Felietony

Zostań. Felieton wakacyjny

| 6 minut czytania | 210 odsłon

Na początku XX wieku nie było tu nawet chatki rybackiej, a las nie miał nazwy. W latach 20. miejsce to – wyśniony kawałek polskiego morza – zwróciło uwagę ówczesnych wizjonerów. Nazwę Jurata wzięli z bałtyckiej mitologii litewskiej, wyznaczyli ulice i działki, i zaczęli budować.

Zadałam znajomym niegrzeczne pytanie, grzecznie zastrzegając, że nie jest ono zbyt osobiste. Co sprawia im przyjemność? 

Studentka odpowiedziała: lubię przed zaśnięciem myśleć, że jutro rano usiądę na słońcu i będę piła kawę. 

Inżynier, blisko dziewięćdziesiątki, nie miał wątpliwości: Rozmowy z ludźmi! Byle tylko rozmowa nie była odfiltrowana przez ekran komputerowy. 

W Sarnach (co za przyjemne miejsce), podczas Gór Literatury, Mariusz Szczygieł przyznawał, że lubi słuchać, co ludzie mówią. Jako dowód w sprawie przytoczył ledwo co zasłyszany dialog w pociągu. Chłopcy byli „troszkę po piwie”. Jeden z nich chwalił się, że poznał dziewczynę… Drugi zapytał: „Ładna?”, a ten: „to nie jest istotne! Dla mnie jest istotne jak się rozbiera…”. Szczygieł z zachwytem dodawał: „Użył słowa „istotne”, a ono jest o trzy centymetry wyżej w rejestrze językowym niż słowo ‘ważne’, prawda?”. Reporter nasłuchuje. Trochę fach, trochę frajda.  

Pytam dalej o przyjemności, także te wymarzone. Jeden z Akademików snuje: „wyobrażanie sobie, że odbierając profesurę w Pałacu Prezydenckim krzyczę na cały głos À bas les proxénètes! i dostaję gromkie brawa od koleżanek i kolegów czekających na swój dyplom od p. prezydenta”. Do kolekcji niepokojących przyjemności dorzuca całkiem realne sytuacje: „Lubię gdy studenci przynoszą w sesji zaświadczenia, że cierpią na ADHD i z tego powodu muszą przełożyć egzamin… na czas nieokreślony”.

Pochwałę hedonizmu wygłasza mężczyzna w średnim wieku: „moje życie całe składa się z samych przyjemności! Nic innego nie robię”. Tymczasem urzędniczka w żółtej sukience twierdzi: „nic nie sprawia mi już przyjemności…”. Nie wiem, co powiedzieć.  

Aya – trzydziestoletnia lekarka z Jemenu – podpowiada, że przyjemności dzielą się na tanie i kosztowne. I nie myśli o brylantach, tylko o neuroprzekaźnikach. Tania przyjemność to lajk w smartfonie. Droga – wyczerpujące ćwiczenia fizyczne. Wyrzut dopaminy i tu, i tu.     

Jeszcze ktoś inny, pytany o to samo, mówi zdecydowanie: „Jurata”. Morska księżniczka? Ta, która zakochała się w rybaku, chociaż płynęła do niego, chcąc go srogo ukarać za łowienie ryb. „Nie, nie! Po prostu plaża w Juracie”. I cieniutki pasek lądu między Zatoką Pucką a Morzem Bałtyckim, połączony promenadą Międzymorze. Dookoła wygięte sosny, wyrzeźbione przez wiatr – leśne bonsai. 

Zostanę zatem na chwilę w Juracie. Na początku XX wieku nie było tu nawet chatki rybackiej, a las nie miał nazwy. W latach 20. miejsce to – wyśniony kawałek polskiego morza – zwróciło uwagę ówczesnych wizjonerów. Nazwę Jurata wzięli z bałtyckiej mitologii litewskiej, wyznaczyli ulice i działki, i zaczęli budować. Był rok 1928. Mojżesz Lewin długo negocjował kupno działki z Francuzami, właścicielami dzikiego terenu, a potem wybudował elegancki hotel Lido. Modernistyczny budynek, złożony z dwóch brył z wejściem pod prostymi kolumnami, szybko stał się znakiem rozpoznawczym kurortu. W przewodnikach roi się od znanych artystów i polityków, którzy tu bywali. Oni – i ich przeszacowana pozycja społeczna – nie interesują mnie. Zastanawiam się jedynie nad przyjemnościami, jakich szukali w Juracie. Mogli kąpać się w basenie z podgrzewaną wodą morską. Mogli tańczyć modnego i prawie zakazanego fokstrota na posadzce z białego marmuru, albo słuchać przeboju „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, za który Bodo zawsze był w Lido gromko oklaskiwany. Mogli grać w brydża, albo uczestniczyć w rozgrywkach szachowych. Mogli uprawiać „na molo żarty i konkury”, choć tylko w lecie, bo na zimę drewniana konstrukcja była rozbierana. Mogli siadać na białych ławkach przy wydmach, a w nocy nawet się całować. Mogli zobaczyć najnowsze automobile: Buck czy Oświęcim-Praga, które jechały utwardzoną drogą przez Mierzeję Helską z niezbyt zawrotną prędkością, nie szybciej niż wiejący tu wiatr. 

Budowę Juraty można porównać do wielkich idei urbanistycznych drugiej Rzeczpospolitej, obok portu w Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego, czy warszawskiego osiedla na Saskiej Kępie. Uzdrowisko, a raczej „kąpielisko” – jak wówczas mówiono – było jednak przedsięwzięciem osobnym. Nie służyło rozwojowi gospodarczemu, czy rozwiązywaniu biedy mieszkaniowej, ale zostało zaplanowane z myślą o przyjemności i rozrywce. Jednak Juratę i Saską Kępą łączyła spójna koncepcja urbanistyczna i dbałość o zamysł estetyczny. Przedwojenni architekci rozrysowali całość zamierzenia co do szczegółu, od nowoczesnej infrastruktury po wygląd latarni ulicznych i kolor elewacji. Jeśli ktoś wybudował domek, a go na czas nie otynkował, natychmiast dostawał z Wydziału Powiatowego w Wejherowie wezwanie do szybkiego wykończenia elewacji. W mglistym wspomnieniu mojego taty z przedwojennej Juraty z roku 1939 (miał wtedy 5 lat) zachował się obraz białych domów. 

Nie było mowy o wycinaniu sosen. Jeśli jakaś rosła w miejscu, gdzie planowano wybudować dom, trzeba było włączyć drzewo w projekt, wkomponować je w werandę lub całkiem zmienić zamysł budowlany. Zupełnie jak w królestwie sumeryjskiej bogini Inanny – w środku jej domu rosło stare, rozłożyste drzewo. U morskiej księżniczki Juraty miało być podobnie. 

„Przebywanie pod drzewami – bywa moją wielką przyjemnością”, tak twierdzi całkiem realna historyczka sztuki, Maria Molenda. Chyba zgadzał się z nią Wojciech Młynarski, pisząc „Na wydmie sosna karłowata,
a pod nią my i rekord świata,
co dzień, co chwilę bity w lot –
rekord młodości, żartów, psot.” 

Co ważne, pardon: istotne (będę o trzy centymetry wyżej), nadmorska miejscowość przetrwała napór PRL-owskiej brzydoty, a potem zalew kapitalistycznego betonu. Nie atakuje chaosem budowlanym i nadmiarem globalizacyjnej infrastruktury. Juraty udało się nie oszpecić. Przyjemne miejsce. Źródło przyjemności. 

A budowniczy i wizjoner Mojżesz Lewin? Mieszkał trochę w Paryżu, trochę w Juracie. Ale gdy „patrioci” coraz agresywniej zaczęli hotel Lido nazywać – „żydo”, sprzedał swoje udziały w kurorcie. Był rok 1938 i szedł wiatr historii. W czasie Zagłady słuch po Lewinie zaginął. Czasem przyjemność jest na ostatnią chwilę… Dlatego warto mówić: Zostań.     

Urszula Glensk



Urszula Glensk