A więc nic nie ma naprawdę? Tylko role, które się przyjmuje, jak maski? Relatywizm totalny? Nic serio?
Ze zdumieniem odkrywam, że cała ta historia powrotu z wojny do domu pełna przygód i niesamowitości jest kłamstwem.
No nie, nie chodzi o to, że jest wymyślona przez Homera. Nie chodzi o to, że nie jest prawdziwa w tym sensie, w jakim docieka się, czy podobieństwo osób i zdarzeń naprawdę jest przypadkowe. Chodzi o to, że Odys kłamie. Posuwa jakieś żeglarskie bajania o olbrzymach, potworach i o czarodziejkach.
Cała ta barwna przygoda, którą powszechnie kojarzy się z „Odyseją” zajmuje cztery z dwudziestu czterech pieśni „Odysei”. Wszystkie te wyspy, Polifem, czarodziejki, syreny, wizyta w Hadesie, Kalypso to cztery litery. Na dwadzieścia cztery litery przypisane kolejnym pieśniom, od alfy do omegi, przygody Odyseusza w podróży to: jota, kappa, lambda i my. JKLM.
Odys opowiada to Feakom, którzy go goszczą. Feacka księżniczka Nauzykaa zobaczyła nagiego człowieka nad brzegiem morza. Odziała go i przyprowadziła do pałacu. Zgodnie ze świętym prawem gościnności, które odróżnia człowieka od bydląt, Feakowie przyjmują go, goszczą, karmią, ucztują z nim, zanim zapytają, kim jest. Odys wie, że Feakowie mają szybkie statki. On sam nie ma nic. Tylko słowa. Chce rzeczy niemałej. Chce całej feackiej załogi i feackiego statku. Chce, żeby odpalili swój superszybki statek z portu i dowieźli go sprawnie do domu. Zależy mu na tym. Dlatego uwodzi ich tą opowieścią. Wie, czym ich uwieść. Wie, czego chcą. Jest prześwietnym kłamcą. Daje im emocje, daje im przygodę, daje im ludzi zjadających ludzi, ludzi zamienianych w świnie, daje im czary, erosa, głód i tajemnicę, siebie czyniąc tym, który wyszedł cało i który sprytnie ograł wszystkich, chociaż dostał w kość. Ludzie lubią spryciarzy, a jeszcze bardziej takich, których „przeciorało”. Spędzili wspaniały wieczór przy tej opowieści. Dają mu statek z załogą. Zasłużył.
Odyseusz Homera trzykrotnie mówi o sobie. Za każdym razem inaczej.
Drugą, zupełnie inną historię, opowiada wiernemu Eumajosowi. W tej historii jest sprytnym i obrotnym synem bogacza z Krety, który organizował łupieżcze wyprawy, kradł i plądrował, a potem został schwytany, ocalony i oszukany.
To nie jest barwna, przygodowa historia, więc dla nikogo z adaptatorów „Odysei” nie jest godna uwagi. To jest historia dla sługi. Dla świniopasa.
Trzecią historię o sobie opowiada Penelopie. Przedstawia się jej jako Kreteńczyk, Aithon, który spotkał Odyseusza i obdarował go.
— Jesteś mistrzem kłamstwa — mówi Atena Odyseuszowi z podziwem.
Czy wszystko, co mówi Odys, jest kłamstwem? O czym to jest w takim razie opowieść?
Nie było żadnych syren. Nie było żadnej Scylli i Charybdy. Nie było Polifema. Nie było Kikonów. Nie było Lotofagów. Nie było Tejrezjasza. Nie było Kirke. Była tylko Kalipso i jej lotos. Ani wyspy Heliosa nie było.
Była wojna. Kim jest ten, który wraca? Próbuje wrócić i nie umie.
Świat jest nie ten, który był. To jeszcze jest świat? To jeszcze jest kosmos, czy już tylko chaos? Kim jest ten, który wraca do czego? Do chaosu, którego nie zna, nie rozpoznaje, nie rozumie?
Może raz tylko mówi prawdę. Może tylko wtedy, gdy odpowiada na pytanie cyklopa Polifema, którego nie ma, który jest zmyślony, albo który jest zupełnie czymś innym, kimś innym tak naprawdę, a w kłamstwie, w pięknej opowieści został cyklopem Polifemem.
Nikt.
Jestem Nikt.
Zawsze, gdy tam patrzę, w siebie, poznaj siebie itp. itd., zawsze jest tam Nikt.
Nikt używa imienia Odysa, jak tarczy.
Przystawia je, wystawia, osłania się nim. Patrzy na reakcje. Patrzy w twarze-lustra. Co się w nich odbija, gdy wypowie to imię. Za czym tęskni Eumajos, kiedy pragnie powrotu Odysa? Czego chce Penelopa od Odysa? Jakie są oczekiwania wobec imienia: Odyseusz.
Nikt testuje. Obserwuje. Sprawdza. Bada. Żeby stać się na powrót kimś, musi poznać oczekiwania wobec roli, jaką ten ktoś ma spełniać. I w końcu ubiera się w Odysa takiego, na jakiego czekano. W Odysa-mściciela. W Odysa, który przywraca porządek. Ubiera się na chwilę, bo długo nie wytrzyma. Zaraz pójdzie dalej. Weźmie wiosło na ramię i będzie szedł przed siebie tak długo, dopóki nie dojdzie tam, gdzie ludzie nie będą wiedzieli, co niesie na ramieniu, bo nie znają morza, nie wiedzą, co to wiosło. A więc bardzo długo i bardzo daleko. Na krańce bycia Nikim.
A więc nic nie ma naprawdę? Tylko role, które się przyjmuje, jak maski? Relatywizm totalny? Nic serio?
Serio jest to, co nie jest opowieścią.
Pies, Argos poznaje go. Po prostu.
Blizna na nodze, którą poznaje Eurykleja. Wspólna pamięć.
Nie ma opowieści serio?
Jest.
Penelopa nie jest pewna. Nie ufa. Widzi przed sobą człowieka, którego nie poznaje, którego chciałaby poznać, ale nie wie. Mówi: — Przestawmy to łóżko. To nasze łóżko w sypialni. Przestawmy je w inne miejsce, proszę.
— Nie da się go przestawić — odpowiada Odys. — Bo ono ma korzenie. To było drzewo, które ściąłem i pień uformowałem w łóżko, a wokół niego zbudowałem komnatę i pałac.
Dopiero wtedy Penelopa wie.
Wiedza wspólna.
W oceanie kłamstw, fikcji, halucynacji, snów i opowieści tratwą, która ocala, jest wiedza wspólna. To, co wiemy razem, ja i ty. Wiemy, skąd masz bliznę. Wiemy, dlaczego łóżka się nie da przesunąć.
Czasem sobie myślę, że będzie tak, że nie będzie wiadomo, czy to ja rozmawiam na komunikatorze, czy mój awatar, czy AI, czy jeszcze coś innego, albo że ja się boję, że rozmawiam nie z tobą. Wtedy zostaną nam blizny i korzenie, żeby się rozpoznać.
Dopiero, gdy jest wiedza wspólna, gdy jesteśmy My, dopiero wtedy jest naprawdę.
JKLM. Ja. Kłamstwo. Lustro. My.
O tym jest „Odyseja”.
Artur Pałyga