Felietony

Słowo na p.

| 6 minut czytania | 309 odsłon

Mamy procedury antymobbingowe i non violence communication. O nadużyciach mówi się częściej i głośniej. Bezpieczeństwo osób aktorskich w pracy jest w końcu brane pod uwagę. Nic jej jednak nie powiedziałam z dwóch powodów: dlatego, że dowiozła mnie już na miejsce i dlatego, że tego dnia skrycie fantazjowałam o przemocy.

Jest 1997 rok, mam wtedy pięć lat, a Richard Harris sześćdziesiąt siedem. On w programie Late Night rozbawia prowadzącego Conana O’Brien’a opowieścią o swojej zemście na partnerze scenicznym, ja z równie nieskrywaną dumą przyznaję mamie, że zaczęłam bójkę z kolegą z przedszkola i to przeze mnie wypadł mu przedni ząb.

Richard Harris tak streszcza tę historię: była to jedna z jego pierwszych ról. Makbeta grał doświadczony aktor, który poza sceną rzucał pogardliwe uwagi o Irlandczykach. Mówił do Harrisa „you Irish bastard” i przy każdej okazji śmiał się z jego niebrytyjskiego akcentu. Harris grał niewielką rolę Doktora. W pewnym momencie spektaklu Makbet pyta go: „How is the Queen?”, na co Doktor miał odpowiedzieć „She’s dead, my Lord” i zejść ze sceny. To było cue do najważniejszego monologu Makbeta i zarazem pretekst do popisowego wykonu aktora uznającego się za gwiazdę teatru. Harris mając dość chamskiego zachowania mężczyzny, na jednym ze spektakli na kluczowe pytanie o Królową uśmiecha się szeroko i obwieszcza Makbetowi i publiczności: „She’s fine, my Lord! She’s terrific!” – i wychodzi ze sceny, a potem z teatru. 

Mnie samej średnio przeszkadzało uzębienie mojego kolegi, za to bardzo przeszkadzało mi, gdy traktował mnie jak powietrze. Jego chłód z czasem nasilił się do tego stopnia, że w końcu przestałam być niezauważalna, a stałam się celem jego ataków. W pewnym momencie postanowił ciągle mi coś podkradać: bibułę, nożyczki, składniki na sałatkę owocową, zajęte wcześniej miejsce do leżakowania. Kiedy zabrał moją kanapkę, poczekałam aż zacznie ją popijać i pięścią uderzyłam z całej siły w jego kubek, który wypadł mu z rąk tak samo, jak przedni ząb ze zdziwionych ust. 

Kolega z przedszkola nigdy mi już niczego nie zabrał, a nawet zaczął być dla mnie miły. Tak samo partner sceniczny Harrisa podobno nigdy nie rzucił już żadnej złośliwej uwagi o irlandzkim pochodzeniu aktora. Jaki z tych dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą historii płynie wniosek? Że czasem jedyną słuszną odpowiedzią na doznawaną przemoc jest przemoc? 

Gdybym pisała o bokserskich walkach, byłoby to jakoś usprawiedliwione, ale to jest felieton, który ma dotykać teatru. A teatr i przemoc to słowa tak silnie ostatnio ze sobą splecione, jakby były częściami znanego przysłowia, związku frazeologicznego. Jakiś czas temu w krótkiej rozmowie z kierowczynią Ubera, usłyszałam, że nie chodzi do teatru, bo nie ma ochoty legitymizować patologii. Zaśmiałam się, myśląc, że żartuje, a po chwili krępującej ciszy spojrzałam w lusterko i zobaczyłam dwoje jak najbardziej poważnych oczu. Mrugnęłam porozumiewawczo jednym okiem, a jej twarz nawet nie drgnęła. 

Mogłam jej wyjaśnić, że w teatrze dużo się zmieniło. Mamy procedury antymobbingowe i non violence communication. O nadużyciach mówi się częściej i głośniej. Bezpieczeństwo osób aktorskich w pracy jest w końcu brane pod uwagę. Nic jej jednak nie powiedziałam z dwóch powodów: dlatego, że dowiozła mnie już na miejsce i dlatego, że tego dnia skrycie fantazjowałam o przemocy. O tym, że podnoszę głos. Że wychodzę i trzaskam drzwiami. Że rzucam scenariuszem o ścianę i nie przydeptuję nawet.

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, oprócz tego, że na próbie wydarzyło się coś, co sprawiło, że miałam ochotę zachować się niezgodnie z duchem czasu i wbrew deklarowanym wartościom. Bezsilność, frustracja i wkurw, który mnie zalały w jednej chwili, sprawiły, że niemal automatycznie wyobraziłam sobie call out na swoją osobę, jeśli dałabym tym emocjom spontaniczne ujście. Jedynym wyjściem była prośba o krótką przerwę, pójście do toalety, ochlapanie twarzy zimną wodą. 

Wróciłam do pustej sali mijając osoby, na które sytuacja wywarła podobny wpływ. Każda z osób zdawała się szukać ujścia swoich emocji, a ja na każdą patrzyłam szukając choć cienia tego, co sama poczułam. Z niemal perwersyjną ciekawością próbowałam czytać z mimiki, szukając dowodu, że nie tylko ja tak mam, że inni też najchętniej odsłoniliby się w tej złości. Sytuację zaogniał fakt, że wcześniej wykorzystane zostały wszystkie znane nam koła ratunkowe włączając w to powołanie się na kontrakt, czy użycie technik mediacyjnych. Wszystko jak krew w piach. Jak rozwiązać konflikt, który nie daje się rozwiązać za pomocą dobrych praktyk? Czy jedynym wyjściem w przypadku braku porozumienia jest zakończenie współpracy? Czy to nie podważa sensu i nie zaprzecza skuteczności metod komunikacji, na których opieramy bardziej fair zasady pracy w teatrze? I czy każdy konflikt naprawdę da się rozwiązać w sposób bezprzemocowy? 

Ostatnio doceniam, kiedy mogę się z kimś pokłócić odpuszczając zdania typu: „nie mam przestrzeni”, „czuję, że mnie zraniłaś”, czy „to przekroczyło moją granicę”. Fantazjuję, że z zaufanymi osobami zakładamy kameralny fight club, w którym wyrzucamy sobie rzeczy jak na ringu. Lewym sierpowym dostaję zarzut, przed którym zaciekle się bronię. Patrzę, jak osoba trzyma gardę tylko po to, by uderzyć długo skrywaną pretensją z zaskoczenia. Po takiej rundzie ściągamy rękawice i ściskamy sobie ręce. Oddychamy szybko, wycieramy krew z nosa i uśmiechamy się odsłaniając przed sobą niepełne uzębienie. We’re fine. We are terrific, my Lord.

Daria Sobik

Daria Sobik