Felietony

Przyklejeni

| 5 minut czytania | 488 odsłon

Z niemieckiego Bonn do tanzańskiego Tanga jest ponad dziesięć tysięcy kilometrów. A jednak
komuś nie jest obojętne, w którą stronę płynie świat.

To miał być beztroski dzień w muzeum w dawnej stolicy Niemiec Zachodnich, w Bonn. Najpierw była zamknięta jezdnia. Policjantka o wyglądzie Królewny Śnieżki wskazała objazd, ale nie chciała powiedzieć z jakiego powodu trzeba zmienić trasę. Wkrótce okazało się, że aktywiści zablokowali drogę. Spektakularnie i totalnie. Przykleili się asfaltu „Kropelką”. Rozlana „Kropelka” miała wielkości sporej kałuży. Każdy z protestujących mężczyzn siedział na osobnej, błyszczącej plamie kleju. Wyglądali jak kolorowe rzeźby. Nie dało się ich zepchnąć na chodnik. Szarpnięcie rąk spowodowałoby odrywanie skóry z dłoni, szarpnięcie ubrań też nie wyglądałoby poważnie. Pięciu przyklejonych manifestantów i pięćdziesięciu policjantów robiło swoje, jedni w pomarańczowych kamizelkach, drudzy w granatowych uniformach. 

Aktywiści protestowali, bo właśnie odbywała się w Bonn oenzetowska Konferencja Klimatyczna. Wyrażali sprzeciw wobec ciągłego rozwijania przemysłu paliw kopalnych i eksploatacji biednych krajów, traktowanych jak źródło tanich surowców, spalanych przez bogaczy i wracających do biednych w postaci katastrofalnych upałów.

Policjanci zachowywali się rutynowo, jakby odklejanie rąk od asfaltu było czymś zupełnie naturalnym – butelki z rozpuszczalnikiem, białe rękawiczki, chirurgiczna precyzja. W tym czasie wszyscy mogli zobaczyć hasło manifestujących „#STOP EACOP”, wypisane na tablicach, trzymanych drugą, nieprzyklejoną ręką. 

EACOP to Wschodnioafrykański Rurociąg Naftowy (East African Crude Oil Pipeline), którego budowa planowana jest przez międzynarodowe koncerny i fundusze inwestycyjne. Ma połączyć pola naftowe w Ugandzie (w rejonie Jeziora Alberta) z Tanzanią, z oceanicznym portem Tanga, skąd ropa będzie transportowana tankowcami do Europy. Planowany rurociąg afrykański będzie miał długość 1443 kilometrów. W Ugandzie i Tanzanii łatwo kupić ziemię, bo inwestorzy mają niewspółmiernie większe środki niż kraje, których przedsięwzięcie dotyczy. Inwestorzy głoszą, że będzie to „odblokowanie potencjału Afryki Wschodniej”, że budowa wzmocni możliwości rozwojowe tej części kontynentu, że zakopany rurociąg nie przeszkodzi swobodnemu przemieszczaniu się ludzi i zwierząt, ani nie naruszy lokalnej roślinności. W Tanzanii i Ugandzie organizowane są kursy z petrotechnologii i wyłaniane są lokalne kadry. Internetowe strony zapowiadają nowy wspaniały świat.  

Tymczasem przeciwnicy budowy EACOP twierdzą, że rurociąg zniszczy lokalne społeczności, że zagrozi dzikiej przyrodzie i przyczyni się do „ugotowania planety”. Przypominają, że rozwijanie infrastruktury wydobycia ropy naftowej jest równoznaczne z pogłębianiem kryzysu klimatycznego. Ruch STOP EACOP przestrzega przed konsekwencjami budowy ropociągu, protestujący przewidują wysiedlenia, zagrożenie dla źródeł wody pitnej i dewastację terenów rezydowania słoni i szympansów. 

Bezradnieję wobec argumentów dwóch stron. Bo chętnie widziałabym w Ugandzie kolejne Emiraty, a w Tanzanii drugi Kuwejt. A równocześnie nie mam złudzeń, że gigantyczne koncerny, które mają zamiar wpompować w Afrykę Wschodnią cztery miliardy dolarów, wypompują „swoje” z grubym naddatkiem. Inwestycja będzie machiną korporacyjną w postkolonialnym stylu. Zapowiada zyski dla inwestorów i wyzysk dla lokalsów. Mentalność bogatej północy nie zmieniła się od czasów kolonialnych na tyle, żeby metropolie przestały grać w brudną grę. Relacje centrum-peryferia mają się jak dawniej, a europejska siedziba EACAP w Londynie na Upper Bank Street daje pracę jeszcze lepszą niż ta, którą pisowscy bonzowie zapewnili sobie w Centralnym Porcie Komunikacyjnym, z tą różnicą, że rurociąg a Afryce powstanie, a lotnisko w Baranowie – nie, bo jest tylko przepompownią publicznych pieniędzy. (Kiedy o tym myślę, mam ochotę się przykleić).

Tymczasem aktywiści na ulicy w Bonn, za rogiem muzeum, odpowiadają na moje pytania jasno:

Ponosimy odpowiedzialność za biedne kraje południa. Na Konferencji Klimatycznej (Climate Change Conference) donośny głos mają przedstawiciele przemysłu paliwowego z Dubaju, a aktywiści z biednych krajów nie dostali wizy do Niemiec! Nie mogą uczestniczyć w konferencji, nie mają szans zaprotestować, my robimy to także w ich imieniu. Jesteśmy uprzywilejowani, możemy manifestować. Chcemy zmiany polityki klimatycznej, prowadzącej do cierpień w krajach biednego południa. Źle traktujemy ludzi z Afryki. Jak uciekają z miejsc, gdzie nie da się dłużej żyć z powodu zmian klimatycznych, odpychamy ich. Atlantyk stał się masowym grobem i to jest część naszej polityki”. 

Odklejeni nie odchodzą wolno. Są zabierani do radiowozów. Co grozi buntownikom?

Koledzy zostaną aresztowani na jeden dzień, potem odbędzie się długotrwały proces, potem dostaną kilkutysięczne mandaty, a może nawet wyrok krótkiego więzienia”.

Z niemieckiego Bonn do tanzańskiego Tanga jest ponad dziesięć tysięcy kilometrów. A jednak komuś nie jest obojętne, w którą stronę płynie świat. Prominenci patrzą na przyklejonych jak na osobowości „odklejone”, mówią: „wariaci, typy anarchistyczno-buntownicze” i denerwują się, że nie można przejechać samochodem, bo jezdnia jest zablokowana. 

Nie jestem bez winy – na Aleje Willy’ego Brandta też jechałam samochodem (napędzanym paliwem płynnym). Do jakiego muzeum? O tym następnym razem.

Urszula Glensk

 

Urszula Glensk