Felietony

Nagie życie śmiertelnika według Macieja Żaka

| 5 minut czytania | 316 odsłon

Jednej z początkowych scen z plaży, nie ożywiają nawet fale morza, chociaż miarowo uderzają o ciało nagiego mężczyzny. Trup leży twarzą w piasku.

Zaczyna się pięknie. Od widoku wąskiego paska Półwyspu Helskiego z lotu ptaka. Po dwóch stronach bezkresna woda. Ciemny samochód jedzie w jedną stronę, biały pociąg – w drugą. Zdjęć krajobrazu, pokazanych w filmie Macieja Żaka, nie powstydziłby się Bergman. W tle podniosła muzyka. Nastrojowa pieśń Schuberta („No, brylant, no istny cud”, jak śpiewała Demarczyk). 

Jednej z początkowych scen z plaży, nie ożywiają nawet fale morza, chociaż miarowo uderzają o ciało nagiego mężczyzny. Trup leży twarzą w piasku.

Bez obaw – nie zdradzę akcji „Zapisków śmiertelnika”, tym bardziej że film zbudowany jest na zagadce kryminalnej. Kolejne sceny zmontowane są wbrew logice następstwa czasu, ale zachowują ciąg przyczynowo-skutkowy. Unieważnianie porządku chronologicznego wzmaga uwagę widza. Odsłaniana po kawałku historia głównego bohatera – FP – przykuwa uwagę i koncentrację widza. Czego można chcieć więcej od dzieła filmowego, teatralnego, czy literackiego? Przeniesienia w inną rzeczywistość.   

Akcję niosą dialogi. Są krótkie, sentencjonalne, ironiczne, chwilami zabawne. Wciągają, nie pozwalają się nudzić. „Zapiski” są zresztą utrzymane w konwencji przypowiastki, którą podkreśla głos zewnętrznego narratora. Raz ujawnia on strumień świadomości bohatera, raz wchodzi w rolę zewnętrznego komentatora. Tembr głosu z off-u jest sztuczny i zdystansowany – celowo. Sardoniczny narrator obnaża myśli, motywacje i wcześniejsze doświadczenia postaci. Komentator staje się bezkompromisowym Mefisto tej opowiastki. Podobne zadanie ma też – przychodzący z zaświatów – ojciec głównego bohatera. W roli nawiedzającego ducha – Marian Dzięgiel. Dobrze aktora charakterystycznego obsadzić w pasującej roli. 

Nagość z plaży to nic w porównaniu z nagością psyche. 

Intencjonalnie schematyczny i konturowy obraz przynosi całkiem realistyczny portret współczesnego mężczyzny. W tę rolę przekonująco wciela się Ireneusz Czop. Pięćdziesięcioletni biznesman halucynuje między żoną i kochanką, euforią i depresją, sukcesem i porażką, marzeniem o nowym życiu a samobójstwem. Nie jest ani specjalnie piękny, ani brzydki, ani mądry, ani głupi. Zwykły. Nie jest żadnym przemocowcem z domu dobrego, żadnym alkoholikiem spod Mocnych Aniołów, żadnym świrem, liczącym psie kupy. Zwykłym facetem. No, może ponadprzeciętnie bogatym, co tłumaczy jego swobodę czasową. Nie każdy, kiedy chce, może kursować na Półwysep Helski i pomieszkiwać w nastrojowym pensjonacie. W każdym razie „Śmiertelnik” nie chodzi na osiem godzin do pracy, co zresztą jest dość charakterystyczne dla większości współczesnych postaci literackich i filmowych. Fabryka czy korporacja nie zabierają im czasu. Wygodny chwyt fabularny. 

FP miewa chwile zapomnienia, ale nie czerpie radości z życia. Starzy Grecy mieli dla tego stanu określenie: acedia – obojętność i apatia. Ciekawe, że ten stan tak często dopada dostatnio żyjących dziś ludzi. W tym sensie opowiastka o stanie umysłu FP jest całkiem uniwersalna. „W środku jestem wytarty, zepsuty”, jak sam o sobie mówi. Znudzenie i dekadencja. Acedia.  

Nie mogę skończyć tego namysłu nad dekadentem z „Zapisków” – rozmemłany, nieadekwatnie oceniający sytuację, przegrywający rozgrywki z kobietami, nielubiany przez podwładnych, niezdolny do afirmacji życia. Nieszczęśnik, szukający źródeł swoich porażek w innych. Stop. Ktoś inny może go widzieć całkiem inaczej. To właśnie siła konwencji, otwierającej interpretację.   

Zapewne ten niskonakładowy, filozofujący film nie przyciągnie do kin milionowej publiczności, ale ja nie żałowałam tej wyprawy na Półwysep Helski. I podążania za akcją tego sprytnie pomyślanego „metafizycznego” kryminału.

A Schubert z początkowych scen? To Serenada D 957 do słów Ludwika Rellstaba. Muzyka chętnie wykorzystywana w budowaniu nastroju w obrazach filmowych. Słowa romantycznej pieśni mówią o tęsknocie (w tłumaczeniu Jana Chęcińskiego):  

Niech mój śpiew wśród nocy cienia
Wzruszy serce twe
Porzuć złote snu marzenia
Pójdź, uściśnij mnie
(…)
Czekam cię, aniele drogi
Pośród serca drżeń
Pójdź w objęcia, pójdź bez trwogi
Żal mój w rozkosz zmień

Smętnie brzmią słowika pienia
Wśród powietrznych fal
On odgadną me cierpienia
Pojął serca żal

On przemawia do twej duszy
Ubiegając mnie
Niech cię prośba jego wzruszy
Pójdź, nie wahaj się

Kogo FP, zwykły współczesny mężczyzna, prosi „Przyjdź, nie wahaj się”? – można zobaczyć w kinie (obiecałam, że nie zdradzę żadnej z kluczowych scen). 

Urszula Glensk

Urszula Glensk