Felietony

Złośliwa krytyka

| 5 minut czytania | 834 odsłon

Zapytałam, skąd jego zainteresowanie teatrem, a on bardzo świadomie wskazał za powód swoją tendencję do eskapizmu. Uciekł do świata teatru licząc na odpoczynek od pogłębiających się w niemal każdej sferze życia podziałów.

Ostatnio wszędzie widzę reklamy licówek. Jeśli dostałabym gwarancję, że nie zobaczę już ani jednej, nie wyciągnę ze skrzynki pocztowej, zza wycieraczki auta, nie wyrośnie taka na billboardzie w wielkim formacie, zrobiłabym sobie, górę i dół, pełnoceramiczny komplet. Wydałabym na to pewnie całą kasę, którą odzyskałam z komunii (kłótnie z matką nareszcie się opłaciły), zarobioną w teatrze przez ostatni rok i tę odłożoną na czarną godzinę (przy czym nacisk jest na słowo „godzina”). Naprawdę nic nie drażni mnie tak, jak ta cała prowokacja białych olbrzymich zębów uśmiechających się dziś zewsząd, nieszczerze, nienaturalnie. Trochę się też ich boję. 

Tym, co pomyślą, że to dziwna obsesja, od razu spieszę z zaprzeczeniem. Zaprzeczam. Wydaje mi się nawet, że zbyt mało uwagi przywiązujemy do mnogości reklam licówek. Kiedyś też mi to nie przeszkadzało. Gdy słyszałam z reklamy w radio, że „Pani Emilia przez braki w uzębieniu unikała uśmiechu”, to ja współczułam Pani Emilii. Życzyłam jej, żeby w końcu uporała się ze swoim problemem, choćby za sprawą sztucznych wypełnień typu bonding. Pani Emilia zasługiwała na uśmiech bez wstydu. Teraz mam Panią Emilię gdzieś, szczerze, to nawet wątpię, że kiedykolwiek Pani Emilia z tym swoim nieidealnym uśmiechem istniała. 

Dziś reklamy nie proponują nawet takich historii. Marketingowcy się streścili. Wrzucają hasło „Hollywoodzki uśmiech w 24h!!!” obok zdjęcia hollywodzkiego uśmiechu na tle słynnych wzgórz Los Angeles i kończą robotę. Wcale się im nie dziwię. Po co się starać, jeśli klient i tak jest, a będzie ich coraz więcej. 

Zaraz wyjaśnię, co to ma wspólnego z teatrem, ale najpierw zdradzę dlaczego uważam, że bonding is the new black i że każdy wkrótce będzie korzystał ze stomatologii estetycznej. Odniosę się do własnego przykładu ujawniając od razu, że moje refleksje nie są poparte szerszym riserczem, a zaledwie krótkimi obserwacjami i intuicją, która ostatnio uratowała mi życie. Ale o tym kiedy indziej. 

Od jakiegoś czasu gryzę zęby nocą. Nie jest to już nawet zgrzytanie, czy fachowo mówiąc bruksizm, ale gryzienie właśnie. Po serii konsultacji z różnej maści specjalistami włącznie z fizjoterapeutą żuchwy, dano mi do zrozumienia, że ma to podłoże psychologiczne i polecono licówki oraz literaturę psychoedukacyjną. Za sztuczne zęby podziękowałam, ale polecenie książkowe chętnie przyjęłam. Zanim opuściłam gabinet, fizjoterapeuta uśmiechnął się do mnie rzędem wcale nierównych, popękanych zębów. Nie mogłam nie zapytać. Wtedy lekarz opowiedział mi swoją historię, jak to zaczął chodzić do teatru i stracił swój dotychczas całkiem bez zarzutu zgryz. 

Od razu poważnie się zawstydziłam, nie mając nic na usprawiedliwienie dziedziny, do której czasem przykładam rękę. Zaczęłam na szybko wspominać spektakle ostatnich sezonów próbując zgadnąć, która z nich tak negatywnie wpłynęła na dobrostan psychiczny specjalisty żuchwy. No nie mogło być tak źle. A może mogło? 

A że stałam z ręką na klamce, w końcu mi powiedział, że nie o spektakle chodzi, chociaż też, ale nie do końca. Po prostu tak się wkręcił w teatr, że zaczął czytać recenzje. I nie spodziewał się, że ludzie kultury mogą być tak złośliwi, tak niemili, tak bezsensownie drobiazgowi. Podziwiał oczywiście wysoki wkład merytoryczny w pisane za jak się domyślał pół darmo teksty, ale nie rozumiał, skąd ostatnio w tekstach relacjonujących sztuki teatralne tyle jadu, niskich lotów metafor i wyssanych z palca oskarżeń. Ktoś ostatnio przypomniał mi cytat Edwarda Csató: „Przede wszystkim lubię, gdy krytyka nie jest zarozumiała. Kiedy nie tyle sądzi, ile zastanawia się”. I jeszcze ten: „kto wpadł na pomysł, że teatr to krwawa walka napuszczonych na siebie kogutów? (…) Żeby dać świadectwo, że własna recenzja jest ważniejsza niż czyjś teatr? No nie jest”. (Jerzy Koenig).

Na widok jego trzęsących się dłoni zapytałam, czy nie zaparzyć mu melisy. Kiedy nalewałam wodę do czajnika w kąciku jego gabinetu, lekarz rozkręcał się w swojej frustracji. Zapytałam, skąd jego zainteresowanie teatrem, a on bardzo świadomie wskazał za powód swoją tendencję do eskapizmu. Uciekł do świata teatru licząc na odpoczynek od pogłębiających się w niemal każdej sferze życia podziałów. Dmuchając w kubek promujący XIX Zjazd Specjalistów Fizjoterapii w Dźwirzynie wyznał, że czasem myśli, że cała ta wykańczająca emocjonalnie polaryzacja jest spiskiem lobby stomatologów.

Nie jestem fanką teorii spiskowych, ale zaczęło mi się to układać w całość. Być może to przez kolejną nieprzespaną noc, choć patrząc w szczery, dobrotliwy uśmiech fizjoterapeuty, szybko wykluczyłam, że mam do czynienia z człowiekiem nierozsądnym, odklejonym od rzeczywistości. Na pytanie, czy zamierza skończyć z chodzeniem do teatru, albo przynajmniej z czytaniem recenzji, pokręcił jednak głową. Z prawie pogodną rezygnacją dodał, jest już umówiony na nowe licówki. I że mnie też to poleca. Zrozumiałam, że mam do czynienia z człowiekiem, który na teatrze zjadł już nie jedne zęby. Gdyby nie zniecierpliwiony pacjent dobijający się do gabinetu, zapytałabym, który to już jego pełnoceramiczny komplet. 

Daria Sobik

Daria Sobik