Felietony

Objazdówka

| 6 minut czytania | 617 odsłon

Te teatralne objazdówki działają na mnie terapeutycznie. Zero stresu, publiczność zazwyczaj jest zadowolona, ja jestem zadowolony, to czego chcieć więcej?

U progu nowego sezonu teatralnego spotykam znanego aktora w warszawskim SPATIFIE. Kiedy popijamy kawę, aktor obdarza mnie swoimi opowieściami: 

Pierwszy raz od dawna mogę powiedzieć, że naprawdę stęskniłem się za teatrem, za moimi widzami. Za tym premierowym napięciem, za emocjami kiedy się uda zrobić dobrą premierę. A nawet za tym poczuciem, że się spektakularnie ​​położyło rolę. Dawno nie grałem w teatrze, ciągle tylko te seriale i fabuły, seriale i fabuły. Była jakaś reklama i akcja społeczna, ale powiem ci że w teatrze to jest jednak ciekawiej. Tam się ciągle coś dzieje. I masz widza na żywo. Na planie ciągle słyszę pochwały, ochy i achy, te żarciki kolegów, te ciągłe duble, powtarzanie ujęć w nieskończoność. Mnie to już zaczęło nudzić. Wolę jak mi nikt nie przerywa. A w teatrze nikt mi nie przerwie. Chyba że ja sam sobie, kiedy zapomnę tekstu. I wiesz, tęsknię za garderobą. Kiedyś taki stary aktor powiedział mi: najważniejsza w teatrze jest garderoba. Myślałem, że scena jest najważniejsza – odpowiedziałem. Aktor spojrzał na mnie uważnie, powiedział że i owszem, scena też. Ale najważniejsze jest to, z kim się jest w garderobie. Z jakim aktorem, o jakim statusie. I czy wam się dobrze rozmawia. Nie do końca rozumiałem. Wtedy on mi dopowiedział – Bo dla mnie ważne jest z kim jestem w garderobie, bo jak będzie wyjazd ze spektaklem na występy gościnne albo na jakiś festiwal, to ważne jest z kim ja będę wtedy jechać w busie. Czy z moim kolegą albo koleżanka, którą lubię, czy z jakimś celebrytą, którego zwykle nie lubię. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że są spektakle objazdowe. I to są spektakle, na których dobrze zarobisz, jeździsz po naszej pięknej Polsce i wszędzie są po spektaklu – że tak powiem – oklaski od serca. Wielu aktorów wstydzi się tych objazdówek, nie chce się przyznać, że po prostu chce dobrze zarobić, że tu nie o sztukę chodzi. A ja się przyznaję. I właśnie niedługo ruszamy po kraju. I powiem ci, że mam kolegów i koleżanki aktorki w busie, które lubię. I cenię. I na szczęście nie ma żadnego celebryty. Bo to wiesz, czasem się jedzie parę godzin i trzeba rozmawiać. A z celebrytą nie porozmawiasz. Bo o czym? O tym, co wrzuca na Insta albo jak non stop kręci te rolki i prosi cię żebyś coś głupiego powiedział do kamerki? O nie, ze mną tak nie. Ja tego nie toleruje. Zawsze mam jeden warunek – zero celebrytów w busie! Te teatralne objazdówki działają na mnie terapeutycznie. Zero stresu, publiczność zazwyczaj jest zadowolona, ja jestem zadowolony, to czego chcieć więcej? Kiedyś pamiętam poświęcałem się dla teatru, grałem w eksperymentalnych spektaklach, biegałem po scenie na golasa, unurzany w jakimś błocie, i co z tego miałem? Raz nagrodę dostałem na festiwalu. Ale co wieczór po spektaklu musiałem odreagować. Chodziłem do baru i musiałem się uspokoić, wszystko we mnie tak buzowało w środku. Raz pamiętam przy tym barze spotkałem widzów. I oni spoglądają na mnie jak na jakiegoś wariata. Mąż powiedział do żony: ostatni raz zabrałaś mnie do teatru. I wyszli. I mnie się naprawdę przykro zrobiło. Że ja się pruję, wszystko z siebie daję i a na końcu dostaję taki policzek. A teraz w finale tego objazdowego spektaklu mamy taką muzykę specjalnie dobraną pod oklaski. I człowiek wychodzi do braw z uśmiechem i poczuciem jakiegoś spełnienia. Widzowie zachwyceni, po spektaklu przychodzą, chcą mnie poznać, jest milutko. No to tak pomyślałem, że może ty napiszesz jakąś taką sztukę objazdową, co? Ja bym grał główną rolę i zaprosimy paru fajnych kolegów, koleżanki. I byśmy zarobili, i pograli. A ty byś miał spore tantiemy. Ja cię zapraszam. Wszedłbyś w to? – zapytał z uśmiechem aktor.

Ja? – nie wiedziałem, co odpowiedzieć. 

Mam nawet już pomysł. Taki tekst na czterech aktorów. Siedzą w poczekalni w przychodni, każdy boi się, że jest śmiertelnie chory, i że koniec się zbliża. I każdy ma jakąś swoją opowieść, że wiesz wszystko się przypomina w obliczu nadchodzącego życiowego finału. Taka metafora, ale też bardzo konkretna sytuacja. Jak w przedsionku nieba, ale to też śmieszne musi być. Bo teraz bracie ja uważam, że w tych ciężkich czasach to trzeba ludziom dodawać otuchy. To jest nasza rola. To jak? Napiszesz?

Ale ty na pewno zagrasz główną rolę i możemy wybrać innych aktorów? 

Pogadam z producentem. On zawsze liczy się z moim zdaniem. 

Wiesz, mam sporo różnych scenariuszowych zobowiązań. – odpowiedziałem. 

Raz się żyje! Zróbmy to razem, najwyżej podpiszesz się pseudonimem. 

No nie wiem… Zawsze podpisuję się swoim nazwiskiem. Daj mi parę dni do namysłu. 

Pomyśl. Będziesz miał swoje miejsce w busie. Honorowe! Zabrałbym cię na pierwszy pokaz i poznałbyś ten nieznany ci dotąd świat – rzucił aktor. – Za tydzień ruszam z moją objazdówką. Najpierw Gniezno, potem Toruń, Bydgoszcz, Łódź, a nawet Konin. Pojedź ze mną i sam zobaczysz jak jest. 

Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam. 

No i pięknie. Zabiorę cię do Konina! – rzucił entuzjastycznie aktor i zniknął. 

Krzysztof Szekalski

Krzysztof Szekalski