Felietony

Podwójne życie

| 5 minut czytania | 166 odsłon

Mija drugi miesiąc, gdy jestem w tym pierwszym czasie: uregulowanym, z miejscem na zdrowy ruch, głębokie oddechy i jedzenie czegoś innego niż płatki Chocapic i pierogi z Żabki. To właśnie teraz jest czas na jawne lenistwo, na obiecaną sobie regenerację. To też czas na pisanie w warunkach idealnych: najedzona, wyspana, we własnym pokoju, bez pośpiechu.

Są we mnie dwa wilki. Tylko ten pierwszy raczej nie ma kłów, a już na pewno nie wychodzi z nory. Drugi jest bardziej społeczny, do czego zmusza go konieczność bycia na próbach. Póki pracuję na tak zwanym freelansie ten stan – podwójnego życia – raczej się nie zmieni i coraz bardziej przekonuję się, że jest to wpisane w tę robotę. Czas siedzenia w fotelu i pisania w samotności vs. czas prób i też siedzenia, tylko na innym fotelu i wśród ludzi. Ale dziś o tym pierwszym, o którym mało kto mówi, bo jednak fajniej mówić, jak coś się dzieje, niż jak dzieje się niewiele. 

Mija drugi miesiąc, gdy jestem w tym pierwszym czasie: uregulowanym, z miejscem na zdrowy ruch, głębokie oddechy i jedzenie czegoś innego niż płatki Chocapic i pierogi z Żabki. To właśnie teraz jest czas na jawne lenistwo, na obiecaną sobie regenerację. To też czas na pisanie w warunkach idealnych: najedzona, wyspana, we własnym pokoju, bez pośpiechu. Na początku tego trybu jestem z niego bardzo zadowolona. W telefonie włączam samolotowy tryb i unikam latania, chodzenia, jeżdżenia gdziekolwiek. I ludzi też unikam.

Po jakimś miesiącu wychylam jednak tęskno głowę za drzwi mieszkania w nadziei, że trafię na schodzącego z góry sąsiada. Ten jak zwykle zagada o psa, którego nie mam, a ja odpowiem, że Bunia pokonała swój separacyjny lęk. Potem idę na bazar ze słuchawkami, w których nie włączam muzyki. Wolę usłyszeć, gdy ta starsza pani przede mną zechce podzielić się sekretem długowiecznego życia. W końcu wybieram się do fryzjera, a że jest wtorek przed południem, wstydzę się, że nie jestem teraz w pracy jak jakiś normalny człowiek. Fryzjerowi na grzecznościowe pytanie, co u mnie, odpowiadam, że na szybko wyrwałam się z biura. Po wszystkim wracam do domu, uznając, że small talki mi nie wystarczają. Zaczynam czuć głód regularnych kontaktów społecznych. Budowania relacji w pracy. Przez chwilę rozważam zostanie konsultantką Oriflame.

Muszę jeszcze w tym stanie wytrzymać, bo próby dopiero za miesiąc. Staram się sobie przypomnieć te wszystkie miesiące poza domem, kiedy marzyłam o  t y m  momencie. Kiedy fantazjowałam o siedzeniu od rana do wieczora przed plikiem tekstowym we własnym pokoju, o gotowaniu nie tylko dań jednogarnkowych, o chodzeniu na siłownię, piciu herbaty z mężem, spontanicznym odwiedzaniu rodziny albo chociaż odbieraniu telefonów od taty. Kiedy obiecywałam sobie, że zrobię wszystkie zaległe badania i podreperuję zaniedbane przez wyjazdy relacje. Napiszę dramat do szuflady, nie na zamówienie. Może w końcu zaadoptuję psa. Życie bez prób podczas prób wydaje się celem, nagrodą i przywilejem w jednym. Marzeniem, w którym najprzyjemniejsze jest antycypowanie, nie spełnienie. 

Przypominam sobie też mądre zdania mądrzejszych ode mnie ludzi o tym, że przecież z samotności rodzi się dobre pisanie. Że najlepiej zamknąć drzwi do pokoju i nie wychodzić, póki się nie skończy. Patrzę na karteczki nad biurkiem z datami oddania tekstów, a daty, zamiast mnie przykuć do fotela, przypominają mi, że niedługo wiosna. Ta metoda na docenienie obecnych okoliczności nie działa. Zmieniam więc strategię na bardziej agresywną: przypominam sobie przedłużające się próby, pisanie „na wczoraj”, ból brzucha przez stres, nocne dyskusje, bo afera. W głowie buduję sobie obraz prób, jako czasu co najmniej demonicznego, choć wiem, że to oszustwo, desperackie granie na kodach. Na próbach najczęściej jest super. Prowadzona tym wnioskiem, trafiam do najbliższego teatru, pytam się portiera, jak zdrówko, a potem kieruje się na salę prób i choć to nie moja próba, dosiadam się do stołu. Tam okazuje się, że nie udźwignę roli, którą na szybko przydzielił mi nieprzygotowany reżyser, więc wychodzę. Poczucie odrzucenia tłumię ciepłym pączkiem.

Sytuacja teatralno-społeczna nadarza się na szczęście wkrótce, kiedy prowadzę warsztat dramaturgiczny z grupą studentów. W drodze do teatru ściskam laptopa, kilka lektur, plan pracy i gdyby nie pokryte lodem chodniki, podskakiwałabym z radości. Nie wiem, co bardziej mnie cieszy: perspektywa spotkania z ludźmi we wspólnej pracy czy poczucie bycia potrzebną i na swoim miejscu.

Dość szybko okazuje się, że grupa jest w nastroju podobnym do mojego. Co za przypadek! Nie wiem, czy to ta pora roku, czy może to miasto, ale wszyscy chętnie by robili wszystko, byle nie to, co teraz. Osoby wymieniają się miejscami, gdzie chcieliby być, aktywnościami, które chcieliby robić, temperaturami, które chcieliby na swoich skórach odczuwać. Padają nazwy egzotyczne i lokalne, czynności zwykłe i zwyczajne, zachowania ryzykowne i te całkiem normalne. Próbuję przebić się przez propozycje bycia-nie-tutaj, dorzucić do tego zbioru moją chęć powrotu na próby, bo teraz wciąż mi za spokojnie, za cicho, za wolno. No nie tak, po prostu.

Uznając, że temat sam się nie wyczerpie, postanawiam skorzystać z tego rozżalenia i przejść do warsztatu, a nuż coś z tych emocji nam się przyda. Sięgam po laptopa, ale zanim go podniosę, na jego klapie zauważam biedronkę. Co tutaj robi? Czy nie wolałaby spacerować gdzieś indziej? Może żyć innym życiem? Grupa milknie, bo też ją widzi, jak mimo obcego sobie miejsca bezczelnie i pewnie przebiera drobnymi nóżkami. W sali rośnie podziw, jeden ze studentów mówi cicho: „skubana”. I ma rację. Maleńki owad pokazuje tuzinowi dorosłych ludzi, jak można być w miejscu, które nie jest ani przyjazne ani nawet bezpieczne. Patrzymy jak dziarsko przemierza kolejne centymetry, jak nie przejmuje się, że to nie jej teren. To jest jej chwila. Już prawie zmieniamy temat, bo nas tą swoją pewnością onieśmiela, ale ktoś w końcu rzuca, że nie będziemy się przecież przejmować jakąś biedronką. Z zazdrością patrzymy, jak wzlatuje w górę. 

Daria Sobik

Daria Sobik