Felietony

Ostrzeżenie

| 5 minut czytania | 974 odsłon

Czuję obowiązek narzekania, bo w narzekanie od zawsze wierzę, wyznaję jego sprawczość, znajduję w nim otuchę.

Najbardziej wstydzę się tego, że jestem zadowolona. To nie jest stan mi znany, raczej przejściowy,  na pewno podejrzany. Strasznie ciężko jest zacząć rozmowę przed próbą, kiedy nie mogę na nic poutyskiwać. A przecież jest na co i ja to wiem. Czuję obowiązek narzekania, bo w narzekanie od zawsze wierzę, wyznaję jego sprawczość, znajduję w nim otuchę. W narzekaniu można się rozsiąść na dłużej, a ja lubię długie rozmowy. Można przechodzić od jednego problemu do drugiego, wrzucając gdzieś pomiędzy trzeci, i budować takie konstrukcje dramaturgiczne, jakich najbardziej eksperymentalny postdramat nie widział. Narzekając można też stopniowo zaniechać robienia rzeczy, a to ostatnio wydaje mi się najbardziej sensownym wyjściem. Są też cielesne korzyści z narzekania, których doświadczyłam ostatnio na przystanku. Kiedy narzekałam pod nosem na sierpniowy chłód, stojąca obok kontrolerka biletów zaproponowała, że możemy się przytulić (kiedy wąchałam jej włosy wyszeptałam, że skończył mi się bilet i to było dla niej ewidentnie za dużo, bo wypuściła mnie z objęć). Jednak najlepsze, co może dać narzekanie to poczucie znawstwa. Jeżeli narzekam to znaczy, że mam choć minimalne kompetencje do oceniania. Mogę wydać bezwzględny wyrok, bo coś tam wiem, bo jednak się na rzeczy znam. A nawet jeśli nie, to przynajmniej się angażuję. Tylko, że w tym momencie nie mogę. Po prostu teraz jakoś, jak na złość, smutku nie czuję. 

Mógłby się chociaż pociąg albo okres spóźnić, sąsiad w przypływie nostalgii mógł znów puszczać Kombii do rana, mogłabym chociaż mieć katar, deadline za rogiem lub za dużo dni do przelewu. Mogłabym czuć, że idzie strasznie na próbach, zmierzamy donikąd i zaraz się wyda. Że nikt mnie nie lubi i nie umiem pisać. Ale nie. Nawet wiatr jest ciepły. Wszystko jest okej. Wszystko jest na swoim miejscu, łóżko w pokoju teatralnym wygodne, widziałam dziś psa, tusz w drukarce wciąż się nie kończy i nie muszę iść siku. Nawet na zapas. Ale mówię, że muszę, gdy scenograf pyta, co mnie tak nosi. To mu nie powiem, że ze szczęścia mnie nosi. Nie jestem jakaś głupia. 

Spotkałam ostatnio bardzo szczęśliwą osobę w bufecie teatru. Na początku przyglądałam się jej zza gazety, w której wydrążyłam dziury na oczy. Jej twarz promieniała, włosy lśniły, paznokcie się nie łamały, a oczy błyszczały, jakby je rysował amator Sailor Moon czy innej mangi. Miałam tyle pytań, na przykład skąd w niej taka odwaga w epatowaniu szczęściem i to w takim miejscu? Czy czasem myśli o rzuceniu tego stanu? Czy jest nim zmęczona? Chciałam z tą osobą się zaprzyjaźnić i biegać w splocie dłoni po łące, ale pomyślałam, że to mi da jeszcze jeden powód do radości. Uznałam, że do niej po prostu podejdę, wesprę, że nie jest w tym szczęściu odosobniona i że nigdy nie będzie szła sama. W końcu nie wiem, co było tego niesamowitego szczęścia powodem, nie zdążyłam zapytać. Rozmowa o tym, jak jest dobrze, znudziła nas po minucie. Potem osoba poszła odebrać bardzo ważny telefon od ducha, ja nie pozostałam dłużna i poszłam zdjąć przypalający się ryż z teatralnej kuchenki. Dodam, że bardzo lubię te naleśniki z Żabki. 

Kiedy zaproponowano mi pisanie do „Notatnika Teatralnego”, trzy dni chodziłam z pytaniem, co ja mam do powiedzenia. Czy w stanie zadowolenia mogę mieć jakąś sprawę? Czy umiem przyłączyć się do jakiegoś ważnego głosu i czy to moje pisanie będzie wiarygodne? Użyteczne? Wypisałam więc na kartce samoprzylepnej sześć tematów, ale wiatr ją porwał za okno i przykleił do pleców kuriera DHL. Mam nadzieję, że przesyłka trafi do Wrocławia. 

Pisząc ten tekst próbuję więc przeobrazić moje zadowolenie w coś negatywnego. Tak na wszelki wypadek. Żeby nikt nie pomyślał, że się nie solidaryzuję, że jestem ignorantką albo że coś w mojej korze przedczołowej szwankuje. Sama tak pomyślałam, dlatego poszłam wykonać rezonans magnetyczny głowy. Radiolog powiedział, że nie mam się czym martwić, a na moje pytanie, czemu na zdjęciu jest malutki jamniczek, wzruszył ramionami. Powiedział, że to pewnie dlatego, że adoptowałam psa i niczym Bedoes rzucił, że tylko jedno w głowie mam. Nie adoptowałam, ale przyznałam, że bardzo bym kiedyś chciała i sobie poszłam uważnie wypatrując jakiegoś zbłąkanego jamnika przy drodze. 

Piszę więc ten felieton w ważnej sprawie. Chciałabym przestrzec, drogie osoby czytające, przed zadowoleniem. Jeżeli chwalicie sobie przebywanie w teatralnej wspólnocie, strzeżcie się epatowania szczęściem. Nie mówcie, że się wyspaliście, że nie chcecie kawy, że wyjątkowo wam się dzisiaj chce, jeżeli lubicie czuć kojącą łączność z zespołem. Ja sobie cenię, nigdzie nie czuję się tak bardzo sobą, dlatego zainwestowałam w sztuczne wąsy, które zakładam przed każdą próbą. Już nikt nie pyta, co jestem taka zadowolona, interesuje ich tylko wąs i to, jak zakręcam go wokół palca, szczególnie gdy nie znam odpowiedzi na pytanie aktora o sens jego sceny. Można pomyśleć, że wąs to przesada, ale próbowałam ukrywać się z tym moim szczęściem na przeróżne sposoby. Raz nawet nie przyszłam na próbę, ale nikt nie zauważył i było mi smutno.

Mam w sobie duży żal, a raczej pamiętam, że jeszcze chwilę temu gdzieś go podziałam. Nikt nie mówił, co jest na końcu drogi, jak już się zadba o swój dobrostan. Co ja mam z tym jamniczkiem teraz zrobić, jak się nim zająć, czym karmić, a jak uciszać, gdy zbytnio ujada i czemu tak niewiele osób chce go pogłasakać? Sama bym się nie pchała w tę podróż, gdyby mnie ktoś ostrzegł. Przebywanie samej ze sobą niczym unoszące się na tafli wody źdźbło trawy miało być ekscytującą drogą, a nie rozczarowującą koniecznością. Teraz jestem skończona, nie ma odwrotu, świadome oddychanie i dbanie o swoją przestrzeń weszło mi w krew, jak kiedyś palenie. Jak rzucić, jak jest tak fajnie? Kiedy i jakim podstępnym sposobem coś uśpi mojego jamnika? Najbardziej jest mi wstyd nie dlatego, że jestem zadowolona, ale że na to tak narzekam. 

Daria Sobik

Daria Sobik