Zbrodnie zaczynały się w gabinecie Stalina. Przy niepowtarzalnym biurku złożonym z siedemnastu kolumn podtrzymujących blat. Wokół krzesła, gdzie siadali podwykonawcy i przyjmowali mordercze rozkazy.
W sklepie muzealnym leżą wachlarze czarno-białych pocztówek z przywódcą. Ma zadowoloną twarz i perfekcyjnie skrojony uniform. Są też niewielkie porcelanowe popiersia, wina i fajki z podobizną, a nawet pudełko z szachami, gdzie zielony filc zstępują zdjęcia wodza. Nie brakuje nowocześniejszych gadżetów – uwagę przyciągają lniane torby w dwóch kolorach, krwistym i czarnym.
Marmurowe schody z czerwonym dywanem pośrodku, prowadzą na piętro klasycystycznego pałacyku. Po drodze przewymiarowana postać z alabastru.
Jako młody mężczyzna był smukły i przystojny, miał burzę kruczoczarnych włosów i przenikliwe spojrzenie. Na kilku młodzieńczych zdjęciach wygląda zupełnie inaczej niż na późniejszych. Początek kariery – pierwsze publikacje: artykuły programowe, próby poetyckie, konspiracyjne drukowanie, nawet wykres obserwacji meteorologicznych z okresu pracy w obserwatorium, tuż po opuszczeniu seminarium duchownego. Zesłanie na Syberię, dwukrotne. Życie z zesłańcami i kryminalistami. Wrzenie świata.
Josif Dżugaszwili dojrzewa do polityki i władzy. I do kultu jednostki.
Kolejne ściany w Muzeum Stalina w gruzińskim mieście Gori wypełniają portrety i pozowane zdjęcia. Wyblakłe reprodukcje, słabej jakości powiększenia, duży „raser” jak w lichej gazecie. Fotografie są retuszowane i modyfikowane, znikają z nich ślady po krostach na twarzy, albo papieros z ręki. To widzę gołym okiem. Badacze zauważyli, że ze zdjęć znikali przeciwnicy polityczni. Zanim zniknęli, zostali zamordowani.
Ekspozycja muzealna w rodzinnym mieście dyktatora pochodzi z czasów Związku Sowieckiego. Nie zmieniła się ani co do obrazu, ani co do ideologii. Została jedynie nieco rozszerzona o postacie gruzińskich ofiar.
Przedmiotów codziennego użytku prawie nie ma. Jakieś wazy i filiżanki należące ponoć do Jekateriny Dżugaszwili, matki. Widać nie pogardziła zdekompletowanymi skorupami po arystokracji. Teraz bezwstydnie stoją za szkłem jako jej przedmioty osobiste. Portretowa fotografia Jekateriny pojawia się w kilku miejscach. Jest na niej jakby skamieniała, bez wyrazu. Twarz matki potwora. W ludowym stroju z ciemnym kornetem na głowie. Na szpitalnym łóżku pozuje do zdjęcia z wnukami. Jakby odrodzenie się familii na warunkach syna. Niegdyś wyrzuciła go z domu, bo zaatakował nożem pijanego ojca. W awanturach rodzinnych stanęła po stronie męża.
Muzealne ściany wypełnione są monotonnymi portretami Stalina. Wygląda na nich podobnie. Pomnikowo wyprężony, bez mimiki, pozujący. Są współtowarzysze. Portrety podwójne z Leninem z roku 1922, gdy Stalin został sekretarzem generalnym partii bolszewików. Początek wielkiej strategii – otaczanie się wiernymi kompanami, wycinanie oponentów. Poprzednicy przygotowali grunt – pochód ludobójców ruszył. Inny portret podwójny z Dzierżyńskim. Wyjątkowe rozluźnienie, ręka Generalissimusa obejmuje Feliksa. Więcej tu zdjęć Dzierżyńskiego niż innych współtowarzyszy: Mołotowa, czy Kaganowicza. Beria z muzeum znika.
Czystki etniczne są raczej pominięte. Wyjątek stanowią znani Gruzini, zabici w latach 30. Wódz nie miał litości nawet dla pobratymców: ofiary jego terroru to prawie pół miliona Gruzinów. Na wystawie cytaty ze Stalina, także i taki: „Człowiek nie jest wieczny. I ja umrę. Jaki będzie osąd ludzi i historii? (…) Błędy, naturalnie, zostaną mi przypisane. Wiele śmierci trafi do mojego grobu, ale nadejdzie dzień, w którym wiatr historii bezlitośnie je rozwieje”. Cynizm wielki jak Rosja.
Z okresu wojennego tylko podpisywanie traktatów i rozmowy z przywódcami światowymi. Po „mięsie armatnim” ani śladu. No, z wyjątkiem zdjęć pierwszego syna Jakowa, którego nie chciał wyciągnąć z niemieckiego obozu jenieckiego, a jego żonę uwięził za to, że Jakow trafił w niewolę (ale o tym ani słowa).
Po wojnie hołdy składane wodzowi przez cały zwasalizowany świat. I tu jak z Dzierżyńskim, na plan pierwszy wysuwają się hołdy od polskich robotników z okazji 70. rocznicy urodzin Stalina. W gablotach są więc z „Polszy” talerze z podobizną „wodza wolnych narodów”, ceramiczny koszyk z różami, czy metalowa lampa w kształcie sierpa i młota (całkiem ciekawa). To jednak drobiazgi w zestawieniu z drewnianą tarczą, bogato i sugestywnie rzeźbioną. Profesjonalny socrealistyczny relief. Twarz, gwiazda, glob, sztandar i wszelkie insygnia. Przedmiot przykuwa uwagę rozmachem i techniczną precyzją wykonania. Z boku tarczy nieudolnie wyryte słowa darczyńców: „Dla uczczenia 70-lecia Tow. J. Stalina Koło P.Z.P.R. przy PZM i Odlewni w Pasłęku Oraz załoga Fabryczna. Wyk. K. Sienkiewicz”. Wracałam do tego eksponatu wysłanego na Kreml z Pasłęckich Zakładów Metalurgicznych. Uderza w niej kontrast między rzeźbą a literami sygnatariuszy. William Blake miał rację: „Zegar mierzy godziny błazeństwa, godzin mądrości żaden zegar nie mierzy”. To jedno z jego „Przysłów piekielnych”.
Zbrodnie zaczynały się w gabinecie Stalina. Przy niepowtarzalnym biurku złożonym z siedemnastu kolumn podtrzymujących blat. Wokół krzesła, gdzie siadali podwykonawcy i przyjmowali mordercze rozkazy.
Wbrew stereotypowi współcześni Gruzini nie piją „toastu za Stalina”, raczej bezradnie wywieszają w miastach unijne flagi. Chcą Europy, ale na karku mają Rosję. Kraj na krawędzi. W Gori jest Muzeum Stalina, a w Tbilisi – Muzeum okupacji sowieckiej. Jedno monumentalne, drugie ubogie.
Wyznawczej instytucji nie udało się zamknąć. Dyrektorka placówki podziwia Stalina. Strzeże muzeum, które z ludobójcy robi męża stanu.
A pytanie o winę i karę? O bezgłos ofiar? Jeśli nie znajdujesz odpowiedzi, szukaj jej w sztuce.
W spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego „(A)polonia” cierpienie uwięzionego „skłania (…) do zadawania pytań o sprawiedliwość świata i o miejsce tej kolonii karnej w owym świecie”. Ale „fakty wskazują na coś całkiem odwrotnego, że możemy robić po prostu wszystko i że wszystko nam się upiecze. Że nie ma kary” – to wygłos monologu, wypowiadanego przez Maję Ostaszewską. W labiryncie okrucieństwa nie ma rozliczenia?
Urszula Glensk