Ze śmiercią w życiu jest odwrotnie niż w sieci. W sieci zaraz po śmierci zmarły najintensywniej jest obecny. Wspomina się, wyraża się żal, pisze się: „Skończyła się epoka”. Ten płomień dość szybko gaśnie.
Przymierzałem się do tego tekstu wielokrotnie. Wymyślałem zdania, frazy, puenty. Potem zarzucałem. Że bez sensu tak. Że już za późno. Że już nie. Potem zapomniałem, bo sprawy. Potem jadę do Warszawy, to może się spotkam z Cieplakiem. A nie, bo nie żyje. Ciągle nie żyje?
Ileż można? I znów wracało. No ale teraz to już zupełnie za późno.
Niestety nie mogłem napisać żadnego nowego felietonu, tak jakby ten napisany ciągle stał na drodze. No to dobra.
Ze śmiercią w życiu jest odwrotnie niż w sieci. W sieci zaraz po śmierci zmarły najintensywniej jest obecny. Wspomina się, wyraża się żal, pisze się: „Skończyła się epoka”. Ten płomień dość szybko gaśnie. Dwa, trzy dni, góra tydzień. Co tu więcej pisać? Cichnie. I milknie całkiem. Sprawy się dzieją, epoki przelatują jak rakiety. Normalna sprawa. Sieć musi drgać. Musi się dziać.
W życiu natomiast zaraz po śmierci nie bardzo to jeszcze dociera. No bo przed chwilą jeszcze był. A przecież normalnie się nie widzimy, nie gadamy codziennie raczej. Ludzie bywają zajęci, wyjeżdżają. Więc owszem, dociera przez rozum, że umarł i się nawet wie wszystko, rozumie, ale nieobecność czuje się dopiero potem. Coraz bardziej i bardziej. Kiedy sieć już dawno zapomniała, bo też po co by miała pamiętać. Tymczasem życie pyta: no gdzie on jest? I odpowiada sobie: nie ma go. I to jest coraz bardziej nie do uwierzenia. A przecież normalne, bo wszyscy umierają, więc jak nie wierzyć? No ale nie ma i nie ma coraz bardziej. Zamiast się zmniejszać, ta dziura po zmarłym się powiększa.
Nie byliśmy z Piotrem Cieplakiem jakimiś wielkimi, będącymi w nieustannym kontakcie przyjaciółmi. Po prostu zrobiliśmy razem jeden spektakl. To znaczy on zrobił. Do tekstu, który z nim przegadywałem, poprawiałem, dopisywałem, ciąłem i przepisywałem. Poza tym dużo gadaliśmy przed rozpoczęciem prób i w trakcie. Mieliśmy jakieś plany, które się potem rozwiały, a potem znów wróciły. Spotykaliśmy się czasem, przelotnie. Podczas takich spotkań opowiadaliśmy sobie, co czytamy i jakie mamy myśli w związku z tym.
— Zimny chów, krótki romans – mówił, kiedy robiliśmy „Nieskończoną historię” i po każdej próbie kupowaliśmy piwo, papierosy i gadaliśmy do bardzo późna, paląc w łazience, bo tam nie było czujnika. Gęsto było w tych łazienkach od dymu i od tematów. „Krótki romans” oznaczał, że teraz jest intensywnie, ale kończymy próby, premiera i bye bye.
A jednocześnie miał to coś, że czuło się, jakbyśmy byli wielkimi przyjaciółmi. Robił takie coś w powietrzu między nim a ludźmi. I jakby to była wyjątkowa przyjaźń.
Później nie odbierał, nie odpisywał. Praca się skończyła, premiera się odbyła. Krótki romans. Było uprzedzone. Przepraszał, że nie odbiera i nie odpisuje, kiedy się go gdzieś dorwało albo spotkało przypadkiem. Bardzo przepraszał. I nadal nic.
Dlaczego ludzie tak strasznie kochali z nim pracować? Przecież jest jeszcze parę osób w teatrze, które zawsze są świetnie przygotowane do pracy, wiedzą, czego chcą, prowadzą pewną ręką, nie wytwarzają żadnych toksyn, nie szydzą, nie stosują chwytów manipulacyjnych, są dobre, mądre, mają w sobie czułość, rozumieją, lubią ludzi, nie pracują na konfliktach i dają takie poczucie stabilności w pracy, i że to ma sens, i jest istotne, i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale z nim kochali bardzo. Kochaliśmy.
Słuchanie. Od pierwszego z nim spotkania przy Rotundzie w Warszawie nie miałem wątpliwości, że słucha, tego co mówię. I słyszy. To jest bardzo przyjemne uczucie, być słyszanym. I nie takie częste.
Mówienie. Usiedliśmy na piwie i gadaliśmy. O różnych interesujących nas rzeczach. Można mówić w sumie do nikogo o niczym, to częste. No więc to połączenie mówienia o czymś do mnie ze słuchaniem, co mówię było dość unikatowe. Nie mówię, że to się nie zdarza w ogóle, ale na pewno nieczęsto. I to są te najlepsze rozmowy.
Cała reszta była mniej ważna. Naprawdę. Nie, że nieważna. Nie. Ale mniej. Zgadzałem się na wszystko. Na skróty, na przestawki, na dopisywanie. Bez żadnego oporu. Chętnie. To połączenie słuchania z mówieniem powodowało we mnie totalne zaufanie. I że on wie, o czym mówi. I wie, o czym ja mówię. Choć wiem, cholera, że jestem niełatwym rozmówcą. No wiem, no.
Najchętniej zawsze pracowałbym tylko w ten sposób. To jest najwspanialsze.
Rzucałem się na te rozmowy łapczywie, jak pies na tłustą kość. Mogłem tak całymi nocami. Nie tylko o pracy. O wszystkim. Bo wszystko i tak zatacza kręgi wokół tego punktu ciężkości, który nas spotkał i trzyma, czyli wspólna praca.
W trakcie pracy tych nocy była obfitość. Mogłem brać garściami. I gdyby nie wszystkie inne rzeczy, które trzeba robić w życiu i wszystkie inne, które jak zawsze akurat zbiegły się w tym czasie, nie przerywałbym ich w ogóle.
Ta sama łapczywość była z drugiej strony, więc dopełniało się. Dawało to poczucie wyjątkowego czasu, jaki przeżywamy. W krainie powszechników ten, nienazwany, bezpośrednio sąsiaduje z Miłością.
Pamiętam, że cały jeden wieczór, po próbie, która skończyła się chyba o 17.00, i długie pół nocy spędziliśmy na rozmowie, jakiej piosenki słucha Adam, postać z „Nieskończonej historii”. Oczywiście ze wspomnieniami, odtworzeniami i zapełnianiem toalety w teatralnym pokoju papierosowym dymem.
Inny wieczór i noc wypełniły się odnośnikami do wypowiedzi Cieplaka, czego oczekujemy po tym spektaklu. Wypowiedź była jego wspomnieniem. Nie przytoczę jej dokładnie. Przytoczę sens. Był młodym reżyserem i tworzył spektakl, o którym myślał, że będzie największym dziełem jego życia. Dotychczasowego życia. Będzie zawierał w sobie to coś, wyrwane ze środka, z największą starannością, pieczołowitością umieszczone na scenie, dane ludziom. Mijają kolejne tygodnie pracy, w której pogrąża się w całości, zupełnie. Ogarnia tyle wysiłku ludzkiego, kieruje nim. Płynie ten okręt w stronę premiery, poruszany wiatrem w żagle oraz wysiłkiem wioślarzy. I jest! Ten wielki wieczór. Premiera. Ludzie przyszli, obejrzeli, poklaskali i poszli. I już.
Wzbudziło to jego wspomnienie dłuższą rozmowę, do której przyłączał się każdy, kto wszedł akurat do pokoju. Do późnej nocy.
Jakiś rodzaj czułości, z jaką prowadził próbę.
Kiedy znów do mnie zadzwonił, było dobrze. Wracamy do wspólnej pracy. I to jak! Dwie rzeczy, jedna po drugiej, ze stosownym odstępem na napisanie.
W swoim ogrodzie, w który pakował masę wysiłku, pracy i wynagrodzeń za spektakle, przedstawił mi propozycję napisania adaptacji powieści Olgi Tokarczuk: „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Teatr Powszechny w Warszawie zaproponował mu tę książkę i zapalił się do niej.
— Tylko wiesz, adaptacja. 90 procent Tokarczuk. No, 84 procent. No, 79 minimum – mówił. Opowiadał o swojej miłości do pisania Olgi Tokarczuk, potem oglądaliśmy róże, rozmawialiśmy o walkach mrówek, o korzeniach drzew, potem znów o książce.
— A następną rzecz napiszesz, ale musisz przeczytać parę książek, najpierw „Cenę” Anny Bikont. O poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie. Ale to potem, potem. Jeszcze zobaczymy, gdzie. Jeszcze nie wiem. Najpierw adaptacja. Ale już myśl. Niech dojrzewa.
I dojrzewało.
Kiedy zadzwoniłem, żeby powiedzieć, że mam już dobrze przeczytany „Pług” i przemyślany, i mogę gadać, okazało się, że Piotr jest ciężko chory.
Zdumiewające. Tak nagle dowiedzieć się, że ktoś jest ciężko chory. Niesłychane zupełnie. Trudno to w ogóle przyjąć do wiadomości. Szczególnie, że właśnie mieliśmy zaczynać pracę. Wiatr w żagle, wiosła i w ogóle.
Cała ta choroba wydawała mi się tak dziwna, tak bardzo nie do przyjęcia, że byłem pewny, że z tego wyjdzie, no bo jak inaczej? Tylko kiedy?
No i wyszedł. Zadzwonił. Najpierw, że w ogrodzie, od rana, cały dzień.
— No ale wiem, ty nie lubisz rano.
— No słabo, Piotr, no mogę, ale ja słabiej myślę wtedy.
— No dobra, no to jak wrócę, wieczorem, na osiedlu u mnie.
No i dobra. Kawa za kawą w sieciówce na osiedlu u niego. Wiele godzin.
Powiedział mi, że nie w Powszechnym, bo tam zmiany, ale w Narodowym.
Następnie powiedział, że przeprasza, ale już zrobił tę adaptację sam. Że popłynęło. Wyświetliło mu się i popłynęło. Czytał kolejny raz i notował. I się zrobiła.
No nie było mi z tym przyjemnie, no trudno. Wspominał coś przez telefon. Byłem przygotowany.
Mówił, że ma nadzieję, że choroba nie wróci. Ale może wrócić. Więc nie wiadomo, czy uda się nam zrobić tę następną rzecz. Ale może się uda. Zawahał się. Wyraźnie się zawahał, co mnie zaniepokoiło. I tak już zawisł ten niepokój.
I w tym niepokoju opowiedział mi ten spektakl. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, powieść Olgi Tokarczuk w adaptacji Piotra Cieplaka, premiera w Teatrze Narodowym w Warszawie w sezonie 2025/26. Odtworzył go przede mną słowami, intonacją, zawieszeniami głosu, czasem bardzo, bardzo długimi, czasem w połowie zdania, czasem dwu, trzykrotnie w ciągu jednego zdania z bardzo, bardzo długimi zawieszeniami głosu, w które się wciskał niepokój. Ale jakiś spokój też w tym niepokoju. Jakaś spokojna czujność.
Odtworzył go od samego początku, od pierwszego wyłaniania się świata, muzyki, po chór na koniec i ciszę.
Zamilkłem. Byłem widzem.
To był jedyny raz podczas tych wszystkich naszych spotkań, kiedy wyraźnie nie chciał poświęcać czasu na słuchanie, bo miał do opowiedzenia swój spektakl. Który musiał potrwać.
— Następnym razem ty będziesz mówił, ja będę słuchał i pytał – powiedział. – Teraz muszę dokończyć.
Było coraz ciemniej przed tą kawiarnią, w ogródku, kiedy mówił, że to będzie jego, zawahał się, zawiesił….
— …Powiem to… Dzieło życia. To ostatnie coś. W którym jest wszystko. Nawet jeżeli później coś jeszcze, to to ostatnie, w którym jest wszystko, co chcę, jest tu, w tym.
Przypomniała mi się ta jego opowieść o młodym reżyserze, który chce zrobić wielkie dzieło, i ludzie przychodzą i…
Zaśmiał się.
— Ja wiem, ale teraz naprawdę chciałbym, żeby to była taka premiera, wiesz… nie wiem, jak to powiedzieć… wiesz… Pierwsze wystawienie tego tekstu w Polsce. Chciałbym, żeby to było ważne naprawdę. Duże. No duże, no. Nie żeby jakieś wiesz, łał, petardy, fajerwerki, ale żeby naprawdę duże, samo w sobie.
Rysował to w tej zapadającej ciemności. Gdzie kto stoi, jak mówi, skąd się wyłania chór, kiedy znika itd. itd. itd. itd.
Skończył. Zapaliłem papierosa. Dym. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.
— Prześlę ci napisaną adaptację. Potem się spotkamy znów. Przeczytaj na spokojnie, przyjedź, powiedz. Będziemy gadać. Ja ciebie posłucham wtedy. Ja wtedy ciebie.
Uściskaliśmy się. Poszedł.
Odwrócił się jeszcze chyba. A może nie. Może już dodaję.
Już nie odpisał na maila. Dowiedziałem się, że nagle i gwałtownie wróciła choroba.
Polska premiera powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” odbyła się 6 grudnia 2025 roku w reżyserii Leny Frankiewicz w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, w ostatni wieczór życia Piotra Cieplaka.
Artur Pałyga