. To ja, tylko dalej. Czyli przewodnik. A bardziej zaawansowany przewodnik, który już naprawdę dużo ogarnął, to mistrz. Generacja alfa to generacja, która wielbi mistrzów. Ale to nie są mistrzowie wyniesieni w elity. To są mistrzowie oddolni. To są ci spośród nas, którzy to przeszli. Nie całość, bo nie da się przejść całej gry. Ale przeszli pewien etap, nauczyli się orientować w pewnych rzeczach, w których bez doświadczenia łatwo się pogubić. Na przykład wiedzą, jak szybko się zorientować w geoguessr, że jesteś w północnej Boliwii. Nic nie ma, tylko droga i drzewa, i słupki przy drodze. A ty masz dwie minuty, żeby zgadnąć, czy to Czukotka, czy jakaś wieś pod Łomżą, bezdroża Mongolii, Kenii, czy Kanady? Ale są słupki przy drodze i sposób malowania linii pobocza. A ty to wiesz, bo przeprowadził cię przez to człowiek, który już to przeszedł i rozkminił, i teraz się tym dzieli. Dzięki niemu wiesz, że słupek, który jest w ten sposób wbity w ziemię, zdarza się tylko pod Łomżą. Dzięki niemu wiesz, że linie na drodze malowane tym odcieniem bieli istnieją tylko w Kenii. On do tego doszedł sam, wydatkując mnóstwo energii, czasu, mnóstwo życia oraz czerpiąc z wiedzy innych. I teraz się tym dzieli. A jeżeli przeszedł wystarczająco dużo i dobrze umie się tym dzielić, to dobry przewodnik albo i prawdziwy mistrz. Dzięki niemu naprawdę możesz dużo więcej. Szkoda czasu na filmy, na książki, na jakieś komiksy. To wszystko niczemu nie służy, nic nie daje. Nie posuwa w grze ani o krok, a jeśli już, to przez przypadek, skutek uboczny. To, co najciekawsze, najbardziej elektryzujące, jedyne posiadające sens, to przewodnicy, to mistrzowie, którzy ci powiedzą, jak uniknąć pułapek w szkole, w minecrafcie, w domu, na rowerze, jak się zorientować, ogarnąć, przetrwać, zdobyć. Podzielą się z Tobą własnym doświadczeniem, pokażą, jak sobie radzą. Bo to nie jest nigdy suchy, nauczycielski wykład. To nie są nauczyciele. To są uczestnicy gry, tylko na jej dalszym etapie, którzy pokazują na własnym przykładzie. Nie ma ściemy, nie ma wymądrzania. Prezentują, jak sobie sami radzą, poradzili. Tu już nie ma w ogóle pytania o demokrację. Tych rzeczy się nie głosuje. Żeby przetrwać, żeby coś osiągnąć w jakiejkolwiek grze trzeba słuchać przewodnika, mistrza.
Mistrzostwo ma różne stopnie i w różnych dziedzinach inaczej wygląda i działa, ale zasada jest wspólna. Mistrz to ten, który sam to wszystko przeszedł. To, co za nim stoi, to przede wszystkim osobiste doświadczenie i praktyczna wiedza z tego wynikająca.
Nie piszę tego z ironią. Ironia już nie działa. I jest bez sensu. To jest bardzo ciekawe wszystko. Tak jak gen Z jest pokoleniem wsłuchanym w różnego rodzaju ekspertów: od parzenia kawy i golenia brody po sposoby życia i jakość dokonywanych wyborów życiowych, tak gen A jest pokoleniem mistrzów. Tak mi się wydaje.
Jeżeli właściwie to odczytuję, to prorokuję niniejszym, że teatr dla alf będzie chciał być prawdziwy, prawdziwszy. Prawdziwy jak gra. A bardzo duży stopień umowności nie będzie przeszkadzał, a nawet będzie sprzyjał. I że teatr mistrzów powróci.
Artur Pałyga