Felietony

Wyprawa w kosmos

| 9 minut czytania | 1105 odsłon

Po to właśnie są nieodpowiedzialne, nielogiczne, nieprzewidywalne nastoletnie marzenia! Żeby popadać w szaleństwo i żądać niemożliwego!

Wstań o 5.45 rano. Masz genetyczne problemy ze snem, więc nie będzie to łatwe. Z drugiej strony wstajesz o 6.00 od dwóch lat, żeby dojechać czterdzieści kilometrów do najlepszego liceum w okolicy, więc nie wstaniesz jeszcze w sobotę? Co za różnica.

Dobra, szybkie śniadanie i kanapki na drogę. Lekki plecak. Nie dojedziesz daleko z walizką, nawet gdybyś jej potrzebowała. A otóż dlaczego: twoja podróż zajmie cały dzień i obejmie cztery przesiadki. Ale cóż to znaczy wobec marzenia! Jesteś młoda i oprócz marzeń niewiele masz, więc pielęgnujesz je jak swój najdroższy majątek, starasz się inwestować w nie, jak w biblijne talenty licząc, że odpłacą ci się w przyszłości, tak jednak dalekiej, że nawet nie umiesz jej sobie wyobrazić. 

A więc start! Biegniesz w ciemnościach na mały dworzec autobusowy w twoim miasteczku modląc się, żeby bus tym razem odjechał o czasie. A nie jak zazwyczaj za wcześnie lub za późno, co bywa przyczyną niezliczonej ilości spóźnień i karnych kartkówek od wychowawczyni, kościstej anglistki, która nie wiedzieć czemu – traktuje te losowe wypadki, jak osobistą zniewagę z twojej strony. Ty zaś pełna poczucia winy nie wpadniesz na to, że może by się jakoś obronić? Że to przecież nie twoja wina, że busy jeżdżą jak chcą, za nic mając ich główną klientelę, czyli uczniów szkół i ich lekcyjne zobowiązania.

Jednak zaspałaś i nie zdążyłaś zjeść śniadania, ale za to głodna i niewyspana dotarłaś na przystanek nawet dziesięć minut przed planowanym odjazdem! No teraz ci się nie wymknie. Nie ma szans. Jeszcze chwila na podszytym wiatrem przystanku i znajdziesz się w ciepłym, woniejącym niepranymi nigdy siedzeniami, rozklekotanym busiku. Czy usiądziesz? Odłóżmy nierealne marzenia między bajki. Nie ma na to szans. W końcu szósta rano to najgorętsza podróżnicza godzina. Wszyscy muszą zmieścić się do busa mającego pojemność dwadzieścia pięć plus jeden. Jeden oznacza kierowcę. On jedyny ma gwarancję miejsca. Pewnie dlatego tak został zapisany. Plus jeden. 

Jedzie! Boże, jedzie. Wyłania się zza zakrętu, zajeżdża, otwiera drzwi, bucha z niego para nagrzanego w zaspanych płucach powietrza. Już jest pełny. Wchodzisz, wciskasz się z plecakiem. (Widzisz? Dlatego nie polecam walizki!) Macasz siedzenie, obok którego rzucił cię los, ręką gmerasz w poszukiwaniu oparcia, błądzisz nią po żółtawym wyliniałym brzegu i włosach natapirowanej pani, która śpi i przez sen bierze to za pieszczotę. W sumie jak najsłuszniej, spędzicie bowiem razem w tym dziwnym niedopowiedzianym połączeniu długie pięćdziesiąt minut. Ona śpiąca na siedząco i ty, śpiąca na stojąco. Da się, zaręczam, że się da!

Stajecie w kolejnych, we wszystkich wręcz, na trasie miejscowościach i wioskach, tak jakby bus miał magiczną moc rozciągnięcia się do pożądanych przez kolejnych wsiadających rozmiarów. Jest to bus życzeniowy, więc rzeczywiście, ludzie wsiadają i wsiadają, a kierowca nadal pełen wiary w swoją magiczną maszynę zatrzymuje się na kolejnych przystankach, by odebrać od losu swój zaspany towar. 

W międzyczasie rozjaśnia się, znad pól wstają mgły, jest listopad i wszystko paruje, oddając ostatnie tchnienie ciepła. Zza chmur przeciera kaprawe oko słońce, jakby zdziwione, że ono też w końcu musi wstać do pracy. Trwamy ze słońcem i budzącym się busem w tym niemym zdziwieniu, gdy w końcu po niemal godzinie kierowca zajeżdża na stację docelową. Wysiadam – jak spod ciepłej kołdry cudzych oddechów – wprost na zmrożony asfalt. Spoglądam na zegarek. Jeszcze godzina. Miła, nikomu niepotrzebna godzina czekania na kolejny wehikuł, który poniesie mnie w dal, do tych marzeń. Jakich? W rozespaniu, rozmemłaniu i głodzie już niemal zapomniałam. Kanapka ratuje sytuację. I papieros. Który nagłym odruchem wymiotnym budzi mnie wprost do życia. To chyba wtedy nauczyłam się palić. 

Ten, mam nadzieję, nie odjedzie beze mnie. W trasach do wymarzonej przez wielu towarzyszy niedoli Stolicy – obowiązuje w przeciwieństwie do lokalnych połączeń magiczna rezerwacja miejsc. Legendy głoszą, że raz nawet na kogoś zaczekał! Ku ogólnemu niezadowoleniu pozostałych: nie możemy się spóźnić, bo komuś poprzedni etap nie dojechał! Każdy jest kowalem własnego losu! Dla spóźnionych tylko smród z rury! A jednak, miłosierny busiarz zaczekał. Obrosło to w legendę, której jednak żaden śmiałek nie odważył się zweryfikować na własnej podróżnej skórze. 

Warszawa – napis lśni spoza umytej szyby. I jest to jedyna umyta część w starym mercedesie. Odjazd za dwadzieścia minut, mówi, zaciągając się, wąsaty kierowca. Czy mogłabym zaczekać w środku, pytam zmarznięta. Niby nie wolno, ale już niech pani wsiada, tylko niech mi pani nigdzie nie odjedzie! Śmieje się i kaszle dymem i parą, ucieszony z własnego konceptu. Uśmiecham się blado i myślę sobie tylko, że gdybym miała to, o co mnie posądza, czyli prawo jazdy, moja podróż wyglądałaby pewnie inaczej. Jednak nie mam jeszcze nawet osiemnastu lat, o prawku nie wspomnę. Po co zresztą prawko, gdy ma się lat siedemnaście i marzenia – myślę, sadowiąc się na wymarzonym fotelu. Natychmiast zapadam w zaległy sen. 

Budzi mnie postój w okolicach Lublina. Wysiadka gromadka! Macie piętnaście minut na siku i papierosa. Wypełniam posłusznie oba obowiązki, zresztą cały bus je wypełnia, jakby od tego zależała dalsza droga. Tłoczą się karnie w kolejce do zapyziałej toalety, są to bowiem czasy sprzed wypindrzonych orlenów, dróg szybkiego ruchu na ścianie wschodniej, postojów z wypucowanymi toaletami i automatem z colą. Ktoś w pośpiechu wlewa w siebie żurek. Robi mi się mdło, ale zrzucam winę na papierosa. Zaciągam się nim, patrząc na nieznane równinne krajobrazy i myślę, że jestem coraz bliżej… Nastolatki niezwykle szybko regenerują się i wpadają w podniecenie, więc mimo, że swoją podróżą mogłabym obdzielić już parę dni – jestem coraz bardziej lekka i radosna. Wsiadamy z powrotem. Jeszcze tylko trzy godziny. 

Niestety w radość wkrada się niespodziewany zgrzyt. Ubrana na tyle elegancko, na ile mogłam będąc podróżną, muszę swoje nogi w cienkich rajstopach i nowych tenisówkach chować pod swój płaszcz, klęcząc niemal na nich. Dlaczego? Bus jest dziurawy. Po jego podłodze najbezczelniej śmiga wiatr, a gdy bus przyspiesza nawet huragan. Nogi lodowacieją jak w igloo, już ich nie czuję, gdy wkładam je pod siebie dochodzą do temperatury ciała ludzkiego, ale po chwili znów ich nie czuję – tym razem z powodu zdrętwienia. Liczę minuty, wleką się niemiłosiernie. Nie podróżujcie dziurawymi busami w zimny listopadowy dzień – o ile nie chcecie poznać prawdziwego ciężaru gatunkowego czasu. O, czułam każdą jego minutę. Na nic zdało się nałożenie w odruchu desperacji – rękawiczek na stopy. Było już za późno. Raz zamarznięte i pozbawione krążenia – nie chciały wrócić do żywych żadnym sposobem. Zwisały w końcu smętnie jak dwa obleczone w lycrę trupki. 

Ale, ale! Co mi majaczy na horyzoncie! W długim spalinowym korku, na jego szczycie, jak na wieży z aut zawisł on! Pałac Kultury! Zapomniałam o stopach, wyciągnęłam lusterko i usiłowałam szczotką zapanować nad chaosem, który zgromadził się pod czapką, jak ciepłe zaspane zwierzątko. Nie możemy przecież przywitać się w takim stanie! Już lepiej. 

Wysiadam z równie zdziwionymi podróżnymi, jak to, że już? Niektórzy sądząc z rozmów, jechali z jeszcze dalsza, ich droga zaczynała się o trzeciej nad ranem, w jeszcze mniejszych od mojej miejscowościach. I już? Dojechaliśmy? Każdy chyba przez chwilę czekał na jakiś order dla odważnych, na jakieś przywitanie, bo stali otumanieni i kręcili się w kółko próbując zlokalizować swoje torebki, bagaże, dzieci, telefony. Nikt jednak na nas nie zwrócił uwagi. Każdy na nogach z waty poszedł niepewnie w stronę swoich domniemanych przystanków, które powiozą ich jeszcze, jeszcze dalej, tym razem w głąb molocha.

Nie ufając swoim zdrętwiałym nogom, próbując odkleić od żeber skurczony z głodu żołądek zastanawiałam się jak inni, skąd odjedzie mój autobus do celu, do koleżanki, która obiecała mnie przenocować.

Jeszcze tylko pół godziny i będę u niej, może zdążę po drodze zjeść jakąś drożdżówkę, może zdążę jakąś zupę w barze mlecznym, ale to przecież nie ważne! Nic nie jest ważne! 

Jeżeli czekaliście moi czytelnicy na godziwy suspens to mam nadzieję, że się nie zawiedziecie. Ta siedemnastolatka, która myślała, że wystarczy się najeść papierosami, a wyśpi się po śmierci – przyjechała do Stolicy… na spektakl! Już za parę godzin usiądzie na widowni Teatru Narodowego, żeby obejrzeć przedstawienie reżysera, którym fascynowała się odkąd zobaczyła na TVP Kultura spektakl „Grzebanie” o jej ukochanym Witkacym. Już za niedługo obejrzy „KOSMOS” Jarockiego.

Potem dojedzie busem miejskim spać do koleżanki, następnego dnia pokręci się po Warszawie, wypije na Chmielnej najdroższą kawę w swoim życiu i za ostatnie pieniądze kupi w zamkniętym już dziś Empiku „Didaskalia”. Będzie je czytać, jadąc swoimi busami powrotnymi do domu… Do tej pory się dziwię, co ona tam wyczytała? Co ona zrozumiała z tych długaśnych, hermetycznych didaskaliowych artykułów o spektaklach, których nie widziała, o książkach, których nie czytała? Ale co to ma za znaczenie! Po to właśnie są nieodpowiedzialne, nielogiczne, nieprzewidywalne nastoletnie marzenia! Żeby popadać w szaleństwo i żądać niemożliwego!

Podziwiam tę dziewczynkę. I wiem, że dziś już nie miałabym sił, by tak zapamiętale walczyć. To w końcu tylko jedna z jej wypraw. Na innej dostała pierwszy mandat w MPK, rozpłakała się ze zmęczenia. Z pomocną dłonią przyszła do niej Pani w Łachmanach, dając jej podejrzany syropek, który ona posłusznie wypiła (sic!), a który zapewnił jej potem niespodziewany odlot na spektaklu, na który poszła, a z którego nic nie pamięta.

Podziwiam tę dziewczynkę i martwię się jednocześnie o inne, jej podobne. Bo co z tymi, których bus nie dojechał? Co z tymi, których bus się spóźnił? 

Małgorzata Maciejewska 

 

Małgorzata Maciejewska

Komentarze

Komentujesz tekst: Wyprawa w kosmos