W kolejnym i kolejnym tekście pojawiał się obraz teatru, jako azylu. Jako własnego miejsca znalezionego nareszcie. Miejsca ucieczki. Bezpiecznej wyspy. Tu nareszcie jest to. Tutaj nareszcie poczułam się u siebie, przestałam uciekać, przestałem udawać, znalazłem akceptację, znalazłem ludzi podobnych do mnie, tu chcę zostać.
Jakie to było dziwne! Od czego zacząć?
Dzień wcześniej opowiadałem, że to się stało jakimś trochę niewygodnym problemem dla mnie, że prowadzenie wszelkiego rodzaju warsztatów musi się zacząć tą rytualną rundką autoprezentacji. Nazywam się… Pracuję… Interesuję się… Spodziewam się po tych warsztatach…
To zabiera dużo czasu, bo niektórzy się rozgadują, a potem tego czasu często brakuje. I nie wiem, czy to jest w ogóle do czegoś potrzebne – mówiłem. A jednak zawsze to robię. I sam zawsze temu ulegam, kiedy biorę udział, jako uczestnik. Czy da się to pominąć? Da się. Ale co się traci? No tak, jakiś ludzki wymiar się traci, jakieś stworzenie zrębów strefy bezpieczeństwa, w której nikt nie jest całkiem anonimowy. Będziemy się spotykać przez jakiś czas. Lepiej jest coś o sobie wiedzieć. A jednocześnie jest w tym coś nieznośnego. Jakaś szkolność, jakaś pseudoterapeutyczność. Nie wiem, może się czepiam. Może to moje tylko. No w każdym razie, mówiąc o tym na głos, nakarmiłem tę niewygodność jeszcze bardziej. W końcu wydawało mi się, że znalazłem jakieś kompromisowe wyjście. To są warsztaty dramatopisarskie, więc niech piszą. Pięciominutówka. W pięć minut niech każdy napisze, co chce o sobie powiedzieć innym. Odczytamy raz dwa, szybko jakoś skomentujemy i polecimy dalej.
Dobra. A teraz parę słów o tym, gdzie to się dzieje. A zatem dzieje się to na drugim końcu świata, w Meksyku. Konkretnie w megametropolii Mexico City. Festiwal Drama Fest, focus polski. Wspaniała rzecz! Prowadzę warsztaty w centrum kulturalnym w samym sercu tego miasta, obok XVI-wiecznego kościoła Franciszkanów, dziesięć minut pieszo od głównego placu Zocalo. Dwadzieścia osób na warsztatach. Wiek: od 20 lat do 50. W większości aktorzy, aktorki, którzy sobie sami piszą teksty lub zamierzają to robić. I w mniejszej części osoby innych profesji albo związanych z teatrem albo takich, które teatr jakoś przyciąga. Przedstawiam się, mówię trochę o sobie, żeby się uwiarygodnić. Przedstawiam temat ćwiczenia. Pięć minut. Co chcesz o sobie powiedzieć? Piszą intensywnie. Zawsze mnie to zadziwia, jak dużo można napisać w pięć minut! Kończcie! Dokończcie frazy, zdania, myśli! Przedłużam deadline o minutę! Dobra! Stop! Zaczynamy czytać. Najpierw myślałem, że po każdym tekście króciutko, prędziutko powrzucamy jakieś luźne myśli, komentarze do usłyszanego tekstu. Po pierwszej osobie przeprosiłem grzecznie. W tym trybie zajęłoby to nam tydzień, wybaczcie. Tylko czytanie. Potem komentarz, po wszystkich. To czytanie zajęło nam cztery godziny z przerwami. Nie wiem, dlaczego. Czasem tylko ktoś coś dopowiadał, ktoś inny dopowiadał do dopowiadającego, ja coś dorzuciłem i tak szło.
Tyle tytułem wstępu. A teraz to, o czym chciałem napisać ten felieton.
W kolejnym i kolejnym tekście pojawiał się obraz teatru, jako azylu. Jako własnego miejsca znalezionego nareszcie. Miejsca ucieczki. Bezpiecznej wyspy. Tu nareszcie jest to. Tutaj nareszcie poczułam się u siebie, przestałam uciekać, przestałem udawać, znalazłem akceptację, znalazłem ludzi podobnych do mnie, tu chcę zostać.
Robiło mi się dziwnie. Nie potrafiłem nazwać tego uczucia. Przez ostatnie tygodnie, miesiące, przecież nawet lata o teatrze słyszałem głównie źle. U nas. A już na pewno nie jak o strefie bezpieczeństwa i dobrej wyspie, czy azylu. Przeciwnie. Zupełnie przeciwnie.
To nie jest tak, że tematy związane z przemocą w teatrze są nieznane w Meksyku. Zupełnie przeciwnie. Kiedy byłem tu sześć lat temu, jeszcze przed pandemią, ten temat był tu bardzo gorący. W Polsce dopiero nabrzmiewał, tu już istniał na dobre. Nie wiem, czy oni są w tym temacie parę kroków przed nami, za mało mam danych. Nie o tym chcę. Chcę o tym, że przypomniało mi się to wszystko. Przecież ja też! Jakoś zupełnie przestałem tak o tym myśleć, a przecież ja też! Teatr był dla mnie miejscem, do którego dotarłem, i w którym nareszcie było dobrze. I przecież nie tylko ja. Kiedyś, kiedyś. Jeszcze ten pierwszy, amatorski. Miałem poczucie, że zbierał różnych wyrzutków z innych przestrzeni rzeczywistości, przygarniał. I było w nim dobrze. Było się w nim nareszcie u siebie. Akceptował różne sprawy w nas, które poza teatrem niekoniecznie były akceptowane. Można było oddychać swobodnie. Mówić swobodnie. Nauczyłem się mówić w teatrze. Mówić o sobie, o sprawach, o innych, o świecie, gadać o rzeczach, które naprawdę były interesujące z ludźmi, dla których one też były naprawdę interesujące. To było nie do opisania niezwykłe. Pamiętam uczucie, kiedy w ukochanym teatrze amatorskim dobijamy do pierwszej premiery. Po wielu, wielu trudach, jakichś niesłychanych emocjach, przewalczeniach w sobie różnych rzeczy, po różnych trudnych sytuacjach, jakie się zawsze zdarzają w grupie ludzi, która podlega rosnącemu napięciu. A jednocześnie przecież to rosnące do granic napięcie było jak generator wytwarzania sensu. Silnego poczucia sensu tego, co się robi. I ten stan euforyczny mam odbity w sobie, jak pieczęć. Kiedy kończymy próbę generalną. Spektakl zamknięty. Ostatnia scena. Finał ostatniej sceny. I kiedy myślę sobie: Boże, to jest właśnie szczęście.
Przypomniało mi się to wszystko, kiedy słuchałem tych tekstów. Kolejnych i kolejnych, które mówiły, że tu. Nareszcie. Jestem.
Oczywiście to się zmienia z czasem, ewoluuje, podlega różnym procesom. Oczywiście inaczej jest potem, w teatrze zawodowym. Ale inaczej nie znaczy, że tego nie ma. Ja to pamiętam z różnych sytuacji, z różnych prób, z różnych premier, z różnych jakichś niesłychanych, intensywnych bardziej lub mniej rozmów, dyskusji, kłótni, awantur nawet też, sytuacji niespodziewanych wywołanych eksplodującym napięciem. Pamiętam to poczucie, że jednak tu to właśnie jest to. Że nigdzie indziej tak.
I dawno tego nie było. Było śledzenie inb. Było rozkminianie, co tak, co nie tak. Podejrzliwość. Nieufność. Niechęć. Zmęczenie. Rozgoryczenie. Żal. Zawód. Złość. Irytacja. Gorzkość. Beznadzieja nawet czasami.
I wróciło gwałtowną falą podczas słuchania tych ludzi tutaj, z trudem walczących o swoje miejsce w teatrze w tym żywiołowym gigamieście. Wróciło, jakby wygrzebane z ziemi, przysypane śmieciem. No dziwne. Zaskoczyło mnie to.
Artur Pałyga