Felietony

Uwięzienie

| 6 minut czytania | 398 odsłon

 

 

Przypominamy uprzejmie, że to nie jest obóz koncentracyjny i nie znamy numerów osób, do których przyjechaliśmy, tylko ich imiona i nazwiska.

 

„Detencja” to słowo, które poznałam pod koniec 2021 roku. Wcześniej nigdy tego wyrazu nie używałam, nie był mi potrzebny. Teraz nie tylko znam jego słownikową definicję, ale też wiem, co ono oznacza. A więc „detencja” to przymusowe osadzenie kogoś w zamkniętym i strzeżonym miejscu, na przykład w ośrodku dla cudzoziemców albo w zakładzie psychiatrycznym. „Detencja” to w rzeczywistości uwięzienie – tylko inaczej się nazywa.

Opublikowany w połowie stycznia „Raport Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur z wizytacji Zakładu Karnego w Barczewie pobudził ostatnio dyskusję na temat tego, co dzieje się w świecie zamkniętym i kontrolowanym przez służby państwa polskiego. Raport z więzienia w Barczewie zupełnie mnie nie zdziwił. Czytając ten oficjalny dokument Biura RPO miałam przed oczami Ośrodek dla Cudzoziemców w Wędrzynie, który tym różni się od więzienia, że przebywający w nim ludzie nie mają wyroków, bo nie popełnili czynów karalnych. Siedzą, czekają i nie mają żadnej wiedzy, kiedy odzyskają wolność. Niektórzy z nich próbują się ratować, nawiązując kontakt z organizacjami pomocowymi i dosłownie błagają o pomoc. Piszą o kłopotach ze zdrowiem: owrzodzeniach, paraliżu lewej strony ciała, długotrwałej bezsenności, apatii i rozpaczy.

Z prawnikiem Krzysztofem Pyclikiem pojechaliśmy do dwóch uchodźców – Jamila i Rayana – osadzonych w Wędrzynie. Żeby w ogóle uzyskać zgodę na widzenie, trzeba dostać specjalne pozwolenia – urzędowa droga przez przeszkody. Po uzyskaniu zgody wyruszamy do Wędrzyna. Już na miejscu pojawia się kolejny problem, a właściwie szlaban – bo aby wjechać na teren „Ośrodka Szkoleń Wojsk Lądowych” trzeba uzyskać dodatkową przepustkę. Kilka kilometrów z powrotem do jednostki wojskowej po zgodę na otwarcie szlabanu. Droga przez las malownicza, działa łagodząco na zmysły. W końcu dojeżdżamy do kompleksu baraków, otoczonych wysokim płotem ze zwojami z drutu kolczastego (to tzw. concertina). Strażnicy przy bramie każą czekać, jakaś dziwna nerwowość. W końcu wpuszczają nas na teren ośrodka. W przedsionku kolejni umundurowani mężczyźni pytają o numery. – Jakie numery? Przyjechaliśmy do Jamila… i Rayana….

No tak, ale my potrzebujemy ich numery.

Przypominamy uprzejmie, że to nie jest obóz koncentracyjny i nie znamy numerów osób, do których przyjechaliśmy, tylko ich imiona i nazwiska. Znowu czekanie aż przyjdzie strażniczka z listą i odszuka numery, które przekaże kolegom, aby przyprowadzili uchodźców. Ale zanim to zrobią, jeszcze przeszukanie. Mamy jedzenie i kosmetyki. Każda paczka soczewicy dokładnie jest oglądana, każda tabliczka czekolady otwierana, jednak część produktów i tak nie zostanie dostarczona, bo są zapakowane w słoiki, a nie w papierowe czy plastikowe torby. Gdy patrzę na trzech strażników tańczących nad zakupami, udziela mi się niepokój. Pokazuję paragon ze sklepu, bo wszystko zostało kupione kilka godzin wcześniej w niedalekim dyskoncie. W czasie inspekcji przepadają wszystkie kosmetyki, także dezodoranty, zarówno te w szklanym, jak i metalowym opakowaniu. Próbuję żartować, żeby jak najwięcej przywiezionych rzeczy zostało zakwalifikowanych do podarowania. Zostają jednak przekazane „do depozytu”, jak informują strażnicy.

W końcu „poddani detencji” dwaj mężczyźni zostali przyprowadzani na spotkanie przez czterech strażników. Siadamy w małym pokoju przy stole z czterema krzesłami, a metr dalej siada dwóch pilnujących. Będą przysłuchiwali się rozmowie. Nie wiadomo, czy znają angielski, bo powiedzieli tylko do przyprowadzanych mężczyzn „go, go!” (główne zawołanie pograniczników, które często słyszałam na Podlasiu). Uchodźcy siedzą za to, że nielegalnie przekroczyli granicę RP.

Jamil pochodzi z Iraku. Jest bardzo komunikatywny, stara się robić wrażenie człowieka pogodnego, ale równocześnie nie potrafi ukryć napięcia. Pokazuje fotografie. Widać na nich, jak gra w piłkę nożną na wielkim stadionie przy pełnych trybunach. W Iraku był piłkarzem drugiej ligi. Studiował – jak mówi – „inżynierię olejową” (wiadomo, kraj petrochemii), ale zaangażował się w opozycję przeciwko władzy w Bagdadzie i poczuł się zagrożony. Twierdzi, że wróci do swojego kraju jak zmienią się rządy w Iraku. (Tak w istocie po pół roku zrobił).   

Rayan ma piękną i ekstremalnie smutną twarz. Jest zupełnie załamany, mówi ściszonym głosem. Spłoszony, prawie cały czas patrzy w blat stołu. Już w SMS-ach z prośbami o pomoc pisał, że jest w złej kondycji psychicznej.

Obaj proszą o pomoc prawną, ale boją się mówić o sytuacji w ośrodku. To oczywiste, bo obok cały czas siedzi dwóch strażników, którzy robią wrażenie niezadowolonych. Jeden z nich przysypia, wyraźnie ma problem z kacem.

Dwaj strażnicy i dwaj osadzeni. Być może w innym świecie mogliby być kumplami, bo między nimi jest niewielka różnica wieku. Choć gdyby siedzieli w knajpie przy jednym stoliku, zwracaliby uwagę odmiennością wyglądu. Jeden z „piwnym” brzuchem, łysiejący, drugi szczupły blondyn; dwaj pozostali z kruczoczarnymi czuprynami, chudzi. Ten smutny – jak z żurnala.

Przygnębiające spotkanie. Bezsilność. System. Wychodząc uświadomiłam sobie, że w parterowych budynkach przetrzymywanych jest kilkaset osób, a ogrodzony wokół teren jest pusty. Na boisku stoją tylko bramki. Nikt oprócz strażników się nie kręci. Dzień był pogodny i ciepły. Osadzeni muszą przebywać w swoich pokojach, w których jest dwadzieścia łóżek i tyle samo mężczyzn. Oficjalnie wychodzą na godzinne spacery. Ale czy rzeczywiście wychodzą? Jamil i Rayan bali się mówić. Pytania o warunki bytowe kwitowali – dobre. A Rayan dodawał przyciszonym głosem: „Trzeba przetrwać”.

Przez parę dni po powrocie ze Strzeżonego Ośrodka dla Cudzoziemców miałam poczucie dojmującego smutku. Po jakimś czasie, dzięki działaniom prawników, udało się doprowadzić do zwolnienia Jamila i Rayana, ale cały ten proces tylko pokazywał, jak uznaniowo traktowani są ci ludzie-numery. Jak wpadają w czarną dziurę „detencji”. Jak szafuje się przedłużaniem ich uwięzienia. No i jak z wysyłanych do nich paczek, więcej niż połowa rzeczy znika…                 

W potocznym języku „detencja” znaczy to samo co uwięzienie, ale w żargonie urzędowym można nieco ukryć realne znaczenia niektórych określeń, zakamuflować ich rzeczywisty sens. Niedawno karierę zrobiło słowo „przyducha”, które w propagandzie państwowej stosowano, aby uniknąć prostego i zrozumiałego słowa „zatrucie” Odry.

Detencja, concertina, przyducha, Barczewo – o ilu jeszcze złowieszczych słowach przypomną nam rządzący?

Urszula Glensk

Urszula Glensk