Co warto upamiętniać z historii? Momenty triumfu czy katastrofy? Triumfalizmu i narcyzmu – zdaje się – mamy wszędzie pod dostatkiem. Chętnie odwracam się w stronę przeszłości, żeby pomyśleć o ofiarach, o zapomnianych ludziach, których egzystencja została podporządkowana planom krwawych wodzów. Tak, jestem zdecydowanie po stronie tych, który twierdzą, że ludzkość powinna raczej upamiętniać katastrofy moralne niż chwałę zwycięstw.
Namysł nad trudną przeszłością jest lepszy niż reprodukowanie opowieści heroicznych.
Refleksja jest lepsza niż triumfalizm.
Ostrzeżenie jest lepsze niż pielęgnowanie mitomanii.
Piszę o tym w kontekście obchodów 60. rocznicy powstania Muzeum Więzienia Pawiak, upamiętniającego koszmar okupacji hitlerowskiej.
Zbudowane na początku dziewiętnastego wieku więzienie, leżało w czasie drugiej wojny na terenie getta warszawskiego i jak całe città del dolore (miasto bólu) zostało jeszcze przez Niemców wysadzone w powietrze. Próbowali zatrzeć ślady kaźni. Muzeum powstało dwadzieścia lat po wojnie na fundamentach dawnego więzienia. Potoczna nazwa „Pawiak” nawiązywała do lokalizacji tiurmy – jej mury przylegały do ulicy Pawiej w Warszawie.
W czasach hitlerowskich było to więzienie śledcze gestapo. Pierwsze miejsce cierpień stu tysięcy więźniów politycznych. Na Pawiaku zamordowano trzydzieści siedem tysięcy osób. Pozostałych wysyłano stamtąd do obozów koncentracyjnych. Nieliczni odzyskali wolność. Był wśród nich mój Ojciec i jego Rodzeństwo.
Na uroczystości rocznicowe (27 listopada 2025 roku) przyjechało Troje spośród kilkunastu żyjących więźniów Pawiaka: Stanisław Zalewski, Teresa Michalak z domu Glensk i doktor Jan Herbut Heybowicz.
Stanisław Zalewski swoje przemówienie rozpoczął deklaracją: „Bocian przyniósł mnie na świat w roku 1925”. Z tyłu usłyszałam szept: „ma sto lat!?”. Ta informacja była zaskakująca, bo stuletni Pan szedł żwawo i mówił z temperamentem. W więzieniu zetknąłem się z różnymi ludźmi – relacjonował. Byli wśród nich i tacy, którzy, jeśli coś zdobyli, „zorganizowali” – jak mówiło się na Pawiaku – to podzielili się z drugim więźniem. I podpowiadał: „po tym się poznaje Człowieka. Trzeba umieć brać, co daje nam świat, a teraz daje dużo, ale trzeba też się podzielić z drugim człowiekiem”.
Teresa Michalak była na Pawiaku jako 4-letnie dziecko. W czasie uroczystości wspominała spacer z ojcem na Moście Poniatowskiego – jedyny spacer, który pamięta, gdy ojciec trzymał ją za rękę….
Powiedziała też, że jako dziecko doświadczone wojną, chce się upomnieć o dzieci z dzisiejszej Ukrainy. „Terenia” trafiła na Pawiak wraz z rodzicami i z rodzeństwem. Jej młodszy brat – Wojtuś – miał zaledwie jeden miesiąc i kilkanaście dni. Starszy – Włodek – miał niespełna osiem lat.
Ten starszy – mój Ojciec Włodzimierz Glensk – nie miał sił, aby pojechać na uroczystości rocznicowe Muzeum Pawiaka. Jednak dzień wcześniej w uporządkowany sposób, z inżynierską precyzją, opowiedział mi raz jeszcze:
„Zaczęło się od tego, że dwaj Cichociemni zostali zrzucani za Sochaczewem, już na terenie wcielonym bezpośrednio do Rzeszy, zamiast na obszarze Generalnego Gubernatorstwa. Zostali przechwyceni, zastrzelono ich, ale gdy przeszukiwano ciała znaleziono kartkę z kontaktem: Teodor Glensk, Złota 73. Ojciec był przedstawicielem rządu londyńskiego na kraj.
Gestapo przyszło do naszego domu 1 stycznia 1942 roku. W tym dniu Mama obchodziła imieniny, przychodzili goście. Gdy pojawili się gestapowcy, ich szef stanął w drzwiach w czarnym mundurze. Miał zaokrąglone nogawki bryczesów, wyglądał komicznie. Myślałem, że to gość w przebraniu, który przyszedł do Mamy i zacząłem się śmiać. Krzyknął: »Nie śmiej się! To nie jest zabawa« Zrozumiałem.
Patrzyłem potem jak łapią tych ludzi, którzy do nas przychodzili. Jednego z nich zapytali: »Jak się nazywasz?« – odpowiedział »Kocur… Nein, nein, nein, Katański!«. W tych nerwach znajomy rodziców powiedział swoje autentyczne nazwisko, a nie to z Kenkarty, własne, a nie konspiracyjne. Gestapowiec zorientował się i zapytał: »Wie heißt er?« „Jak on się nazywa?”. Tłumacz odpowiedział: »On jest tak głupi, że sam nie wie jak się nazywa«.
Wtedy Mama wysłała mnie do sąsiadki po węgiel. Szedł ze mną jeden z gestapowców. Udało mi się wślizgnąć do mieszkania tej kobiety, a przed nim zatrzasnęła drzwi. Powiedziałem jej, że mamy kocioł. Widziała sama. O to chodziło mojej Mamie, żeby ostrzec kolejnych gości. Jak wyszedłem, gestapowiec mnie skopał i zbił po twarzy.
Na Pawiak ze Złotej szliśmy pieszo, był mróz, zimno. Pamiętam, jak na placówce spisywali wszystkie nasze dane, wydawało mi się, że byli dość uprzejmi.
Pamiętam, że siedząca w celi obok kobieta zwariowała. Przez całe noce krzyczała. To było bardzo przykre. Płakał też mój brat Wojtek. Miał wówczas niespełna 2 miesiące. Mama straciła mleko i dawała mu wodę. Ale w innej celi była kobieta, której zabrali dziecko i ona wykarmiła mojego brata.
Pamiętam też, że zaraz zaangażowali mnie do pracy, do pomocy hydraulikowi. Nosiłem za nim narzędzia i klucze. Odkręcałem zawory. Łaźnię z nagimi kobietami widziałem z góry. Był to dla mnie – 8-letniego chłopca – wstrząsający widok. Chodziłem z tym hydraulikiem na Serbię, gdzie też kąpały się kobiety. Prały tam prześcieradła [»Serbia« to żeńska część więzienia Pawiak, zbudowana jako szpital w czasach wojny rosyjsko-tureckiej, zwanej wówczas »serbską«].
Jako pomocnik wszędzie chodziłem. Byłem też w gabinecie komendanta więzienia. Miał chyba syna w moim wieku, bo był wobec mnie przyjazny. Dopiero gdy zobaczyłem jak na korytarzu ciągnie po podłodze za włosy dziewczynę, a jej skóra odchodzi od głowy, robi się taki stożek jak w czapce karnawałowej, wówczas zrozumiałem, kim ten człowiek jest.
Później chodziłem też na oddział internowanych Amerykanów, przeważnie dyplomatów i przechwyconych pilotów, których Niemcy brali na wymianę. Jeden z tych Amerykanów powiedział mi, że jak go zwolnią, weźmie mnie do Ameryki. Powiedziałem mu, że musi to uzgodnić z moją Mamą.
Pamiętam jak uciekły więźniarki z amerykańskiego oddziału. Spuściły się na sznurach z prześcieradeł. Jedną z nich Mama spotkała po wojnie.
Po dwóch lub trzech miesiącach wypuścili nas, później wyszedł też Ojciec. Miał pomoc z zewnątrz, był prawnikiem, niemiecki znał tak jak polski. Ale wyszedł na krótko, bo była kolejna wpadka z Cichociemnymi. Ojca ponownie zabrano na Pawiak, stamtąd został wywieziony do Auschwitz.
Wówczas los naszej rodziny zmienił się nieodwracalnie” – mówił po upływie 83 lat Włodzimierz Glensk
Trzeba upamiętniać moralne katastrofy ludzkości, aby zatrzymać ich powracanie.
Urszula Glensk