Felietony

Pierwsze razy

| 11 minut czytania | 310 odsłon

Pamiętam, że zastanawiałem się po co w ogóle komuś chce się robić kostiumy, przebierać ludzi za zwierzęta, ustawiać scenografię i zmieniać ją w czasie przerwy, tylko po to, żeby opowiedzieć bajkę, która i tak lepsze wrażenie robi w telewizji jako film rysunkowy.

1.

Pamiętam pierwsze przedstawienie teatralne, jakie widziałem w życiu. Była to „Alicja w Krainie Czarów” w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Trwał rok dwutysięczny, a ja miałem siedem lat i mama, polonistka, zabrała mnie i siostrę do teatru. Pamiętam jazdę samochodem do Radomia i mamę tłumaczącą, że w teatrze nie można rozmawiać, jeść słodyczy, że siku można iść jak będzie antrakt, czyli taka przerwa pomiędzy aktami – czyli częściami spektaklu. Pamiętam podniosłą atmosferę na widowni, kiedy po trzecim dzwonku mama powiedziała, że zaraz się zacznie. Spektaklu jednak nie pamiętam, bo następnego dnia była niedziela i na Polsacie leciała disneyowska wersja „Alicji w Krainie Czarów”, która całkowicie zatarła we mnie wrażenie zrobione przez przedstawienie.

Pamiętam, że zastanawiałem się po co w ogóle komuś chce się robić kostiumy, przebierać ludzi za zwierzęta, ustawiać scenografię i zmieniać ją w czasie przerwy, tylko po to, żeby opowiedzieć bajkę, która i tak lepsze wrażenie robi w telewizji jako film rysunkowy. Pamiętam, że w poniedziałek zapytałem o to panią w szkole. Odpowiedziała coś w stylu: „Teatr to jest sztuka wysoka, lepiej być w teatrze niż oglądać telewizję, podziękuj mamie, że cię wzięła do teatru”.

A ja zostałem sam z pytaniem, po co w ogóle robić teatr, skoro można robić tyle lepszych rzeczy – i ze wspomnieniem podniosłej atmosfery przed spektaklem.

2.

Pamiętam rodzinną imprezę w dwa tysiące piątym roku, na której ciocia zapytała mnie kim chciałbym zostać, jak dorosnę. Miałem wtedy już dwanaście lat i kilka pomysłów na karierę, ale na tym etapie wyrosłem już z chęci bycia archeologiem (jak Indiana Jones) i przeszło mi też powołanie kapłańskie rozbudzone przez przygotowania do komunii. To ostatnie trwało dość długo podtrzymywane przez moje ciągoty do podniosłej atmosfery, jakiej w Pionkach mogłem doświadczyć tylko w kościele – i dziadka, który zawsze marzył o tym, by mieć wnuczka–księdza. Dziadka nie było jednak na rodzinnej imprezie, więc kiedy ciocia zapytała, kim chciałbym zostać, pamiętam, że odpowiedziałem: reżyserem teatralnym.

Musiałem to powiedzieć pierwszy raz na głos, bo pamiętam, że przy stole rozgorzała dyskusja. Mama uparcie twierdziła, że jedyną sensowną karierą dla inteligentnego człowieka w naszych czasach jest bycie prawnikiem lub notariuszem. Babcia, że skoro już nie księdzem, to żeby chociaż profesorem. Ojczym rzucał, że to wszystko bez sensu, że powinienem najpierw iść do technikum elektrycznego, bo jedyną pewność przyszłości daje fach w ręku. Jedynym, który milczał był wujek Andrzej, który najpierw dał się innym wygadać, a potem zapytał dlaczego chcę być reżyserem teatralnym, a nie filmowym, skoro film da mi większą sławę i otwiera większe możliwości, poza tym film zobaczyć może znacznie więcej ludzi, niż przedstawienie – i w ogóle, po co robić teatr, skoro można robić tyle lepszych rzeczy. Odpowiedziałem wtedy, że sprzęt do robienia filmu jest na tyle drogi, że jeszcze długo nie zostanę do niego dopuszczony, a sprzęt do robienia teatru można mieć za darmo, wystarczy tylko namówić ludzi, żeby chcieli podjąć się współpracy. 

Nadal jednak nie wiedziałem, po co w ogóle robić teatr, skoro można robić tyle lepszych rzeczy – i nie chodziło o bycie notariuszem czy elektrykiem, a o jakąkolwiek inną niż teatr dziedzinę sztuki. Nie miałem talentu plastycznego, ale nienajgorzej jak na dwunastolatka grałem na pianinie – skoro już chciałem być artystą, mogłem iść w stronę muzyki albo nawet literatury, którą pochłaniałem w ogromnych ilościach. Ciągnęło mnie jednak do teatru – a do tego, co mnie w teatrze pociągało obok podniosłej atmosfery doszło to, że najbliższa rodzina uważała moje plany za skrajnie nieodpowiedzialne.

3.

Pamiętam pierwsze przedstawienie, które zmusiło mnie, żeby powiedzieć: „Wszystko co do tej pory robiłem było nie moje, teraz chcę TAK”. Był rok 2009 i oczywiście w tamtym czasie właściwie nic nie robiłem w teatrze, miałem lat 16, mogłem tylko oglądać i – myśleć. 

Już w owym czasie oglądałem coś więcej niż tylko przedstawienia – w roku 2009 zdarzało mi się już podpatrywać prawdziwe próby profesjonalnego reżysera. Był nim Wojciech Kępczyński, dyrektor Teatru Roma w Warszawie, którego przekonałem, by wpuszczał mnie na widownię podczas wznowień „Upiora w operze”. Trafiłem tam po kursie musicalowym, a na kurs poszedłem, by poznać prawdziwego reżysera i zobaczyć jak pracuje się w teatrze. Mój wybór padł akurat na Romę, gdyż Wojciech Kępczyński był kiedyś dyrektorem w Radomiu – w swojej nastoletniej głowie wymyśliłem, że skoro pochodzę z okolic Radomia, to Pan Dyrektor będzie czuł się w obowiązku umożliwić mi dostęp do zawodu i wpuści na próby. Moja nastoletnia głowa dorobiła zresztą do nagłej miłości do musicalu całą ideologię – wszak musical to dziecko opery, którą Wagner uczynił zjednoczeniem wszystkich sztuk, musiałem więc w teatrze zająć się musicalem, a Teatr Roma był najlepszym adresem. 

Potem przyszedł październik 2009 roku, kiedy pojechałem na wycieczkę klasową do Gardzienic – jechałem tam pozytywnie nastawiony, bo przeczytałem w Internecie o  „Gardzienicach”, że są „teatrem z ducha muzyki”, co naturalnie kojarzyło mi się z ukochanym musicalem. Gdy wysiadłem z autokaru od razu poczułem podniosłą atmosferę, o której bywając w kuluarach Teatru Roma, pełnych wykonujących swoją pracę ludzi, trochę już zapomniałem. Nikt tu nie śpieszył się na na scenę, nikt nie ustawiał się do zbiorówki, zostaliśmy przywitani przez jakichś kolorowych młodych ludzi i zgromadzeni w drewnianej chacie, skąd, po kolejnym, dłuższym powitaniu, zaprowadzono nas na widownię przedstawienia „Ifigenia w A…”. Pamiętam, jak uderzyła mnie ściana dźwięku – grupa ludzi śpiewała tak, że czułem ich głosy w brzuchu. Usiedliśmy i przyciemniono światła. 

Nie pamiętam samego przedstawienia, bo potem gdy bywałem w Gardzienicach regularnie, widziałem je jeszcze zbyt wiele razy i z czasem poszczególne przebiegi zlały się ze sobą – dobrze pamiętam jednak, jak w pierwszej klasie liceum z klasą wracałem autobusem z Lublina i – oddzielony ścianą muzyki z odtwarzacza mp3 – myślałem o tym, że chciałbym nauczyć się, jak wykreować taką, jak w Gardzienicach, podniosłą atmosferę. 

4.

Pamiętam też pierwszy scenariusz, który zacząłem pisać, jednak zarzuciłem po kilku scenach. 

Był rok 2011, chodziłem do drugiej klasy liceum i „na poważnie” interesowałem się teatrem. Miałem za sobą obejrzane dostępne nagrania Grotowskiego i Kantora, widziałem „Personę. Marylin” i „Ciało Simone” Lupy, „Magnetyzm serc” w reżyserii Grzegorza Jarzyny i „Koniec” Krzysztofa Warlikowskiego (z tego ostatniego nic nie zrozumiałem), drugi raz odwiedziłem Gardzienice – a oprócz tego byłem harcerzem i zdawałem próbę na stopień Harcerza Orlego. Harcerz Orli jest pierwszym stopniem, przy którym wymagania próby stawia sobie sam zdający. By zostać „młodzikiem”, „wywiadowcą” lub „ćwikiem” (tak nazywają się niższe stopnie) wystarczy spełnić warunki ustalone odgórnie przez organizację harcerską. W wypadku czwartego stopnia wybiera się doświadczonego instruktora, tak zwanego opiekuna próby, z którym stawia się sobie wyzwania na najbliższy rok. Wśród wyzwań, jakie ja sobie postawiłem, było napisanie opracowania scenicznego jakiegoś klasycznego dramatu i przesłanie go do przeczytania profesjonalnemu reżyserowi. Artystą, któremu chciałem pokazać mój pierwszy „egzemplarz” był Jan Klata, którego wielkim fanem stałem się rok wcześniej, po obejrzeniu nagrania „H.” i „Trylogii” w Starym Teatrze. Tekstem, który wziąłem na warsztat był zaś „Kordian”.

Pamiętam, że żeby popisać się przed moim nastoletnim idolem, postanowiłem zainspirować adaptację dramatu albumem Davida Bowie „The Man Who Sold The World”. Po pierwszej scenie, w której diabły gotowały światu zły los, chciałem zacząć historię Kordiana od jego pobytu w domu wariatów – bohaterowi miała tam towarzyszyć piosenka „All the Madmen” ze wspomnianej płyty. Wszystko, co miało się dziać potem mogłem już układać w dowolnej kolejności jako majaki szaleńca, dzięki czemu sceny, jak piosenki na płycie, mogły przenosić nas w różne miejsca – na przykład monolog na Mont Blanc stawał się atakiem bohatera, który pozostali pacjenci szpitala próbowali uspokoić przy towarzyszeniu „After All”, a finał spektaklu z wchodzącym na szafot Kordianem–wariatem miał za tło „The Supermen”.

Nie ukończyłem tego projektu – pamiętam, że miałem już naszkicowane kilka scen, kiedy przydarzyła mi się pierwsza „afera” na Facebooku. Wynikiem tej afery było zawieszenie mnie w prawach harcerza – uniosłem się honorem i postanowiłem odejść, zrywając tym samym próbę na stopień Harcerza Orlego. Obraziłem się śmiertelnie na harcerstwo, podarłem i wyrzuciłem moje notatki do „Kordiana”, jednak praca nad tym niewykończonym pomysłem pokazała mi bardzo jasno, że atmosfera, którą tak podziwiałem w teatrze, nie jest czymś, co można zaprojektować, a żeby być reżyserem muszę jeszcze długo pracować. 

5.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy zdawałem na wymarzone studia. 

Był wrzesień 2013 roku i pamiętam, że na ten sam dzień ustawione miałem dwa egzaminy – przełożony z sesji letniej na poprawkową wielki test z ikonografii na Wydziale Historii Sztuki UJ oraz drugi etap rekrutacji na reżyserię – omówienie egzemplarza reżyserskiego na podstawie wybranego dramatu.

Pamiętam, jak kilka tygodni wcześniej siedziałem w gardzienickiej oficynie pałacowej i rozmawiałem z Włodzimierzem Staniewskim, który pytał, dlaczego po maturze nie zdawałem na reżyserię. Odpowiedziałem mu, że moim wzorem w zawodzie jest model kariery, jaki odbył on sam, że po kilku latach praktykowania u kogoś wybitnego, sam założę własną grupę – w takim układzie nie są zaś potrzebne studia, o których zawsze marzyłem, wystarczy, że będę kontynuował kształcenie na MISH UJ, gdzie łącząc programy teatrologii, polonistyki i historii sztuki dowiem się wszystkiego, co potrzebne reżyserowi. Pamiętam, jak Staniewski mówił, że w dzisiejszych czasach taka droga nie jest możliwa do wykonania – dyplom szkoły państwowej jest niezbędny do tego, by reżyser traktowany był poważnie i pracował w państwowych teatrach, zaś teatr grup coraz bardziej traci znaczenie i stopniowo przestaje być uznawany za profesjonalną działalność, ja zatem, jeśli mam cokolwiek znaczyć (a muszę coś znaczyć, by pracować w zawodzie) powinienem wziąć się za pisanie egzemplarza, gdyż on wpłacił już za mnie opłatę rekrutacyjną. Napisałem więc w kilka dni opracowanie reżyserskie „Wesela” Wyspiańskiego, które wysłałem do PWST w Krakowie, a po dwóch tygodniach otrzymałem informację, że zostałem zaproszony do drugiego etapu egzaminów.

Pamiętam, jak przyjechałem do Krakowa z samego rana, pobiegłem na Grodzką na Wydział Historii Sztuki, gdzie szybko uporałem się z pytaniami z ikonografii. Wiedziałem, że prawdopodobnie nie zdam przełożonego testu, ale przysługiwało mi jeszcze jedno do niego podejście – tymczasem egzamin na reżyserii był moją jedyną szansą na zrealizowanie planu, który knułem od dzieciństwa. Czas między jednym a drugim sprawdzianem spędziłem w połowie drogi między egzaminującymi mnie instytucjami, w krakowskim kościele Franciszkanów, gdzie (jako wciąż bardzo wierzący chłopiec) żarliwie modliłem się do Boga Kreatora na witrażu Wyspiańskiego o pomoc w zdawaniu. W końcu przekroczyłem próg wymarzonej uczelni, zostałem wezwany przed komisję – i zamurowało mnie. Nie byłem w stanie odpowiadać na pytania, coś we mnie zablokowało się tak bardzo, że na każdą próbę rozpoczęcia ze mną rozmowy odpyskiwałem coś głupiego, w końcu zaś doszło i do tego, że pokłóciłem się z jednym z członków komisji tak bardzo, iż obaj wstaliśmy z miejsc. Po przepisowych trzydziestu minutach dziekan Beata Guczalska postanowiła uchronić mnie przed dalszą kompromitacją i podziękowała za udział w egzaminie mówiąc, że wyniki będą wieczorem. Nie czekałem na wyniki – dobrze wiedziałem, że Wyspiański i jego Bóg Kreator zawiedli mnie na całej linii, nie zdałem ani egzaminu z historii sztuki, ani na reżyserię, więc smutny, z podkulonym ogonem, pobiegłem na dworzec PKP. 

Pamiętam, że wracałem pociągiem z Krakowa do Pionek, myśląc, że dobrze, że mam już ten pierwszy raz za sobą. Rok później, znając już trochę tryb egzaminu i członków komisji, napisałem egzemplarz z mniej znanego i znacznie bardziej syntetycznego tekstu – „Ohio Impromptu” Becketta – wywodząc sensy wystawienia z zamysłu autora. Gdy znów trafiłem na rozmowę kwalifikacyjną, nikt z komisji nie pamiętał mnie z poprzedniego razu, a moje opracowanie jednogłośnie zostało uznane za wybitne, po czym skierowano mnie do dalszych etapów – i tak, bez modłów, krzyków i problemów pierwszy raz triumfalnie prześlizgnąłem się przez egzaminacyjne sito.

Radosław Stępień

Radosław Stępień