Dramaty

Feblik

| 89 minut czytania | 840 odsłon

 

Od Autorki:

Co się dzieje, gdy to, co znane, przepoczwarza się i zmienia w coś nowego? Reguły i fizyka świata zmieniają się niespodziewanie, ulatuje gdzieś stabilny obraz rzeczywistości, a wszystko, co było, zdaje się podawać samo siebie w wątpliwość.

Układać się na nowo ze światem, szukać sobie w nim nowego nieznanego jeszcze miejsca czy po prostu zniknąć?

Mierzą, ważą, nazywają to nowe jestestwo, szafują krytyką i trudnymi słowami, ale nie zbliżają się do prawdy nawet na krok. Nie mogą, bo nawet ja, właścicielka mojej nowej esencji – nie jestem w stanie jej pojąć. Asymilować się i przyznać rację światu, do którego wchodzę, zastanemu światu tak zwanych dorosłych? Czy zdezerterować, póki jeszcze nie zostałam przez niego wchłonięta, przycięta i póki mam jeszcze jasny obraz niezgody na to, co się w nim dzieje? Póki moja optyka jest ani stąd, ani stamtąd, jest w liminalnej sferze przeobrażeń. Nie należę jeszcze nigdzie, więc widzę jaśniej. Widzę absurd zwyczajowych zachowań, odgrywanych z pamięci relacji, bezpiecznych przyzwyczajeń zrodzonych przez wygodę i strach. Widzę groteskowość postaci zawieszonych w niezrozumieniu własnych funkcji społecznych i pragnień. Głupotę praw, które arbitralnie i bezrefleksyjnie rządzą tym nowym światem, którego nagle mam stać się częścią.

Chyba odmówię, chyba powiem pas.

Nie ma w świecie tak zwanych dorosłych miejsca na dojrzewanie. Wszyscy odbębnili je po łebkach, jak niezdolni uczniowie. Mieli ściągi na kolanach, zrzynali jedni od drugich. Nikt nie zrozumiał nic i nie chce zrozumieć. Uważają, że uf, dobrze, że to już minęło. Oceny wystawione, nikt nie zauważył ściąg. Nie musimy przerabiać tego jeszcze raz. Może już nawet na to za późno?

Ten tekst wynika z potrzeby zbudowania nowej mitologii. Baśni dla dorosłych. Niech przestaną wreszcie udawać, że wiedzą. Niech wciągną się w opowieść małej dziewczynki i zastanowią się, czy naprawdę przerobili uczciwie przedmiot, który nazywa się dojrzewanie.

Małgorzata Maciejewska

 

Małgorzata Maciejewska
FEBLIK

MANIA
KASIULA
DOKTORKA
LADZIA
MATKA
BABKA
OJCIEC
BARTKOWA
TOMEK
PLEBAN
OSTĘPOWY
WONULISS

Mieszkańcy wioski i Cyganie.

I.

 

DOKTORKA
Mimko, ciałko, szlus.

LADZIA
Czy to już?

DOKTORKA
Już. Rozbierać.

MANIA
Kiedy ja się wstydzę.

DOKTORKA
Rozbierać i już! Szlus!

LADZIA
Dać te rzeczy.

MANIA
Co?

LADZIA
Dać. Mi. Sukieneczkę. Podkoszuleczkę. Rajstopki. Majteczki.

MANIA
Nie.

DOKTORKA
Co nie. Szlus.

MANIA
Majteczki nie.

LADZIA
Dobrze. Majteczki potem.

DOKTORKA
Otworzyć.

MANIA
Co.

DOKTORKA
Wszystko.

MANIA
Kiedy ciężko.

LADZIA
Oj, ciężko idzie najsampierw, potem coraz łatwiej.

MANIA
Eeee…

DOKTORKA
Tam jest miara. Stanąć i przylgnąć do miary. Równiusieńko.

MANIA
Boli.

DOKTORKA
Musi boleć. Się rozrasta.

MANIA
Ja?

DOKTORKA
A kto? Chyba nie pani Ladzia.

LADZIA
Hahaha.

DOKTORKA
Pani Ladzia już się od dawna nie rozrasta, co? Hahaha.

LADZIA
Ja to nie. Chyba na Nowy Rok. Na Nowy Rok to czasem. Ale rzadko. Coraz rzadziej. Doktorka mówi, że to normalne. W tym wieku.

DOKTORKA
Nie, że normalne, tylko że cukru brak. I przez to. Cukru i ziemi trochę. Co dzień do herbaty. To czasem się udaje, zalecałam. Ale widzę, że Ladzia zapomniała.

LADZIA
Trudno…

DOKTORKA
Co trudno, co trudno.

LADZIA
O ziemię na Nowy Rok.

DOKTORKA
A co Stach nie ukopie? Ukopie jeszcze. Tej z tyłu domu tam, gdzie floksy.

LADZIA
Nieee. Tam już nie da rady.

DOKTORKA
Czemu?

LADZIA
Truchło zakopalim na kartofle.

DOKTORKA
A no to nie. To i nie się nie rozrasta. Słuchać doktorki, a nie samemu wymyślać! Aaaa. Otworzy buzię.

MANIA
Nie mogę.

DOKTORKA
A to co znowu. Bo majteczki zdejmiem.

MANIA
Nie. Tylko nie majteczki. Ale otworzyć nie mogę.

DOKTORKA
Może, wszystko może jak chce.

MANIA
Nie mogę.

DOKTORKA
Otworzy i nóżka w górę! Szlus!

MANIA
Tak?

DOKTORKA
Tak. I trzymać. Ladzia mierzy.

MANIA
Śniło mi się pole. Zając po nim. Wte i we wte. Co to znaczy?

DOKTORKA
Niedobrze.

MANIA
Co.

DOKTORKA
Ten zając wte i we wte. Niedobrze. Wysypka jest?

MANIA
Gdzie?

DOKTORKA
Tam. W środku.

MIANIA
Jest.

DOKTORKA
Wiedziałam.

MANIA
To co mi jest?

DOKTORKA
Nie gada tylko wyciąga się. O tak. Mocniej.

II.

 

MANIA
Gadali i gadali. Nie mogli przestać. Już nudno się zrobiło, w okno ciężko patrzeć, bo śnieg. Cukru może z cukiernicy uskubnąć. Czy nie zauważą? Może nie. Zagadani to nie zauważą. Szybko rączką w słoik i do buzi. I w słoik i do buzi. Nikt nic nie widzi. Za oknem śnieg.

BARTKOWA
Nie dalej jak wczoraj Ziutka wzięło. Na rowerze, jechał i wzium. Wzięło.

MATKA
Nie. Co też.

BARTKOWA
A tak. To już kolejny.

MATKA
Nie ma co rozpowiadać takich.

BARTKOWA
A bo ja rozpowiadam? Mówię tylko.

MATKA
I mówić nie trzeba.

BARTKOWA
Kiedy strach nie mówić. Jak się mówi to jakby lepiej, nie?

MATKA
No jakby lepiej, ale potem gorzej, bo człowiek sobie wszystko wyobrazi. Jak to, tak na rowerze i wzium?

BARTKOWA
No tak. Ale to jeszcze nic. Mówią, że tego spod lasu w stodole. Siano pachnie, krowy głodne, od obory ciepło, zasnął i wzium. Był człowiek, nie ma człowieka.

MATKA
Ależ pani, niemożliwe.

BARTKOWA
A możliwe, jak pani mówię.

MATKA
No jak pani mówi to może i możliwe? Ja jakoś nie wierzę.

BARTKOWA
Nie wierzy pani? A wasz gdzie?

MATKA
Co gdzie.

BARTKOWA
No wasz gdzie. Skoro pani nie wierzy.

MATKA
Mój pojechał do lasu. Ścinka w borku na Piltowiźnie. Wziął piłę i pojechał.

BARTKOWA
Aż tam? Daleko?

MATKA
No pojechał, gdzie dają. Gałęzie, wierzchołki dają. Tanio.

BARTKOWA
Jak tanio… Ale daleko. Strach.

MATKA
Bartkowa, dla pani teraz wszędzie strach.

BARTKOWA
No wszędzie.

MANIA
Nudno. Chrzęści cukier na zębach. W oknie śnieg. Mrużę oczy. Nic nie widać. Jasny stół. Ceratka w chaberki. Ale swędzi. Już usiedzieć nie mogę. Żeby nikt nie zauważył. Jak swędzi trzeba myśleć o czymś innym. Zając na śniegu wte i we wte. Szalony. Jak kropeczka brązowa. O! A coś nad nim w górze leci! Zniża się, kołuje. Hej! Coś leci! Uważaj! Śpiewaj! Jak się boisz to śpiewaj, złe od piosenki ucieka! Śpiewaj! Szalony! Oj leci zając, oj leci, nie widzą go inne dzieci, tam gdzie poleci, kurzawę wznieci, bo po świeżym śniegu leci!

BARTKOWA
Co to pani dziecko takie.

MATKA
Chore jakieś ostatnio.

BARTKOWA
Acha. Śpiewa i się drapie.

MATKA
Nie drap się!

BARTKOWA
Doktorka będzie w remizie. Może trzeba pójść.

MATKA
No może trzeba. A może przejdzie.

BARTKOWA
Może przejdzie. Ale jak nie, to trzeba.

MATKA
Jak stary sprzeda to pójdziemy, a jak nie to nie. I bez tego kłopot.

BARTKOWA
Sprzeda. Jak wróci.

MATKA
A co ma nie wrócić.

BARTKOWA
Daleko pojechał.

MATKA
A co ma nie wrócić.

BABKA
Posklejaj tam sobie gałęzie.

MANIA
Nie chce mi się.

BABKA
Zaraz się lepiej poczujesz, posklejaj.

MANIA
Babcia to zawsze, tylko sklejać i sklejać. Już mam palce całe.

BABKA
Jak palce całe to i drapać się nie będzie.

MANIA
Nie drapię.

BABKA
Przecież widzę. Drapie i drapie. Oj do doktorki pójdzie.

MANIA
Nie. Tylko nie do doktorki.

BABKA
To sklejaj. Pomogę ci. Zobacz, ta tu jak ptaszek.

MANIA
Nie chce mi się.

BABKA
No bo sama skleję. Ta tu, jak jeżyk. Nie?

MANIA
No jeżyk…

BABKA
Bierz.

MANIA
Eee. Niee. Wolę już ziemniaki obierać.

BABKA
To ojciec ci naniósł. Z lasu. Żebyś miała zabawę. A ty nie. Zawsze tylko nie. Ziemniaków się zachciewa. Ja skleję.

MANIA
A ja ziemniaki.

BABKA
A rób co chcesz. Tylko potem nie mów, że nudno. Bo zabawy w bród.

MANIA
Ja już się nabawiłam.

BABKA
Tak się tylko mówi. A potem nagle czegoś brak. I smutno, że się człowiek nie nabawił póki miał czas. Zapamiętaj moje słowa, potem człowiekowi smutno, że się nie nabawił.

MANIA
A babcia to by się tylko bawiła i bawiła.

BABKA
Ale już mnie nic nie bawi.

MANIA
To może cukru babcia zje?

BABKA
Eee. Poczekam na Anioł Pański.

III.

 

MANIA
Stoję w oknie i rosnę. Swędzą ręce, pieką nogi. Rajstopki coraz to niżej. But spadł na drewnianą podłogę. Bum. Żeby tylko nikt nie zauważył. Na lekcji Tomek krzyknął na mnie fuj i splunął przed siebie na ławkę. Zakryłam ramiona sweterkiem. Że niby nic. Ale chyba widział. Po lekcji szybko uciekłam i się rozchorowałam. Biegłam przez śnieg do domu. Zapomniałam płaszcza z tego. Czy wydobrzeję? Zakopałam prześcieradło pod zbutwiałymi liśćmi. Wystawało. Wydarłam spod ziemi. Wrzucę do rzeki. Podeszłam na brzeg. Zwinęłam w kulkę i siup! Zahaczyło o pałki. Cholera. Jednym butkiem w błoto, drugi w powietrzu, sięgam. Złapałam, jeszcze raz w kulkę, tym razem mocniej zwinęłam. I siup! Popłynęło. Jak marzanna. W dół rzeki, zakotłowało i zatonęło pod krą. Biały skrawek zniknął w czarnej wodzie, jak cukier w herbacie. Uf. Przeżegnać się cztery razy i splunąć na niechciane. Tak babcia odgania złe. Zawsze działa. Tfu!

IV.

 

KASIULA
Dobry.

MATKA
Dobry.

KASIULA
Czy można na chwilkę?

MATKA
Ale po co?

KASIULA
Na sankach ślizgaliśmy na górce nad rzeką.

MATKA
No widzę. Widzę, że sanki.

KASIULA
No i przyszłam, lekcje mam.

MATKA
A jak lekcje to można. Bo sanki to nie. Chora.

KASIULA
Wiem. Szkoda.

MATKA
No szkoda. Innym razem. Sanki nie zając.

KASIULA
No nie. Ale lekcje można?

MATKA
Można. Wchodź. Tylko buty otrzep, bo śniegu z pola naniesiesz i zaraz kałuża, ktoś się poślizgnie i będzie.

KASIULA
No u mnie mama to samo, że kałuża w domu.

MATKA
No widzisz? Mamy trzeba słuchać.

KASIULA
Ja zawsze słucham.

MATKA
I bardzo dobrze.

V.

 

KASIULA
Cześć.

MANIA
Cicho.

KASIULA
Cześć.

MANIA
Cicho. Bo mi spłoszysz.

KASIULA
Dobrze.

MANIA
Łapię na biologię. Wiesz. Zwierzę, które chcielibyśmy mieć w domu, a nie możemy.

KASIULA
Aaa. To. To dopiero na przyszły tydzień. Ja jeszcze nie mam.

MANIA
Ja wolę mieć wcześniej, bo potem jak na ostatnią chwilę?

KASIULA
Nooo. I jak?

MANIA
Już prawie. Mak lubi. Wzięłam z szafki świąteczny z makowców. Mamie został.

KASIULA
Je?

MANIA
Je.

KASIULA
Mówią, że ty chora.

MANIA
No chora.

KASIULA
Ale wyzdrowiejesz?

MANIA
Nie wiem. Chyba.

KASIULA
Doktorka będzie.

MANIA
Wiem. Nie pójdę.

KASIULA
Ja bym też nie szła. Strach. A co ty tak się zakrywasz?

MANIA
A nic.

KASIULA
Ja wiem co.

MANIA
Skąd?

KASIULA
Tomek powiedział, że ci wystaje.

MANIA
Nic mi nie wystaje. Tomek to kłamca i oszust.

KASIULA
To zdejmij.

MANIA
Nie.

KASIULA
Może obciąć?

MANIA
Co?

KASIULA
Mogę ci obciąć? Masz nożyczki?

MANIA
Babcia ma.

KASIULA
Obetniemy i po sprawie. Ja obcięłam.

MANIA
Ty też?

KASIULA
Nooo. Ja nożem.

MANIA
Bolało?

KASIULA
Nie bardzo, ale problem z głowy.

MANIA
Zobaczę. Na razie nie.

KASIULA
To nie.
Zamek będzie za trzy dni. I wata. Przyjeżdżają jak co roku. Już plakaty wiszą takie kolorowe z balonami. Będzie można przyjść i pooglądać a nawet wejść. W garnku gotują na zapas. Dla wszystkich starczy. Raki wyciągnęli z rzeki.

MANIA
Jak, kiedy zamarznięta.

KASIULA
Przeręble pokłuli. Wyciągnęli, była zabawa i ognisko. Skakali i puszczali muzykę ze starego patefonu. Nawet na mrozie wszyscy tańczyli. Z ostatnich lekcji nas puścili to poszliśmy. Leżałam na dywanie a oni nad ogniskiem. Hops! Potem budowali fortecę. Już się umówiliśmy, że w tym roku wchodzimy do środka. Nie ma żartów.

MANIA
Nie puszczą mnie.

KASIULA
To oknem.

MANIA
Eee. Chora jestem.

KASIULA
Ja wchodzę. Chcę się dowiedzieć, co będzie.

MANIA
A może to wcale nieciekawe?

KASIULA
Nie chcesz wiedzieć, co będzie? Głupia.

MANIA
A po co? Może lepiej nie wiedzieć?

KASIULA
My już się umówiliśmy i wchodzimy. Idziesz z nami?

MATKA
I jak ta arytmetyka? Rozwiązujecie?

KASIULA
Rozwiązujemy.

MATKA
To dobrze, bo Mania sama nie umie rozwiązać. A i my nie bardzo. Już się zapomniało, dawno to było, a może i wtedy też się nie umiało? Nie pamiętam. Trudne to strasznie.

KASIULA
Trudne, trudne. Ale do rozwiązania.

MATKA
Dobrze, że ma taką pilną koleżankę jak ty. Ty Kasiula umiesz, prawda?

KASIULA
Umiem. Zawsze umiałam.

MATKA
Rodzice cię nauczyli?

KASIULA
Nie. Ja sama zawsze umiałam. Siadłam i umiałam. Od razu.

MATKA
Eee… zdolna. Nasza nie taka zdolna. I jeszcze chorowita. Jak Bóg da – tak masz, mówią. Co nagle, to po diable, mówią.

KASIULA
Prawda.

VI.

 

MANIA
I ciągle, i w koło Macieju, to samo. W nocy, zamiast spać drętwieję i ruszyć się nie mogę. Leżę i leżę, ale nic. Jak truchło wpodle drogi. Jak ta sarna co się zaczepiła o siatkę i zmarzła. Ojciec mówił, że ciii… Się weźmie do domu i będzie jak znalazł. Na święta, a i potem nawet starczy. Miała niebieskie oczy, jakby jej mgła, co osiadła z rana na polach, została. Jakby się mgły najadła i teraz sama była w środku mgłą. Ale później ojciec powiesił ją za racice na haku do świń i rozciął, a mgły nie było. Tylko czerwień i brąz, jak zgniła czereśnia, czerwień i brąz. Długo krew kapała, miski ojciec zmieniał, a krwi ciągle było i było. Z takiej małej sarny. Co niezdatne rzucił kurom, niech też mają, mówił, coś im się od tego życia należy. Coś im się należy, przyznałam, ale czemu akurat sarna? A nawet to, co z niej niezdatne? Czemu im się to akurat należy? Ale nie pytałam. Ojciec nie lubił pytań. Zawsze, gdy o coś pytałam mówił, a pójdziesz mi stąd? Jak do kota, co się ocierał o nogę, a pójdziesz mi stąd? Jak był w bardzo złym humorze to kopnął, a jak w dobrym to ręką lekko popchnął, że dość tej czułości niespodziewanej.

VII.

 

MANIA
Ojciec mówi, że kurom się coś od życia należy? Ale co?

BABKA
Co ty za bzdury. Naści, masz bułki.

MANIA
Nie chcę, babcia już ją jadła.

BABKA
Jadła niejadła, ale jeszcze zostało. Naści buzię zapchniesz.

MANIA
Po co mam zapychać.

BABKA
Żeby cisza była.

MANIA
Biorę bułkę, maczam w cukrze i ślimtam wolno i przeciągle. Niech babcia wie, że ciszy nie ma. I nie będzie.

MANIA
A co mi się należy od życia? Czy życie coś ma mi dać? Mam na coś czekać, jak kura na niezdatne od sarny?

BABKA
Kura na nic nie czeka, dlatego dostaje. Tak to Bóg urządził.

MANIA
I babcia też na nic nie czeka, żeby dostać? Ale skąd babcia wtedy wie, czego ma chcieć, skoro nawet pomyśleć o czekaniu na coś nie może?

BABKA
A bo to trzeba czegoś chcieć? Skąd ci to do głowy przyszło? Kto ci takich bzdur nawkładał? Musi w szkole bajki plotą, dziecku do głowy nie wiadu co wkładają. Potem pyta i pyta zamiast bułkę jeść.

 

VIII.

 

BARTKOWA
Dzień dobry. Diabłem wieje. Brrrr… Pani znowu tu?

BABKA
A znowu, znowu. Dzięki Bogu. Przy piecu. Zimno, co?

BARTKOWA
Zimno samej to i przyszłam. Smalcu nie trzeba?

BABKA
Mam. Dziękuję za troskę.

BARTKOWA
Zawsze to pani sąsiadka przecież. Smalcu nie pożałuję.

BABKA
Bóg zapłać.

BARTKOWA
Wnuczka smaruje?

BABKA
A sama jeszcze daję radę. Tu i tam. Dosięgnę.

BARTKOWA
Ważne, żeby nasmarować, bo popęka.

BABKA
I tu i tam.

BARTKOWA
Wojtków nie smarował i pękł w poprzek. I tyle go widzieli. Pozbierać nie mogli potem tego bałaganu. W deski się wżarł.

BABKA
Słyszałam. Straszne.

BARTKOWA
Lepiej dziadka w całości zapamiętać, a nie w deski wżartego. Potem śni się.

BABKA
No śni, jak inaczej już przyjść nie może to się śni.

BARTKOWA
A pani dba o siebie widzę. Bułka, cukier, Anioł Pański i smalec. Niczego sobie.

MANIA
Grudka babci odpadła.

BABKA
Gdzie?

MANIA
A z szyi.

BABKA
Duża?

MANIA
No.

BARTKOWA
Szyi pani zapomniała posmarować.

BABKA
Pamięć już nie ta.

BARTKOWA
No a żyć się chce.

BABKA
Oj, pani, jak się chce. I bułki z cukrem i radia.

BARTKOWA
Ciężko potem na wiosnę wracać.

BABKA
Ciężko. Dobrze, że na zimę jeszcze wpuszczą.

BARTKOWA
Co się pani martwi, co roku wpuszczają.

MANIA
Ale na przyszły nie.

BARTKOWA
Czemu nie?

MANIA
Mama mówiła, że babcia za dużo miejsca zajmuje. Że koło babci trzeba chodzić. Trudno do dochówki sięgnąć, jak babcia cały czas przy piecu siedzi.

BARTKOWA
Ale musi siedzieć, bo się rozpłynie, kochana. Ciepło ją trzyma w kupie.

MANIA
No wiem, ale chodzić wokół trzeba. Mama mówi, że przyszłej zimy wygodę chce mieć koło pieca, a nie babcię.

BARTKOWA
E, tak tylko mówi Maniu. Ale babcię wpuści. A poza tym skąd by ziemniaki brali, co? Pomyślałaś? Babcia w lecie korzonków dużo wypuści i z każdego korzonka dorodna bulwa na całą zimę. Potem smacznie ze skwarkami zjesz. Lubisz przecież.

MANIA
Lubię.

BARTKOWA
I nawozić nie trzeba, tak rosną. Wody trochę i słońca i rosną. Potem wykopki i ziemniaki do piwnicy siup! A babcię pod piec. Babcię trzeba szanować. Pamiętaj.

MANIA
Pamiętam. Mogę iść się pobawić?

BARTKOWA
Idź.

BABKA
Fiu bździu w głowie, a siano na głowie.

BARTKOWA
Takie teraz. Co zrobisz. Jak mus to obciąć mogę.

BABKA
Może i trzeba? Już nic nie dociera.

BARTKOWA
To obetnę, obciąć mogę.

BABKA
Bartkowa się nie fatyguje, sami obetniemy.

BARTKOWA
Ja to lubię, rach ciach i po krzyku. Zawsze to jakieś zajęcie.

BABKA
No tak, bo co zostaje w zimie, pierze mięsić i bulwy obracać. W coś trzeba ręce włożyć.

BARTKOWA
Ano.

BABKA
Mania, bierz stołek.

MANIA
Nie chcę.

BABKA
Siadaj, jak ci mówię. Widzi Bartkowa, nic nie dociera.

BARTKOWA
Bo zarosła. Rozum się zachabaził. Odchabazimy rach ciach i po krzyku.

MANIA
Boli!

BARTKOWA
Poboli i przestanie. A może rozum wróci.

MANIA
Nie chcę.

BARTKOWA
Oj, mocno zarośnięty.

BABKA
Widzi pani, co z nią jest? Nic tylko nie chcę i nie chcę. A człowiek tak się stara. Życie sobie wypruwa nitka po nitce, żeby ją opieleszyć, a ta nie chce. Jedno słowo zna.

MANIA
Dwa.

BARTKOWA
Nie ruszaj się, bo w oko pójdzie i wypłynie.

MANIA
Z uszu mi leci!

BARTKOWA
To dobrze, niech leci, co ma wylecieć. Rach ciach!

MANIA
Au!

BARTKOWA
Oj, będzie roboty, jak widzę. Garnek pani z pieca da. Wyłapiemy, co większe. Wyrzucimy na pole, bo się rozejdą i ktoś wdepnie. O tragedię nietrudno.

BABKA
No takie jakieś czasy nastały. Strach.

BARTKOWA
Markisz, ten od Marka syn. Z bańką mleka do mleczarni szedł, suszyło go, otworzył, powąchał i jak zgiął się wpół – wzium! Wzięło i jego!

BABKA
Niemożliwe! Widziała pani?

BARTKOWA
Mówili.

BABKA
To trzeci.

BARTKOWA
Już trzeci. A mówią, że nieszczęścia chodzą parami.

BABKA
Ano mówią. W imię ojca i syna.

BARTKOWA
Wzium!

IX.

 

MANIA
Płaczę, płaczę i płaczę. Zaraz oczy mi wypłyną i nic już nie będę widzieć na zawsze. A z resztą, po co patrzeć? Co można zobaczyć ciekawego? Noc wkoło. Za oknem śnieg ściemniał do granatowego smaru z cyrkulatki. Trochę gwiazd się odbija w szybie, to wszystko. Tego, co chciałam obciąć, jakoś nie obcięli. Obcięli za to głowę. I jak się teraz pokażę w szkole? Chyba będę chorować aż odrośnie. Z resztą, jak oczy wypłyną to i nawet do szkoły nie ma się po co pokazywać. To by się dopiero skręcali ze śmiechu. Ładne dziurzyska pod rzęsami! Berek! Tomek by pod ławkę wpadł, tak by się skręcał. Aż by go wychowawczyni odkręcała od spodu blatu. Tomek. Ta myśl na chwilę zatrzymała łzy zostawiając szkliste oczy. Mienią się okruchy światła w kroplach. A w każdej głowa Tomka. Tomek roześmiany, Tomek rozgniewany, Tomek zadumany. Fuj. Tak powiedział. I ja tak samo myślę o nim. Czemu więc głowy wirują i wirują coraz szybciej? Tylko się nie drap. Tylko nie.
Połóż się i ściśnij prześcieradło pomiędzy nogami. I już. Zimno. Lepiej. Ostatnie łzy spłynęły bokiem ścieżką rzęs w dół na poduszkę. Zamknęłam oczy. A tam już czekał Zamek. Wielki świetlisty, obłożony setką czerwonych dywanów. Ten sam, jak co roku.

X.

 

MATKA
Znowu obtańcowywałaś?

MANIA
Nie.

MATKA
A co taka spocona jesteś? Widzę, że tupiesz. But się rozpłaszczył na amen.

MANIA
A bo Zamek przyjechał…

MATKA
No przyjechał. Cyganie zjechali, jak co roku. Dywanów nakładli, raki gotują i tańczą.

MANIA
To może bym…

MATKA
A w życiu. Chora jesteś. Tańczyć nie wypada.

MANIA
Nie będę.

MATKA
Jak nie będziesz, jak widzę, że ci noga chodzi. Znów rajstopki w kolanach, daj poprawię.

MANIA
Cisną.

MATKA
Nie cisną, nie cisną tylko na złość zsuwasz. A co tam pod swetrem chowasz?

MANIA
Nic.

MATKA
Tak jakby coś wystawało…

MANIA
Gdzie tata?

MATKA
W szopie, skrzynkę na babcię zbija. Niedługo sadzim.

MANIA
Zima jeszcze.

MATKA
Ani się obejrzysz. Lepiej mieć.

MANIA
Mogę mu pomóc? Wióry pomodzę, wiórów będzie w bród.

MATKA
Ani się waż. Ja wiem na co ci wióry. Ty chora.

MANIA
A jak tatę wzium?

MATKA
O to się nie martw, ojciec nie z takich. Z resztą mają ogniem złe palić we wtorek i się skończy.

MANIA
W szkole mówili, że to zabobon i kłamstwo.

MATKA
Co.

MANIA
Złego ogniem odczynianie.

MATKA
Hahaha. A jak inaczej, co? Głupi. Dym musi być inaczej się nie skończy, już ja dobrze wiem. Nie raz i nie dwa już bywało. Teraz i tak już się zanadto rozpleniło. Nie martw się ciebie nie wezmą, ty chora. Z domu wyjść nie możesz.

BABKA
Już dawno trzeba było.

MATKA
O, mama się obudziła. Zetrzyj, spod babci coś się wylało. Widzisz? Wiosna idzie. Babcia się topi. Zetrzyj.

BABKA
Już dawno trzeba było. Na przednówku zawsze złe wylezie. A nie tak na ostatnią chwilę.

MATKA
Ano było, ale się nie zrobiło. Mama się przesunie, drewna trzeba, bo gaśnie.

BABKA
Sama podłożę, tyle jeszcze umiem. Ciepło. Mrrrr.

MATKA
Mama się wygrzewa, bo już niedługo. Wiosna przyjdzie, wywietrzymy, wymyjemy i wreszcie w kuchni miejsce będzie.

BABKA
Kogo biorą?

MATKA
A Kasiulę chyba. Chyba Kasiulę.

MANIA
Moją Kasiulę?

MATKA
No a co? Szkoda ci?

MANIA
Nie wiem. Chyba.

BABKA
Taka młoda to dobra na rzodkiew.

MATKA
Widzisz, i rzodkiew jej rodzice będą mieli. Nic się nie zmarnuje. Mama się przesunie, zetrę porządnie, bo ktoś się potknie.

XI.

 

OJCIEC
Zmarzłem w kość. Wrzątku nastaw. O mama nie śpi. Pochwalony.

BABKA
Pochwalony.

MATKA
Śnieg zostaw za drzwiami. Naniosłeś.

BABKA
A nie, to moje. Maniu, zetrzyj, ja się schylić nie mogę.

MATKA
Jak skrzynia? Bo mama, sam widzisz.

OJCIEC
Ano widzę. Gotowa. Bułek już mama nie je, ani cukru, podsuszyć trzeba. Inaczej spleśnieje.

BABKA
Ech.

MANIA
Ja babci dam, jak nie będą patrzeć.

BABKA
Dzięki wnusiu. Nie trzeba, ojca słuchaj.

MANIA
Wiórów tata zostawił?

MATKA
Ta ciągle swoje.

OJCIEC
A idź mi stąd, co się pod nogami plączesz.

MANIA
Idę, już idę.

XII.

 

MANIA
Bez wiórów to nic nie będzie. Ani sukienusi, ani kaftanka z kapucą. Co roku, co zestrugał to moje. Brałam na podołek i niosłam na stryszek. Modzić. Zawsze najładniejsze miałam. Cyganki piały jak kury z zachwytu i zawsze wymieniać się chciały. Za globus i stare mapy, za barometr z marmurku, za kawałek linoleum idealny pod łóżko, za zioła na konfuły. Ale ja nie chciałam. Wolę, jak się na mnie spoglądają i zazdroszczą. Oj, lubiłam to, lubiłam. Nikt nie miał takiego wdzianka. Nikt wiórów nie miał. Bo ojciec jedyny we wsi stolarz. Wszyscy w słomianych. Phi. Też mi. Rośnie toto wszędzie, leży pod krową, a oni to. Ja zawsze z wiórów. Królewna wiórkowa. Wiórczanka. Tak wołali. I podziwiali. Nikt nie miał takiego wdzianka.
Już ze stryszku widać. Namiot wielki z tkanych kilimów brązowych, okrągły, dymi się ze środka, pewnie ogień palą. A zaraz za nim Zamek… „Panie i panowie, zapraszamy na zapusty, tańce, raki duszone, biczyki z krowskich ogonków do łechtania dziewuch, wszystko po pięć groszy! Tanio! Z naszych nigdy nie zdzieramy! Prawie darmo damy! Kupujcie!”
Tak pewnie wołają, ten bez oka ma tubę z bydlęcej skórki i w tą tubę woła, aż się po wsi całej niesie. Tu nie słychać…\
„A dla najbardziej odważnych Zamek! Castrum Verum – Prawdy serum! Największa atrakcja! Nie dla dzieci! Nie dla bojaźliwych! Uwaga: może prawdę objawić. A nawet jak nie to otumanić! Tylko pięć groszy! Z naszych nie zdzieramy! Prawie darmo damy! Przychodźcie!”

KASIULA
Mania! Hop, hop!

MANIA
Co?

KASIULA
Otwórz no. Zimno.

MANIA
Co ty tu? Po drabinie? Na stryszek?

KASIULA
Do ciebie przyszłam.

MANIA
Co ty… Czy to można tak?

KASIULA
Otwórz.

MANIA
Mróz wleciał brrr…

KASIULA
Cyganie wołają.

MANIA
Wiem.

KASIULA
Jutro już idziemy. Do Zamku idziemy.

MANIA
Tomek też?

KASIULA
Też.

MANIA
Ja chora…

KASIULA
Mamie nie powiesz.

MANIA
Eee… Gdzie tam ja…

KASIULA
Maniula. Kręcisz. Ty nie chora. Ja wiem, co ci.

MANIA
Co?

KASIULA
Swędzi?

MANIA
No. Skąd wiesz?

KASIULA
Hahaha.

MANIA
Skąd wiesz?

KASIULA
No wiem i już. Ty feblik masz.

MANIA
Co???

KASIULA
Hahaha. Nie wiesz?

MANIA
Nie.

KASIULA
Feblik masz i już. To jeszcze nie choroba.

MANIA
A co to? Ty też masz?

KASIULA
Miałam, ale już nie mam.

MANIA
A co to?

KASIULA
No feblik. Kto ci się widzi przed snem i obiadem? Kto za tobą chodzi?

MANIA
Nie powiem…

KASIULA
A ja wiem.

MANIA
Skąd?

KASIULA
Oj, ty głupia jeszcze. Już ci wystaje, a taka głupia. Tomek, co?

MANIA
No!

KASIULA
Feblik na Tomka masz, ot co.

MANIA
Może i…

KASIULA
Ja wiem.

MANIA
Ty wszystko wiesz…

KASIULA
No. Bo ja już i rozpukłam się raz.

MANIA
Jak babcia?

KASIULA
Nie głupia. Jak baba. Normalnie.

MANIA
Co normalnie? Rozpuc się normalnie?

KASIULA
Ano. Nic nie poradzisz.

MANIA
To jak to jest?

KASIULA
Puchniesz, rozkulasz się jak pomidor, jak ciasto drożdżowe potem skóra rozchodzi się tam na dole i puk.

MANIA
To musi boleć.

KASIULA
Boli. Ale dość o tym. Stąd wszystko już wiem.

MANIA
Eee…

KASIULA
Nie chowaj ty się do dziury, bo cię nie złapie kot bury!

MANIA
To dlatego ciebie biorą?

KASIULA
Co?

MANIA
No na złego odczynianie.

KASIULA
No biorą i co? Zazdrościsz?

MANIA
Nieee. Nie wiem.

KASIULA
Zazdrościsz, wiem. Ale to dopiero we wtorek.

MANIA
A szkoła?

KASIULA
Zwolnienie mam od plebana.

MANIA
Dobrze ci.

KASIULA
No nie? Przyjdę jutro po ciebie.

MANIA
Nie idę. Wiórów ojciec nie dali.

KASIULA
Słomiankę włożysz i hyc przez okno!

MANIA
Ojciec będą źli.

KASIULA
A co ty taki bojak? Fuj.

MANIA
Ja bojak? W życiu!

KASIULA
Nie chowaj ty się do dziury, bo cię nie złapie kot bury!
A jak się schowasz do dziury! To cię rozdrapią podkury!

MANIA
Jakie podkury… Żadnych podkur nie ma.

KASIULA
A założysz się?

 

XIII.

 

MANIA
Łóżko ogniem wiekuistym pali. Płomienie mnie liżą. Mrówki niecierpliwe jakby po mnie lazły, może truchła wyczekują. Och jak swędzi! Zło się podzieje! Idziemy do Zamku! Z Kasiulą, z Tomkiem w ciemną noc! Do Cyganów! Tańcować, raki jeść i całkiem się schabazić!
Jak ja się potem w domu pokażę? A może już się nie pokażę? Po co się komuś pokazywać? Na co? Ojciec nie zauważy, że już mu się nie pokazuję. Nie będzie musiał już się odganiać, a idź mi stąd. Stolarką się zajmie. Babcia ciszę wreszcie będzie miała. Już nikt jej nad uchem ślimtać nie będzie, wreszcie odpocznie, jak trzeba. A matka? Jedzenie dla niej całe zostanie. Gruba się jeszcze bardziej zrobi a w końcu ziemniaki z niej wyrosną. Wszystkim korzyść. Z mojego niepokazywania. Co ja mam z resztą pokazywać? Nogi coraz dłuższe, ręce wleką się prawie po ziemi, spod sweterka wystaje… Nic tu nie ma do pokazywania. Lepiej zniknąć.
Lepiej dla wszystkich! Hej!

XIV.

 

BARTKOWA
Mogę zostać?

MATKA
A Bartkowa dalej tu?

BARTKOWA
A tu, tu. Przyszłam i jakoś tak zostałam. Strach w domu samemu.

MATKA
No jak musi.

BABKA
Sąsiadki przecież na mróz nie wygonisz.

BARTKOWA
Tu przycupnę koło kredensu.

MATKA
Byle przejście było.

OJCIEC
To chociaż Bartkowa pomoże.

BARTKOWA
A pomóc mogę.

OJCIEC
Daj Bartkowej przetak i nitkę.

BARTKOWA
A co robicie?

OJCIEC
Pliszki będziemy nawlekać.

BARTKOWA
Spać się nie kładziecie?

OJCIEC
Nie. Tak obrodziły, że nie ma kiedy.

MATKA
Całą noc się nieraz.

BARTKOWA
No jak trzeba. A na co tyle?

OJCIEC
Pleban na święty Roch chce nowe organy to robim.

BARTKOWA
Podaj dratewkę, igłą ciężko dziób przebić.

MATKA
Jedna tylko jest. Naparstkiem i trach. Palców szkoda.

BARTKOWA
A może. Trach. Gdzie podwiesić?

MATKA
Tam na haku u powały.

OJCIEC
Przy piecu, obeschną rach-ciach. Dźwięk sam tylko zostanie.

BARTKOWA
Ładne.

OJCIEC
Ano. Same wybierane. Co niezdatne to kury zjedzą.

MATKA
Nic się nie zmarnuje.

BARTKOWA
Oj! Jedna wymskła się.

OJCIEC
Bo lotek nie podcieła Bartkowa jak trzeba to i wymskła się.

BARTKOWA
Pięknie śpiewa.

OJCIEC
Jutro za widnia złapiem. Niech śpiewa. Weselej będzie pracować.

XV.

 

DOKTORKA
Mimko, ciałko, szlus!

MANIA
Nie.

DOKTORKA
Chyżo! Bo jak!

LADZIA
Zajrzeć trzeba.

DOKTORKA
Obejrzeć, co wystaje.

MANIA
Ja nożem…

LADZIA
Broń cię Boże!

DOKTORKA
Nożem?

MANIA
Kasiula mówiła…

DOKTORKA
Doktorki słuchać, a nie koleżanek!

MANIA
Kiedy to feblik tylko… A resztę obciąć można…

DOKTORKA
Hahaha. Głupia ty i długa!

LADZIA
Długa i głupia.

DOKTORKA
Ladzia, powróz.

MANIA
Po co powróz?

DOKTORKA
Bo wierzga niespokojnie. A ja obejrzeć muszę.

LADZIA
Tam się położy. Nóżka w górę.

MANIA
Nieee.

DOKTORKA
Bo igłę w pupę! Ladzia naszykuj!

MANIA
Już leżę, leżę.

LADZIA
I dobrze. Może rozum wraca.

DOKTORKA
Blada powłoka, jeść nie chce, oczy szkliste, wyłupione na wierch. Zapisuj.

LADZIA
Wyłupioooneee. Jest.

DOKTORKA
Lekko rozpuczona, ale jeszcze nie całkiem.

LADZIA
Nie caaałkieem.

DOKTORKA
Język grudowaty. Nos koślawy.

LADZIA
Ślaaawy…

DOKTORKA
Teraz w dole.

LADZIA
Rozchyli.

MANIA
Nie. Wstydzę się.

DOKTORKA
Doktorki nie trzeba się wstydzić. Rozchyli, szlus! Jak nie to Ladzia rozchyli, a będzie bolało!

LADZIA
Ładnie. Grzeczna dziewczynka.

DOKTORKA
Ladzia pisze. Tam na dole. Powłoki różowe. Gorące. Pęknięcie dwa cale. Sine. Mrówek pełno. Temerarius in cutem infantis.

LADZIA
Ifantis…

DOKTORKA
Zamykać. Niedobrze…

MANIA
Co niedobrze? Kasiula…

DOKTORKA
Niedobrze, jak tak dalej pójdzie szyć trzeba.

MANIA
A ja tylko o Tomku trochę. Już nie będę.

DOKTORKA
To jeszcze gorzej. Jak się nie zaszyje to tylko kłopot będzie.

LADZIA
Może na razie w poślazie moczyć.

DOKTORKA
Można by. Ale to już niewiele da. Szyć trzeba.

MANIA
Będę moczyć.

DOKTORKA
Po szkole śniegu nabrać, zagotować, poślazem nasmarować i moczyć do wieczora. Choć cudów nie obiecuję. I żadnych sanek! Bo rozejść się może!

MANIA
A do Cyganów mogę?

LADZIA
Wykluczone!

DOKTORKA
W domu siedzieć, poślaz gotować i szlus!

LADZIA
Doktorka prawdę mówi. Słuchaj doktorki.

XVI.

 

MANIA
A figę. Tfu! Nigdy! Nie będę nic gotować i niczym smarować! Jeszcze czego! A do doktorki już w życiu! Choćbym kłaść się miała, nigdy! Już wolę po polu biegać, aż wiatr złe owieje, piachem ciepłym nacierać do krwi. Kurować się na pewno nie będę.
Kasiula ma rację. To ten feblik pewnie, jak ospa przejdzie. Nikt się nie dowie. Mądra ona, najmilsza moja, najmądrzejsza w klasie.Od Świętej Brygidki taka, dwa roki temu. Poszliśmy wtedy wszyscy ślizgać się na płozach do butów przytraczanych, albo na heblach w drewko wbitych, jak kto nie miał, albo na butkach, ale to już nie zabawa. Koło borodła lód pofalował, bo odwilż zawsze już na Świętą Brygidkę była, a potem jeszcze ścięło. Ścięło na trzcinach, na przewróconych olchach, na baziach i fale szkliste wybrzuszyło, więc można było jak z górki zjeżdżać. Nigdy już potem takiej zabawy nie bywało… Gdy się tak ślizgaliśmy wesoło i chyżo nagle Kasiulę wiatr ciepły podwiał, wzdął jej spódnicę jak żagiel i pociągnął w stronę, gdzie strumień na pola wypływa.
Krzyczeliśmy, wracaj Kasiula, tam cienko, skąpiesz się, płaszcz wełniany zamoczysz, będzie do wyrzucenia i ojciec cię razem z płaszczem wyrzucą! Ale Kasiula śmiała się tylko z nas i żeglowała, jak liść łopianowy puszczony po wodzie. Rzeka przyciąga jak magnes, we wsi wszyscy wiedzą, wartka jest i zimna, pofalowana jak skisłe mleko. I ją przyciągnęła za wzdętą spódnicę w miejsce, gdzie lód już cieniał i w krę się rozbijał. Krzyk się podniósł, aż wrony ze strachu poderwały się z trześni i nagle Kasiula chlup! Już w ciemnej spienionej mątwie. Tylko spódnica gotuje się jeszcze na powierzchni jak w gęstej zupie nać. Pobiegliśmy na brzeg tam, gdzie pałki. Co zrobić? Kasiuli nie ma. Co robić? A ona już jeździła po spodniej stronie jeziora, ryby jej w gęstych warkoczach, jak w sieci z drobnymi oczkami pływały. Widzieliśmy jej białą twarzyczkę z czarnymi od wody oczami, to tu to tam, bo mątwa ją gnała jak płatek białego mydła w balii. Kasiula, jak ty teraz na naszą stronę się wdrapiesz? Co? Jak się wdrapiesz? Chuchaliśmy w gładki lód jak w szybkę świętego obrazka, a ona jak madonna w złociutkiej aureoli z warkoczów i liliowych korzeni unosiła się w ciemni. Wtem oczy zamknęła, a z ust jej bąbelkiem modlitwa wyleciała. Potem już nic. Patrzyliśmy w tą naszą Najświętszą Panienkę, Świętą Brygidkę, suknia ciałko opływa, płaszczyk mąci się zwiewnie, włosy wokoło główki falują, rączka miękko do błogosławieństwa się wznosi. Kasiula oczy ma zamknięte, jak wniebowzięta. Paru chłopaczków zaraz się przeżegnało, jeden na lodzie uklęknął.
To było Kasiuli wniebowstąpienie.
Potem Kazik z Kolonii najechał wozem ze świeżą ścinką. Gruby badyl chwycił, lód rozłupał i Kasiulę z nieba wyciągnął.
Gdy wróciła po miesiącu choroby już wszystko, cokolwiek jest do wiedzenia, wiedziała.

XVII.

 

PLEBAN
Pochwalony.

OJCIEC
Pochwalony.

PLEBAN
Torcik spalony. Hihihi.

OJCIEC
Wielebny, jak zwykle w dobrym humorze.

PLEBAN
A w dobrym, zająca po drodze na płocie znalazłem.

MANIA
O nie…

PLEBAN
A tej co?

MANIA
Zając w te i we wte…

PLEBAN
Twardy, że można nim chleb ciąć. Bartkowa go uwędzi w dębinie.

BARTKOWA
Mogę.

PLEBAN
Zimno, brrr… Powietrze siekierą musiałem rżnąć. Aż tak.

MATKA
Zamarznięte wszystko, przejść się nie da. Mój tylko do obory drogę wyciął, bo zwierzę jeść musi.

PLEBAN
Ano. Naści dziewczynko, pogłaszcz futerko. Zająca widziałaś?

MANIA
Widziałam… Na polu… Jak śpiewał.

PLEBAN
Zając śpiewał, też ci.

MANIA
Bał się, że złe go weźmie to śpiewał.

PLEBAN
Coś chyba za cicho. Hihihi. Naści, pogłaszcz futerko, za miziaka może być twoje. Ojciec ci butki zrobi.

MANIA
No nie wiem.

PLEBAN
Butki piechotą nie chodzą. Zastanów się. Jak nie – to wezmę. Sam sobie ususzę. Na korzonki.

MANIA
To niech pleban weźmie, ja butki mam.

MATKA
Całe rozdeptane. Weź, jak pleban daje. Miziak i po sprawie. Butki nowe gotowe.

BABKA
Oj, nieużyta ta nasza. Nic nie chce. Niczym jej zadowolić nie można. Odkąd do szkół poszła, to jakby ją odmienili.

PLEBAN
A mówiłem, dobrze się zastanowić.

BABKA
Głowę jej zachabaziło, ledwośmy z Bartkową poucinały.

PLEBAN
No i tak się zdarza. A co tu się pysznego pitrasi? Czyżby rosół na raciczkach?

MATKA
A rosół, pleban zje z nami?

PLEBAN
Zjem. Ale najpierw modlitwa.

BABKA
Tak, tak…

PLEBAN
Colica miserere, combustions aqua calida, dolor pectoris, dolor capitis, dolor viscerum, ex defecti virium vitalum in sæcula sæculorum. Amen.

WSZYSCY
Amen.

OJCIEC
To smacznego.

PLEBAN
Smacznego, kolego.

OJCIEC
A Kulnik z księdzem po kolędzie w tym roku nie chodzi?

PLEBAN
Ano nie chodzi. Wczoraj Kulnik po mszy w zachrystii winko podpijał z kielicha i go wzium!

BABKA
Bój się Boga! To już i świętego miejsca nie uszanuje!

PLEBAN
No tak się rozpleniło, że i na święte już względu nie ma. Bieda.

OJCIEC
We wtorek palić będziem.

PLEBAN
No najwyższy czas. Mrozy zejdą to po okolicy swobodnie się rozniesie, a wtedy już i ogień nie pomoże. Chyba świat cały spalić.

BABKA
Tak jeszcze nie bywało… Straszne czasy.

PLEBAN
Straszne czasy, brak kiełbasy. Jóźwik skrzynkę naszykuje co?

OJCIEC
Drewno mam, to naszykuję.

MANIA
Na co skrzynka?

MATKA
Jak to na co, na Kasiulę przecież.

PLEBAN
Marchwi im trzeba czy rzodkwi?

OJCIEC
Mówią, że rzodkwi dla trzody. Mało w tym roku mieli, świnie głodne chodzą. Na ludzi się rzucają. Poprzegryzały powrózki.

PLEBAN
A no to rzodkwi mus.

MATKA
Obrodzi?

PLEBAN
Obrodzi, obrodzi, młoda, zdrowa, co ma nie obrodzić?

MANIA
Ale jak to tak… Nie rozumiem…

BABKA
Nie musisz rozumieć. Ważne, żeby starsi rozumieli.

MANIA
A jak Kasiula nie zechce?

MATKA
Co ma nie zechcieć, zechce, zechce.

MANIA
A jak?

PLEBAN
To mało dziewek mamy? Inną się oprawi. I po kłopocie. Dolej jeszcze Jóźwikowa. Pyszotka. Pyszotka dla kotka.

MATKA
Cieszę się, że smakuje.

PLEBAN
Scilicet! In sæcula sæculorum.

XVIII.

 

MANIA
Kasiulę oprawiać? Moją Kasiulę najmądrzejszą? Oprawiać i oprawioną po wsi obnosić na olszynowym wystruganym kiju? Czemu to? Dlaczego? Zasnąć znowu nie mogę, w pieleszach się obracam spocona. Kto teraz arytmetykę mi do głowy włoży? Kto z feblika wyleczy? Kto nożykiem popodcina co wystaje? Jak ja sobie bez niej poradzę? Pomyślał kto? Na święty Jan miałyśmy wianki z ruty puszczać w rzece. Kasiula mówiła, że popuszczamy, że ho! Kto teraz się ze mną popuszcza? Boję się… Strach mnie obleciał zimnym potem. Czuję się jak sowa pod dachem szopy uwięziona zeszłej jesieni. Hukała, hukała, szarpała się od krokwi do krokwi. We włosy się wplątywała, pazury na deskach łamała. Ze strachu. Aż ją znaleźliśmy o świcie w beczce deszczówki utopioną. Ojciec powiedział, że strach ją zabrał na tamtą stronę. A jak mnie też weźmie? Zaśpiewam. Aj tam na brzegu jeziora, tam gdzieśmy siali len wczora, tapla się czapla, brudzi się rudzik i bóbr wskakuje do wora! Śpiewaj, a złe odbieży. Śpiewaj, śpiewaj, aby przeżyć… Oj, Kasiulu… Moja Kasiulu…

KASIULA
Hop, hop.

MANIA
To ty?

KASIULA
Ja głupia. Otwieraj. Śnieg zacina ostry, jak żelazne opiłki. Buzię mi poharata. A ładnie się pomalowałam. Otwieraj szybko!

MANIA
Już kochana!

KASIULA
Brrr…

MANIA
Jak dobrze, że jesteś!

KASIULA
O wiedzę, że w dobrym humorze. Gotowa? Cyganie wołają!

XIX.

 

MANIA
Ani ucho nie widziało ani oko nie słyszało, jakie dziwy Cyganie przywieźli w tym roku! Oj, czego tam nie mieli! Dla wszystkich używanie! Klatki z poczwarami kolonialnymi, siostry dwie stopami zrośnięte, że w taczce jeździć musiały, ptaki co same w ogniu stawały i śpiewały pobożne pieśni najczystszą łaciną, flet co jak się w niego dmuchnęło, giździk wylatywał zielony i pluł na wszystkich uryną, napój zielony, co chłopy wlewały do gardeł i na głowach stawali, aniołki z krepiny i gluty-ciąguty we wszystkich smakach, długie na metry, a twarde jak podeszwa i cierpkie.
Dobrze, że mnie Kasiula wyciągnęła z okna. Bo bym tam do tej pory stała i żadnych z tych cudów nie widziała! Pyszna zabawa!
Moja Kasiula w słomianej sukience, w brukwi elegancko wymoczonej dla koloru, kręci się aż jej warkocze po ziemi zamiatają. A dookoła niej chłopaczki, daj Kasiula pomięsić, podnieś trochę słomianki, nie bądź zadra! A ona tylko się śmieje i śmieje.
Ale! Kto to tam z kąta popatruje? Się przygląda, lekko zmrużył oczy… Na mnie czy na Kasiulę on? Przeszłam w bok, na nią patrzy… na nią, jak wiruje! Tomek mój patrzy na jej słomiane wdzianko i pod. Pod też już zagląda! O Boże, co ja nieszczęśliwa tu robię. Na co mnie Kasiula z okna wyciągała, gdyby nie to to bym Tomka nie…
Nagle Tomek tutką przeżutą przed siebie spluwa, przydeptuje i podbiega do Kasi. Za ręce ją chwyta, wywija. Kręci i kręci aż nogi Kasiuli od ziemi odrywa i fruną razem, jak płatki śniegu w bezwietrznej nocy. Wznoszą się i opadają w cygańskim tangu. Już wszyscy głowy zadarli, nawet ten Cygan bez ucha, co w garnek walił i rytm wybijał już po kolanie uderza, bo urzeczony w górę patrzy i w garnek chybia. Wszyscy ooo krzyknęli i para z nich jak z czajnika na mróz poszła gęstym dymem. Gdy opadła już Kasiuli i mojego Tomka nigdzie nie było. Ino słomianka na ziemi podeptana leżała w błocie i śniegu ciemniejąc. Gdzie oni? Gdzie poszli? Kiedy ja sama… A tu już nowe frymałki, niedźwiedź w fartuszku wrzątek z samowara do filiżanek miśnieńskich nalewa, a kot w muszce esencję. Ludzie o Kasiuli dawno zapomnieli i rżą, bo kot ogonem filiżankę ze spodka niedźwiedziowi strącił za co ten mu użarł ucho. Oj, bal.
Podeszłam i chwyciłam zmiętą słomiankę, powąchałam, Kasią pachnie i czymś dusznym, słonym. Wytrzepać trzeba, z błota i śniegu, jeszcze tak nie było, żeby bez spódnicy… fuj. Wezmę. Oddam, jak wróci.

OSTĘPOWY
Wiśta ze wsi?

MANIA
Ano.

OSTĘPOWY
Sameju?

MANIA
Nie, moi… zaraz wrócą.

OSTĘPOWY
Oczki obetru, bo zamarzną od łez na mrozie i pękną.

MANIA
Sama obetru. Obetrę.

OSTĘPOWY
Mania Wiórczanka?

MANIA
Kiedyś…

OSTĘPOWY
A gdzie twoje wiótry tera?

MANIA
Ojciec nie dali i mnie nie widać na zabawie… Ciii…

OSTĘPOWY
Czemu?

MANIA
Bom chora.

OSTĘPOWY
Uuu…

MANIA
Ale ciii… Nie mów nikomu.

OSTĘPOWY
Wnajo, ni każu nikomu. Masz moje słowo. A co dolega?

MANIA
Mówić nie mogę…

OSTĘPOWY
Mnie mognu, ja Ostępowy.

MANIA
A co to?

OSTĘPOWY
Znam się. Wynijdam z kłopotów. Zaklinam ziełe.

MANIA
Och.

OSTĘPOWY
Cokolwiek – ja pomognu. Mów.

MANIA
Febilczek… Malutki… Ale nic to.

OSTĘPOWY
Ooo… A to najwinsza magja… Nie żarty.

MANIA
Mówiłeś, że we wszystkim pomożesz.

OSTĘPOWY
Pomognu, kraszko, pomognu ja tobie.

MANIA
I nagle Cygan Ostępowy przywarł do mnie, za kark mnie chwycił i usta do ust przycisnął.

OSTĘPOWY
Feblik – feblikiem się leczy…

MANIA
Wychrypiał i język we mnie cały wraził, pomiędzy zęby. Poderwało mnie w górę szybkim susem, aż butki w śnieg spadły i bose stópki w świetle płomieni piętkami świeciły. Oddech jego w moim brzuchu żarem buzował, ręka warkocz rozplatała, druga w szukała pod płaszczykiem, jak mysz ciepła we słomie i pocierała w górę i w dół. Nagle od tego pocierania, od oddechu, jakby ognisko we mnie zapłonęło. Palę się, chciałam krzyknąć, gaście, gaście ludzie dobrzy! Ale nie mogłam, bo Cygan oddech mój teraz już ze mnie wysysał łyk po łyku, jak sok z kwaśnego jabłka. I chłeptał aż miło. W oczach mi pociemniało, gwiazdy wszystkie na rzęsy spadły i zamknęłam z ulgą ciężkie powieki. Spalona do cna, do popiołu.

KASIULA
Co ci? Mania? Co ci?

MANIA
Kasia nade mną stała, Tomek krok za nią, tutkę żuł i spluwał.

MANIA
Nic. Nie wiem co.

KASIULA
Wstawaj, oddawaj słomiankę. Co ją tak do piersi przyciskasz.

MANIA
Ona już spalona.

KASIULA
Nie spalona głupia tylko w błocie utytłana. Oddaj.

MANIA
Masz, dla ciebie przecież wzięłam…

KASIULA
A nie czasem dla siebie? Idziemy, Stary na nas czeka.

MANIA
Gdzie, Kasiulu?

KASIULA
Do Zamku, przecież. Obudź się. Masz ci, zamiast bawić się zasnęła. Oj głupia, długa i głupia.

MANIA
Tomek się zaśmiał, aż mu tutka spomiędzy zębów wypadła, a ona mówiąc to nagle Tomka za rękę chwyciła i pobiegła przez tłum. Wstałam choć wcale niezdatna do wstawania. W głowie piach chrzęścił pomiędzy myślami. Usta piekły, język piołunem gorzko smakował. Otrzepałam płaszczyk, popiół mi na rękach został. Mufka co na troczkach wisiała – spopielona, rozpadła się w pył na biały śnieg. Czy ręce całe? Ciemne, ale całe. A buciki? Noski usmalone, nogi czerwone, wzuwać ciężko. Feblik – feblikiem. Zachrzęściła myśl w głowie. Feblik – feblikem. Gorzko. Poszłam, poszłam za Kasią, a za mną tuman popiołu.

XX.

 

WONULISS
Widuni kółbietki wiejcarskie przyżyli. Dobru, dobru.

KASIULA
A przyszłyśmy, jak tak wołaliście w tubę.

MANIA
Kasiula śmieje się zalotnie czerwona, Stary Cygan okiem mruga.

WONULISS
Juzi, wołuni, wołuni. Piknoje una. Kiewy nazywa?

KASIULA
Kasiula jestem, Kasiula wołają.

WONULISS
Piknoje menu.

KASIULA
Dziękuję, panu…

WONULISS
Wonuliss.

KASIULA
Dziękuję panu Wonulissie, bardzo pan miły.

WONULISS
I una najsa, najsa. Dobru. Kiewy cuś trebu, wołuni. Efto po pięć grosi. Tanio. Pięć grosi jenu.

KASIULA
Naści pięć groszy, panie Wonuliss. My tu do Zamku przyszliśmy. Chcemy wiedzieć, co będzie.

WONULISS
Odwagnija una. Castrum Verum – prawdy serum. Strach.

KASIULA
Nie strach tylko wrota otwierajcie, bom już bardzo ciekawa. Ciekawiśmy, nie?

TOMEK
Ano.

MANIA
A ja? A ja? Czy ktoś o mnie pamięta? Stoję, butkami podtupuję na mrozie. Czarne ręce pocieram aż sadza leci. Tomek już Kasiulę wedle biodra obejmuje. Fuj.

WONULISS
Czego się tamej dowicie
Nikta zdradzić ni możycie
Pieczęć na was krwiją kładę
Śmrcią bedu karał zdradę!

MANIA
Oj, Kasiula. Nie podoba mi się ten czar. Czy tam kto już chodził przed tobą? Czy ten Zamek ktoś otwierał? Czy prawdy, tak, jak ty chciał się dowiadywać? Ja nie słyszałam. Ten Zamek dla picu co roku przywożą. Ale nikt tam przecież nie wchodzi. Dla strachu przywożą. Prawdę tam trzymają, ale przecież jej nikt we wsi nieciekawy. Tu dla raków i poczwar w klatkach przychodzą, dla tańców i ziół, co otumaniają, dla cygańskiego tanga, a nie na Zamku zwiedzanie. Oj, Kasiula. Nie idź! Jeszcze poturbanim przy fujarce jaki inni, nawet wypić ten kwas możemy, co tylko dorosłym leją. Napiję się z tobą, tylko nie idź. Nic tam wartego oglądania nie ma!
Tak krzyczałam do Kasiuli, ale mnie nikt nie słyszał, bo nie spostrzegłam się, że chwila po chwili wiatr mi kawałki rozwiewał. Spojrzałam w dół już butki w proszku, rajstopek białych nie widzę, ręce przed siebie wyciągam, gdzie ręce? Przez nie na ślady w śniegu wydeptane patrzę, rączek ani śladu. Dotykam twarzy, ręka przez zimną pustkę przechodzi, jak przez strumień wody. Nie ma mnie. Popiół z resztką żaru, co oddechem w serduszku skwierczał, wiatr po cygańskim obozie rozwiał.
W koło zgiełk i śmiechy spod żeber chłopów dudniące. Wywijają kubrakami lisimi aż się kurzy, tańczą, dziewki przyciskają do pasa, kwas piją. Młodsi ryjowiczki obrane na patykach smażą. Zabawa dopiero się rozkręca, jak babciny kołowrotek. Nikt oprócz mnie nie widzi, jak Stary Cygan Wonuliss Kasiulę kropelką krwi w czoło naznacza i drzwi Zamku przed nią żelazne otwiera. A tam ciemność.

XXI.

 

DOKTORKA
Szlus. Nic tu nie pomożemy.

MATKA
Ależ pani… Mąż naszykował gnatków, a i skórkę możemy dorzucić… Namiocik sobie doktorka w ogródku postawi…

LADZIA
Skórkę. Ano bym… za pozwoleniem…

DOKTORKA
Ladzia.

LADZIA
Nie to nie… Ale namiocik…

DOKTORKA
Na darmo jechałyśmy. Corpus evanescens. Febris nervosa. Już za późno.

MATKA
Co my teraz.

DOKTORKA
Jej to już nic. Ale babka wam się topi.

BABKA
Eee.

MATKA
I tak na wiosnę idzie.

DOKTORKA
No jak chcecie, smaru z bobra mogę dać.

MATKA
Ale Mani.

DOKTORKA
Mani to już nie pomożemy.

MATKA
Mania. Co też ty…

MANIA
Mamo. Przecież ja zdrowa całkiem. Już nic nie swędzi.

DOKTORKA
Jak ma swędzieć, jak już nie ma co swędzieć.

LADZIA
Tylko rajstopki zostały.

DOKTORKA
I sweterek.

LADZIA
Ano.

MATKA
Czy kuracyję jakąś, gnatków nie pożałujemy. Dopiero krasulę ubił. Damy co trzeba.

DOKTORKA
Gnatki mogę wziąć. Ale nic tu nie pomogę. Nie ma ciała – nie ma choroby.

LADZIA
Ale może tak i lepiej? Co?

BABKA
Zdrowa już zawsze będzie.

LADZIA
Ciuszków nowych nie trzeba.

MANIA
Jak to. Ja przecież jestem. Tu jestem.

LADZIA
Jest. A jakby nie było.

MANIA
Babciu.

BABKA
Ja tam zmiany żadnej nie widzę. Mania, jak Mania. Może trochę bledsza.

MATKA
Jaka bledsza, mamo. Przeźroczysta całkiem!

OJCIEC
Kurz a wiater!

LADZIA
Babka se okulary przetrze. Nie ma!

MANIA
Głodna jestem…

MATKA
Siadaj, Mania, bułkę masz.

OJCIEC
A może już nie trzeba?

MATKA
Co nie trzeba?

OJCIEC
No tych bułek, jak jej nie ma. To po co ma jeść.

MATKA
Ano nie musi.

DOKTORKA
I na bułkach zaoszczędzicie. I szlus! Trzeba patrzeć z dobrej strony. Nie, Ladzia?

LADZIA
Zawsze to oszczędność, dobrze Doktorka mówi.

MATKA
Bój się Boga, sam sweterek z dziewczyny został.

BABKA
Ale jaki łapczywy! Już drugą bułkę je!

OJCIEC
Zostaw, na co ci! Nie ma córki – nie ma bułki. Zjedz obierki.

MANIA
Niech mi mama chociaż obgotuje.

MATKA
Mogę, tylko drewna dołożę, bo za chwilę mama całka się roztopi.

BABKA
Ja dołożę, tyle jeszcze umiem. Ech…

PLEBAN
Pochwalony!

OJCIEC
Pochwalony!

PLEBAN
Kij zmielony!

OJCIEC
Wielebny, jak zwykle w dobrym humorze.

PLEBAN
A nie. Tym razem nie.

OJCIEC
A co się?

PLEBAN
Odczynianie szlag trafił!

MATKA
Co też!

PLEBAN
Ano! Ale bażancinę znalazłem, kole miedzy. Bartkowa mi oporządzi i wypcha. Będzie do grobu pańskiego na stroik.

BARTKOWA
A mogę wypchać.

MATKA
A złego ogniem odczynianie?

PLEBAN
Nie będzie.

MATKA
A jak mojego w końcu wzium?

BARTKOWA
Nikogo nie omija. Niedługo chłopów we wsi zabraknie i kto będzie wtedy skiby przesiewał? Gontry obraszał na wiosnę? Co?

OJCIEC
Co się stało?

PLEBAN
No Kasiuli nie ma nigdzie.

OJCIEC
Jak to?

PLEBAN
Z Cyganami zwiała.

MANIA
Hahaha.

MATKA
A ty co się śmiejesz, głupia.

OJCIEC
Kasiula z Cyganami?

PLEBAN
Ano! Ponoć Zamek wczoraj od środka oglądała.

MATKA
Bój się boga!

PLEBAN
A tak!

OJCIEC
A to pieron jasny… Chabździa jedna, fuk jej mać!

MATKA
Cicho, boga nie obrażaj.

PLEBAN
Wybaczone. Kotlety mielone.

BABKA
Do samego środka Zamku chodziła. Przecież to nie wypada…

MATKA
Jak ona mogła. A taką grzeczną udawała…

OJCIEC
Maskowała się a w środku zgniła, jak śliwa. Patrz jak te dziewki dobrze się umieją maskować.

PLEBAN
W nocy z Zamku z wrzaskiem piekielnym uciekła i tyle ją widzieli! Z rana już po Cyganach ani śladu. Śnieg polanę zawiał.

MANIA
To nic nie zostało…

PLEBAN
Nic. Ani piędzi z Kasiuli Jurczanki nie ma. Kołek już nastrugany, bibułę Kaźmira w girlandy upletła, sikorki nawieszane na Huczny Baldachim a dziewki do odczyniania nie ma. Koniec, pierdnął zaskroniec.

OJCIEC
Pleban żarty…

PLEBAN
To nie żarty, ja z rozpaczy.

OJCIEC
A jak tak, to tak…

PLEBAN
A wasza gdzie? Miziak mi się zaległy należy…

MATKA
A no tam przecież siedzi pod świętą Akremisą. W imię ojca i syna.

PLEBAN
Amen. Nic nie widzę.

MATKA
A bo ona niewidzialna.

PLEBAN
Co? Powariowaliście już z kretesem?

MATKA
Taka już z rana przyszła. Co zrobić.

OJCIEC
Doktorka mówi, że nie ma na to lekarstwa. Że taka już będzie.

DOKTORKA
Corpus evanescens. Febris nervosa.

PLEBAN
Aaa… Kaputem totalem. Subito lacrimosa…

DOKTORKA
Bene. Księże plebanie.

PLEBAN
Ot, i świat nam na krawędzi stanął. Z wiosną złe się rozpleni bez przeszkód.

BABKA
Oj, oj…

PLEBAN
Chyba że… Pomysł mnie napadł!

MATKA
Co?

PLEBAN
Chyba że waszą!

MATKA
Co naszą…

PLEBAN
No waszą. I tak już niezdatna. Nic z niej nie ma.

OJCIEC
No nie ma.

MANIA
Jestem.

OJCIEC
Ale jakby nie było.

MANIA
Ale jestem.

PLEBAN
Może waszą na odczynianie weźmiecie!

OJCIEC
W sumie…

PLEBAN
Ciała nie ma to i jej ogień nie zaboli, a ze sweterka dużo dymu w niebo pójdzie!

MATKA
Ale czy to nie oszukaństwo?

PLEBAN
A gdzie tam! Jest dziewka – jest?

MANIA
Jestem.

PLEBAN
No jest dziewka – jest odczynianie!

BABKA
Tośmy uratowani!

PLEBAN
A to może bażancinę Bartkowa jednak ugotuje. A do grobu pańskiego jeszcze cosik się po drodze znajdzie. Zgłodniałem od tego myślunku.

OJCIEC
Dzięki ci plebanie, co uczona głowa to jednak…

MATKA
Zaraz wrzątek nastawiam.

BABKA
Amen!

XXII.

 

MANIA
Już i chodzić nie muszę. To znaczy, jak chcę to idę. Ale nie muszę. Z butków nóżki wyzuwam i lecę leciutko nad podłogą. Miłe to. Nic mnie nie swędzi. Feblik minął jak ręką odjął. Dobrze Cygan mówił. Feblik – feblikiem. Słuszną kuracyję zadał. Już nic a nic nie czuję. Tylko fruu! I tam i tu. Po schodkach na górę lekko jak nigdy… Hopsa!
Ale jakoś coś cni się. Jakoś nieswojo… Nic to.
Ubrać kazali wszystkie moje szmatki. Sukieneczki letnie, skarpety wełniane, płaszczyk niedzielny i kapelutek. Żeby dymu dużo. Phi, też ci. Że ja się mam dla nich dymić. Już mi obrzydło to ciągłe słuchanie. Mania to, Mania tamto. I jakoś tak czuję, że w końcu nie muszę. Okienko otworzę niech popatrzę na wioseczkę. Wiosną już zalatuje… Obornikiem i mokrą ziemią. Kra się na rzece topi. O, Wasilik krowę na pole prowadzi! Hahaha. Chyba w stronę rzeki, napoić. A tam Pleban Huczny Baldachim niesie z Kaźmirą, oj sikor pełno, skrzydełka konstrukcję z patyczków unoszą, łapcie, bo wam zaraz odleci, niezdary! O wóz za nimi zza drzew się wyłania, wóz sianem wypchany po brzegi. Tomek batem konie pogania, wioś, wioś Karuchy! Wioś! A co to na nim? Kołek olszynowy strugany? Na Kasiulę? Nie… Kasiula z Cyganami zwiała. Mądra ona, moja najmilsza. Pięknie wczoraj w tańcu wyglądała… Moja… Ściska mnie jednak w środku. Co to. Chyba tęsknota węzełek uplotła we mnie. Gniecie. Ze środka wilgoć się wydostaje i oczki moczy.
Słońce przednówka się w kroplach mieni. Jak pięknie… Choć tęskno czemuś…

KASIULA
Mańka! Co tak w oknie wystajesz? Wiatr wąchasz.

MANIA
To ty? Kasiula jak żywa?

KASIULA
No a kto by!

MANIA
Kasiula!

KASIULA
Głupia, już mnie nie poznajesz?

MANIA
Poznaję, poznaję. Tylko cię jeszcze na trześni nigdy nie widziałam. Co ty tam robisz? Przecież po całej wiosce cię szukają. Na złego ogniem odczynianie.

KASIULA
A bdźiu im w nosy!

MANIA
Co ty, Kasiu!

KASIULA
A bdźiu im wszystkim mać! Wyskakuj!

MANIA
Co ty Kasiulu! Spadnę. Ojciec drabinę wzięli ze złości.

KASIULA
Nie spadniesz. Hops!

MANIA
Naprawdę?

KASIULA
Naprawdę.

MANIA
Patrzę w dół, ziemia daleko, małe kury biegają to tu, to tam, machają skrzydłami. Na co im skrzydła skoro nie mogą latać? Bóg je oszukał obietnicą lotu… Ja już tylko w Kasię wierzę.

KASIULA
No chodź, chodź!

MANIA
Przez okno ostrożnie wysuwam jedną nóżkę, potem drugą. Bucik w pośpiechu wiązany spadł w dół, w błoto. Czy ja aby nie spadnę? Macam stopą zimne powietrze, głowę daleko wyciągam przed siebie, wiatr owiewa mi skronie, unosi niespokojne włosy. Patrzę na Kasię, zaciskam wargi i puszczam się, hops!
Nie! Nie spadam wcale! Lecę, Kasiu! Lecę jak śniegowy płatek lekka! Nic mnie nie boli i lecę! Kury, choć machają skrzydłami – zostają na ziemi, a ja lecę!
Kasiula śmieje się z daleka, jakby mówiła oj głupia, głupia, przecież wystarczyło puścić się z okna i lecieć. Z trześni wolno się unosi, światło uwiło gniazdo w jej włosach i głowę jej okręgiem ciepła otula. Idę do ciebie, Kasiu. Już, już, tylko powietrze ostre rękami muszę rozgarnąć jak wodę…

MANIA
Kasiulu! Kasiulu kochana!

KASIULA
Co?

MANIA
Ten feblik… To ja do ciebie miałam…

KASIULA
Wiem, głupia, wiem. Od początku wiedziałam. Chodź!

MANIA
A co z ojcami? A co z wioską?

KASIULA
A niech ich wszystkich złe pochłonie.

KONIEC

Autorka za tekst „Feblik” została laureatką pierwszej edycji Nagrody Dramaturgicznej im. Tadeusza Różewicza. Organizatorem konkursu jest Teatr Miejski w Gliwicach, a nagroda ustanowiona została przez Adama Neumanna, prezydenta Gliwic. Konkurs ma na celu wsparcie twórców piszących dla teatru oraz promocję najbardziej wartościowych zjawisk zachodzących we współczesnej dramaturgii polskiej. Wyboru najlepszego tekstu pierwszej edycji dokonała Kapituła w składzie: Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Zyta Rudzka, Beniamin Bukowski, Roman Pawłowski, Paweł Szkotak. W finale znalazły się także sztuki „Mama ma szorstkie ręce” Jolanty Fainstein oraz „XYZ” Krzysztofa Szekalskiego. Wyłoniono je spośród 131 nadesłanych dramatów. Nagrodę Specjalną Przewodniczącego Rady Programowej otrzymał Piotr Rowicki za sztukę „Freak”. Werdykt ogłoszony został 13 listopada 2022 w Teatrze Miejskim w Gliwicach.

Jeszcze więcej treści!

NIE PRZEGAP ŻADNEGO NUMERU

Cena: / rok