Dramaty

MROWISKO: Z ŻYCIA DOBREJ SŁUŻĄCEJ

| 79 minut czytania | 2110 odsłon

Od Autorki:

W  XIX  wieku  służba  domowa  stanowiła  jedną  z  najliczniejszych  grup zawodowych.  Co  ósma mieszkająca w mieście kobieta zatrudniona była przez zamożniejsze rodziny i pracowała dla zapewnienia im wygody od świtu do nocy. Jedną trzecią zatrudnionych kobiet stanowiły służące, często nie wykształcone, nie piśmienne, uciekające z przeludnionych wsi, gdzie nie było dla nich miejsca w wielodzietnych rodzinach. Zdesperowane, wystraszone perspektywą powrotu na wieś z zaciśniętymi zębami znosiły swój pełen wszelkich nadużyć los: poniżanie, pracę ponad siły, molestowanie, gwałty, bicie. Najgorszą rzeczą jaką mogła spotkać służącą była przypadkowa ciąża, w której konsekwencji służąca albo porzucała dziecko, albo kończyła razem z nim na ulicy. Po tysiącach takich historii nie został żaden pamiętnik, żaden wywiad, żadne świadectwo. Nazwiska służących trafiały do prasy tylko poprzez obecność w kronikach policyjnych, gdzie na marginesach opisywano, że taka i taka porzuciła dziecko, udusiła, utopiła w dole kloacznym i tym podobne. Z takich odpadków kronik policyjnych, zapisów skarg, plotek, marginesów literatury odtwarzam losy jednej z nich. 

„Sługa wniosła w nasz dom wraz z kufrem swoje sprawy, a więc robactwo, ból zębów, ziewanie, obieranie palca, wielkie płacze, wielkie śmiechy, wielkie pranie – zaczęło się to rozłazić po domu, a żona coraz bardziej zaciskała usta, pozostawiając tylko maleńką szpareczkę. Naturalnie zaczęło się zaraz nauczanie sługi – na stronie obserwowałem spod oka, jak proces ten przybiera coraz okrutniejsze formy, przeobrażając się powoli w jakieś karczowanie”.

Witold Gombrowicz, Na kuchennych schodach

Jolanta Janiczak

Mrowisko: z życia dobrej służącej 

Jolanta Janiczak


Osoby:

WIELMOŻNY PAN
WIELMOZNA PANI
PANIENKA ANULKA
PANICZ LUDWICZEK
KUCHARKA WOJCIECHOWA
ŚLEDCZY
ZOFIA STEFENIAK SPOD KURNIKA

ŚLEDCZY (lub głosy kobiet): 
Służąca Teodora W. z ul. Św. Marcina 12 w nocy z siedemnastego na osiemnastego maja bieżącego roku powiła dziecię płci męskiej, które zadusiła pończochą, następnie zakopała w piwnicy.

Służąca Marianna G., katoliczka, lat dwadzieścia pięć licząca, w nocy z piątego na szóstego czerwca 1934 utopiła w stawie niemowlę płci żeńskiej, przywiązawszy je pierwej drutem do dużego płaskiego kamienia.

Pierwszego stycznia roku 1935 roku w korytarzu kamienicy numer 56 przy ulicy Miłej znaleziono nieżywe dziecię płci męskiej, z ust niemowlęcia wyciągnięto szmatę nasączoną wywarem z maku. Szybko wykryto, że sprawczynią czynu jest Katarzyna P. pracująca w charakterze służącej do wszystkiego u państwa H. zajmujących lokal przy ulicy Słonecznej siedemnaście. 

Trzeciego stycznia 1935 roku na schodach kościoła św. Tomasza znaleziono zamarznięte niemowlę płci męskiej, owinięte jedynie w papier, na którym widniała pieczątka sklepu mięsnego „Swojski wyrób”.

Służąca Hanna S. zatrudniona u rodziny L. zamieszkałej przy ulicy Leśnej 39 wrzuciła niemowlę płci męskiej do dołu kloacznego przy tej samej ulicy. Mimo szybkiej reakcji przypadkowego przechodnia dziecka nie udało się odratować. 

W styczniu bieżącego roku służąca Halina L., chwilowo nie zatrudniona, porzuciła niemowlę płci męskiej na cmentarzu na mogile swojego kochanka ekonoma. Nieżywe dziecię znalazła żona zmarłego, zamieszkała przy ulicy księcia Józefa siedemnaście. Sprawczynię ujęto jeszcze tego samego dnia. 

Genowefa K., pracująca w charakterze praczki dochodzącej porzuciła obwiązane sznurówką od gorsetu niemowlę płci męskiej w przydrożnej kapliczce tuż pod figurą Maryi z dzieciątkiem. 

Tego samego roku znaleziono na torach kolejowych za miastem dziecię płci męskiej owinięte w jedynie w okrycie wierzchnie, charakterystyczną dla służących chustę zimową. Sprawczyni nie udało się dotąd ująć. 

Służąca Anna S. w komórce na węgiel poczekała, aż wyjdzie z niej łożysko i tym łożyskiem udusił niemowlę płci męskiej. Nie podwiązała nawet pępowiny, bo chciała żeby się wykrwawiło. Zakrwawione zwłoki znalazł stróż kamienicy przy ulicy Chrobrego dwa. 

W sierpniu 1935 roku w lesie w okolicach Kurników chłopi pracujący przy wycince drzewa dokonali makabrycznego odkrycia, na polanie na ogromnym mrowisku  leżały nagie zwłoki niemowlęcia płci żeńskiej, w ogromnej części ponadgryzane przez mrówki i inne owady. Widok tak poraził jednego z drwali że przez siedem miesięcy nie był w stanie zbliżyć się do lasu. Wieśniacy bali się, że to może być dzieciątko antychrysta, nie zgodzili się na pochówek u siebie w Kurnikach. Dopiero po roku od tego odkrycia, udało się wpaść na trop podejrzanej, którą okazała się obecna tu Zofia Stefaniak, w prasie zwana „diabłem spod Kurnika”.

ZOFIA:
Cały czas się boję. Taki już mam charakter, od dziecka: spuszczę głowę i na wszystko się zgodzę. Chciałam tylko wyjść za mąż zanim stawy i kości odmówią posłuszeństwa, zanim się kolana rozpadną od tej ciągle nie dość błyszczącej podłogi. Znalazł się taki, nie byle kto, którego nic nie powstrzymało od skonsumowania ze mną swojej desperacji. Od samego początku katastrofa rosła niezauważalnie dla nikogo jak paznokieć, żeby potem nagle nadać się tylko do obcięcia. Jednak zanim znalazłam się w lesie na polanie z koszykiem na jajka, miałam książeczkę służbową, czterdzieści jeden stron liczącą, dobre referencje. Jako służąca byłam gotowa zrobić wszystko to, co ta profesja za sobą niesie i pociąga. Nikt mi nie pokazał gdzie się zatrzymać, którędy wyskoczyć, zresztą okna w domu państwa zakratowane na wypadek. Bo wcześniej się już zdarzały śmiertelne upadki i wcale nie przy myciu okiennic od zewnętrznej strony.

ŚLEDCZY:
Zatrzymana Zofia Stefaniak zwana w książeczce służbowej Rózią, Marysią, Kasią, Pelosią od początku unika kontaktu wzrokowego, jakby zaczynała odzyskiwać wstyd lub namiastkę godności.  

ZOFIA:
Noce przesiadywałam na skraju łóżka, potem na parapecie, bałam się snu w nocy. W nocy się częściej umiera we śnie. W nocy każdy może wejść do kuchni. Zające też śpią nie zamykając oczu. 

ŚLEDCZY:
Wkrótce i tak musi wyjść na jaw dlaczego się zatrzymana sama po ulicy pałęta wieczorem, przyglądała się innym jakby czegoś chciała. 

ZOFIA:
Dorabiam sprzątaniem klatek schodowych.

ŚLEDCZY:
Nasłuchuję, wącha jakby czegoś szukała?

ZOFIA:
Dwanaście dni z rzędu w innym miejscu chowałam ten koszyk, najczęściej pod schodami, albo w kościele bo pusto i ciepło, dwunastego dnia koszyk sobie ktoś zabrał a zawartość na posadzce zimnej zostawił. Nie miałam drugiego koszyka. 

ŚLEDCZY: 
Takie jak ona nie zostawiają po sobie śladów, żadnych wgnieceń, plam, okruszków, pamiętników dla potomków, akty urodzenia nie były konieczne, akty zgonu nie przetrwały powodzi i zimy.

ZOFIA:
Rzeczy, które nie są w stanie przetrwać wilgoci i mrozu nie są warte istnienia.   

ŚLEDCZY:
Nikt się po nią i po jej zeznania nie zgłosi, nikt jej nie odbierze. 

ZOFIA:
Zanim poszłam do lasu z koszykiem na jajka, miałam swoją panią i swojego pana, których całowałam w rękę. Bo mamusi całować nie mogłam, już po czwartej klasie powiedziała musisz zarobić na swoją kaszę mannę na śniadanie, nawet raz chciała mną sianokosy spłacić, bo nie miała nic innego, ale sąsiad nie pożyczył sprzętu wdowie. 

ŚLEDCZY:
Bezużyteczność tragizmu, codzienność, każda to wiecznie otwarte okno, ta sama procedura, te same wnioski, żadnych perspektyw, żadnego zaskoczenia. ZOFIA:
Zanim poszłam do lasu liczyłam ile razy w nocy obraca się wielmożny pan, ile razy pani wstaje za potrzebą, liczyłam ile porcji płynów utraconych w nocy musi uzupełnić. Miałam policzone żabki do zasłon, deseczki parkietu, kafelki pieca, byłam pełna nadziei. W domu państwa była kucharka i odkurzacz.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
„U Państwa służyła,
W czystości chodziła,
Pracując z uśmiechem wesoła.
Śle zgodę dokoła,
Pogodna wesoła,
Jak słońce co ciepła udziela,
Modlitwie oddana
Czcząc Boga i Pana,
Pokornie chleb piecze, gotuje
Przez pracę czci Boga,
Bo wie, że ta droga
W przyszłości Jej Niebo gotuje.
Lecz pomnij dziecię,
Że pókiś na świecie,
Bóg modłów nie żąda dla Siebie,
Lecz żąda czystości,
W pracy wytrwałości,
Byś krzyż Twój nosiła z miłością,
Byś wiernie służyła,
I wzorem sług była,
Stan sługi znosiła z radością,
A kochaj bliźniego,
Miej litość dla niego,
A wesprze Cię Boska opieka, Nagroda nie minie,
W niebieskiej Krainie, Szczęśliwość Cię wieczna tam czeka”.

ŚLEDCZY:
Wydarzenia wymagają czynnego udziału wszystkich domowników, żeby zebrani sami mogli wyznaczyć karę lub znaleźć inne rozwiązania.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Zanim poszła do lasu z koszykiem było wiadro na węgiel, była studnia, było święcenie ziół na Matki Boskiej zielnej. 

WIELMOŻNA PANI: 
„Szeroka w ramionach, silna, męskiego wzrostu, i plecach rosłego mężczyzny”. Wyznania katolickiego. Oczy niebieskie, nos krzywy. Ze wsi Jedlina, ojciec nieżyjący, rodzeństwo liczne siedem sióstr i dwóch braci. Na oko dwadzieścia lat licząca. Wstawia się z polecenia, bez referencji dnia dwunastego stycznia roku 1929 o siedemnastej trzydzieści, żeby każdy z domowników mógł się do nowego inwentarza osobiście ustosunkować. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Przyszła ze swoim kuferkiem jakby już wiedziała, że zostanie przyjęta na stałe, w kuchni burakiem, który akurat na barszcz obierałam usta i lico sobie poza moimi plecami sczerwieniła po cichu. A dowód wenerycznego badania ma panienka ze sobą?

ZOSIA:
Uprzedzono mnie, żeby się z resztą służby nie spoufalać od razu. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA: 
Państwo zleciło mi sprawdzić czystość uszu, paznokci i bielizny panienki, wyczuć czy jamy ustnej nie wydziela się jaki przykry zapach, w ogóle mam panienkę wyczuć. 

ZOSIA:
Czysta, pracowita, obowiązkowa, nie latawica, obejdzie się bez odwiedzin, ostatnia kąpiel dwa tygodnie temu, regularnie co drugi dzień podmywana, wszy i innych pasożytów brak.

WIELMOŻNA PANI:
A skąd wiadomo, że brak? 

ZOSIA:
Nie swędzi nic, ani w głowie ani pod sukienką. 

WIELMOŻNY PAN:
Może i dom ze służbą to królestwo wyjęte spod prawa, jednak nie jednej Kasi, Marysi, Helci udaje się przemknąć za plecami osób istotniejszych z punktu widzenia rozwoju fabuły i nie jeden jej występek uchodzi na sucho. 

ŚLEDCZY:
Każdy z domowników w którymś momencie purpurowieje z innego powodu, jednych głowy ciągną ku dołowi a innych szybują ku niebu, jakby się chciały oderwać od ciała. 

WIELMOŻNA PANI:
Przy pierwszym wrażeniu nic nie wskazywało, zresztą czy można przewidzieć, która udusi, która utopi, która wrzuci do ustępu. 

ZOSIA:
Jestem tu cała do poleceń i do dyspozycji, nie zachowuje dla siebie nawet oddechu, jak można tu niewidzialnie przemycić jakąś tajemnicę. Jeśli opowieść nie ma tajemnicy, po co ją w ogóle opowiadać? 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Od pierwszej chwili wyczułam jednak, że panienka ma mało rozbudowaną osobowość o płytkiej uczuciowości i niskich potrzebach, że ten węgiel pozostanie węglem nawet jakby go latami szlifować. 

PANICZ LUDWICZEK:
A mi się wydaje taka autentyczna jak powieści Zoli, jak „Nędznicy”. 

PANIENKA ANULKA:
Co w rozporku dłubiesz świnio bezwstydna. 

PANICZ LUDWICZEK:
Czy umie panienka zapinać spinki w mankietach, szelki, nakładki na obuwie dopasować? 

ZOSIA:
Do tej pory miałam do czynienia tylko z brudną garderobą, pościelą, bielizną. 

PANIENKA ANULKA:
Kobieta zainteresowana taką świnią musiałby poważnie nienawidzić samej siebie. 

PANICZ LUDWICZEK:
Matka powiedziała, że każdy nas może egzekwować swoje wymagania i potrzeby.

WIELMOŻNA PANI: 
Czy panienka wyćwiczona w dźwiganiu ciężarów? 

ZOSIA:
Wiele zniosłam na wsi, i drewna i worków z owsem, sama za konia szłam jak nam Kasztanek nogę złamał, wiele  jeszcze znieść mogę i podnieść.

WIELMOŻNA PANI:
Ile klas ukończonych?

ZOSIA:
Cztery i pół, mamusia na więcej nie mogła pozwolić, zatem na wstępie przepraszam za błędy, których będzie sporo. 

WIELMOŻNA PANI:
Choroby przebyte? Rwa kulszowa? Zespół jelita? 

ZOSIA:
Potrafię się nagiąć, wyciągnąć, rozciągnąć, dostosować się do przestrzeni między piecem a oknami, stołem a kredensem. Mogę służyć za stolik kawowy, wieszak, taborecik. A pani może zaoszczędzić na dodatkowych usługach. 

WIELMOŻNA PANI: 
Widząc dziewczynę tak zdeterminowaną, do tego stan uzębienia dobry, co nader rzadkie wśród osób tej profesji, głowa naturalnie się sama pochyla przy rozmowie z nierównymi sobie, straciłam czujność kompletnie.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
A te tu nie idzie o zęby czy głowę, ale froterowanie, pranie, prasowanie, krochmalenie, dokonywanie drobnych napraw, noszenia wody i węgla, nakrywanie do stołu, sprzątanie, cerowanie, wynoszenie nieczystości, przynoszenie zakupów, żebym mogła spokojnie dogadzać państwu to nadziewanym drobiem to znów wielowarstwowym tortem ze śmietaną. A skąd u wieśniaczki taka kokarda?

ZOSIA:
Czy istnieje opowieść, która przyniosłaby ulgę?

WIELMOŻNA PANI:
Choć zaniepokoiły mnie jej niezapowiedziane, mimowolne ruchy, przy których dom zdawał się drżeć, za dużo życia w ciele, ciało nie wie co robić z takim życiem, przez chwilę zwątpiłam czy jestem w stanie nadać mu strukturę, wypełnić sensem i ładem. 

ŚLEDCZY:
Czy zastanawialiście się bodaj przez chwilę, że służba ma uzasadnione prawo śmiertelnie was nienawidzić? 

WIELMOŻNA PANI:
Drogie dziecko będziesz mogła rozpakować kuferek, tylko najpierw chciałabym zobaczyć czy masz doświadczenie z parkietem. 

PANIENKA ANULKA:
Parkiet od razu tak ją wciągnął w siebie, że nawet jak ją matka, ojciec prosili, nie przestawała, aż nie było na nim żadnej rysy. 

WIELMOŻNA PANI:
Wystarczy, widzę, że ma panienka niezbędne doświadczenie. 

ZOSIA:
Błagam niech mi pani wielmożna pozwoli jeszcze trzy minuty.

WIELMOŻNY PAN:
Powiedz jej żeby przestała, nie wypada tak się zatracać w czynnościach zwłaszcza w towarzystwie osób nie swojego stanu. 

ZOSIA:
Niechże mi wielmożna pani pozwoli dokończyć usługę, źle mi być bezczynną i bezużyteczną nawet przez minutę. 

PANICZ LUDWICZEK:
Każdy twój ruch szmatą przejmuję mnie niepokojem głębokim i mrocznym. 

PANIENKA ANULKA:
Nie mogę patrzeć na te pochyloną głowę, na te plecy. Chciałabym, żebyśmy byli dla niej etapem przejściowym, żeby czekały na nią marzenia, wyprawy dalekie. 

PANICZ LUDWICZEK:
Co bym dał, żeby się zamienić z tym parkietem. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Przestać, stop, dość.

PANICZ LUDWICZEK:
Żeby tak we mnie ktoś tyle energii, pasji włożył. 

ZOSIA:
Nie mogę wybić tych mrówek w szczelinach. 

WIELMOŻNA PANI:
Niech Wojciechowa poda jej co tam zostało z obiadu to pewnie z głodu, u nas nie będzie głodu. 

ZOSIA:
Tylko w kontakcie z podłogą lub z inną zabrudzoną powierzchnią przestaje pragnąć, żeby ktoś mnie choćby przypadkowo dotknął, poprawił czepek. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Nie reaguje na zupę ani na kompoty. W końcu wyrwałam jej szmatę i jej nią twarz spoconą otarłam i tak ją siłą posadziłam na krześle. 

PANICZ LUDWICZEK:
A jej serce tak bije wyraźnie, że zagłusza zegar, piecyk, nawet szczekanie psów pod oknem, że zaprasza, żeby w nie wejść, a nie tylko o nim opowiadać. 

WIELMOŻNA PANI:
Niewiarygodne w tym parkiecie można się przejrzeć bez cierpienia, pierwszy raz od lat podoba mi się to co widzę w odbiciu, po raz pierwszy nie chcę tego co widzę poprawić czy niszczyć. 

ZOSIA:
To kwestia wprawy. 

PANICZ LUDWICZEK:
To kwestia namiętności. 

ZOSIA:
Mam siły więcej niż wy wszyscy razem, ale cóż z tego kiedy nie wiem w co ją włożyć, nie wiem jak sobie samej rozkazać. 

PANICZ LUDWICZEK:
Dzieło dążące do istnienia przyzywa malarza, poetę, rzeźbiarza.  

WIELMOŻNY PAN:
Od razu zauważyłem, że ona się czegoś o nas domyśla, czegoś czego nawet sami nie możemy przeczuć. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Boję się, żeby przez nią ktoś z nas do grzechu i przestępstwa nie został pobudzony.

ZOSIA:
Ciało Zosi sprawczyni powinno zostać wywleczone od razu, sprawiedliwość powinna je dopaść brutalnie w swej ostateczności, wyrwać wszystkie włosy, wsypać w nią żar z pieca, wlać nieczystości z nocników, żeby się trzymała z daleka od pańskich zachcianek i lasu. 

ŚLEDCZY:
Niewątpliwie ból to najlepsze narzędzie narracyjne. 

WIELMOŻNY PAN: 
W naszym domu obchodziliśmy się z językiem i ze służbą delikatnie, nieco po przyjacielsku, mając jednak na uwadze, żeby nie poniżać przy tym godności własnej. 

ZOSIA:
Czasem czuję żal do matki, że nas tyle miała. 

WIELMOŻNY PAN:
Jednak próby spoufalania się nie będą tolerowane. 

PANIENKA ANULKA:
Dlaczego na takiej jak ona skupia się tyle agresji, pogardy ludzi stojących tylko szczebelek wyżej na tej gnijącej społecznej drabinie?

ŚLEDCZY:
Od czego zatem rozpoczął się szereg wypadków, które powoli pchnęły Zofię S. do zatracenia wstydu, ambicji, wiary w samą siebie, w Boga i w uczciwość ludzką? 

ZOSIA:
Ze mnie nie można zrobić dobrego uczynku dla ludzi, ze mnie się trzeba leczyć i spowiadać.  

ŚLEDCZY:
Ale był jakiś początek, jakiś zawód, jakieś bolesne rozczarowanie. 

PANIENKA ANULKA:
Na te wypadki, trzeba zrobić miejsce, musimy się przesunąć, rozpoznać się w terenie, rozpoznać intencje, zamiary. 

ŚLEDCZY:
Co się stało z poprzedniczką Zofii? 

WIELMOŻNA PANI:
Zniknęła nad ranem, nie wzięła nawet tobołka, możesz sobie Marysiu wybrać z jej tobołka co ci się spodoba. Mogę cię nazywać Marysią albo Marianką czy Franią? 

ZOSIA:
Wszystko pani wielmożna może. 

ŚLEDCZY:
To wnętrze zdaje się zaprojektowana do przechowywania sekretów, pamiątek nielegalnych zachowań, te liczne kryjówki, zakamarki, do których widać po trzech centymetrach kurzu rzadko, kto zagląda.

WIELMOŻNA PANI:
Cóż kurz się sam nie usunie, kawa się sama nie naleje, a pan zadaje się od początku czeka na filiżankę. 

PANIENKA ANULKA:
Gorset się sam nie rozepnie, kołtun panienki Anulki też się sam nie rozczesze, próbowałam.

WIELMOŻNY PAN: 
Kapelusz się sam nie odwiesi, kapcie się same nie założą, stopy się same nie rozmasują, skarpety też się same nie odświeżą. 

PANICZ LUDWICZEK:
No i lampka nocna się przecież sama do sypialni nie wniesie, leki mi się same nie podadzą a opatrunki same się nie zmienią.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Zakupy rano się też same nie przyniosą, a i węgiel się sam nie pojawi pod piecem.

ZOSIA:
Uczę się nowej choreografii, za miesiąc nie będę pamiętać, że można się było kiedyś poruszać inaczej. Państwa potrzeby wyznaczyły mi mapę, plan, pejzaż zarówno wewnętrzny jak i zewnętrzny. Zaczynam czuć fizyczny związek z tym wiadrem na węgiel, z tą szczotką do butów, z tym wieszakiem, z miednicą na pranie, najbliższe są mi schody, spod których mogę czasem dyskretnie podpatrzeć chwilkę cudzej prywatności. 

ŚLEDCZY:
Dla jednych fetysz, dla drugich syndrom, narzędzie, wyrzut sumienia, problem, a może zagadka.

PANICZ LUDWICZEK:
Zupełnie jakby wszystkie ekstrema nieustannie się w niej łączyły, jakby była ciągną kolizją. 

ZOSIA:
Czy stać mnie tylko na takie istnienie, jakie wymyślą mi wielmożni państwo? 

ŚLEDCZY:
Będziemy rozczytywać znaki, krzywo zrośnięte złamania, wybite barki, asymetrie, oparzenia palców, co chciały więcej niż inni sprawdzić.
Będziemy otwierać puszki pandory i wszelkie nieszczęścia witać z ciekawością.
Jakby były tylko wytęsknionym scenariuszem, który zrealizujemy i tak po swojemu. 

ZOSIA:
Jak się wydostanę z tego nędznego obrazu, skoro nie potrafię sama przedstawić swojej wersji własnej, swojej opowieści, skoro cały czas zajmuje mi walka, żeby jakoś przetrwać kolejne minuty, żeby przemknąć nad sobą samą po cichu, nikomu nie przeszkadzając pogrążyć się w praniu, w ziemniakach, w ciemnej piwnicy na węgiel. Moja głowa jak ciemna piwnica na węgiel, dól na odpady, brama kamienicy. Jak mam stać pierwszym planem pomiędzy ściąganiem butów, podawaniem kapci a czyszczeniem naczyń srebro-podobnych, bo w tym wnętrzu nie ma nic co nie byłoby podróbką. A jednak zawsze bardziej pociągały mnie falsyfikaty, może dlatego, że nie śmiałam marzyć o oryginałach. Panicz przychodzi już pierwszej nocy, niby tylko popatrzeć jak się podmywam, zresztą w zimnej wodzie, udam że go nie widzę, któż by chciał się narazić od razu, pierwszej nocy zwłaszcza, że trzy poprzednie na klatkach schodowych i dworcach przedrzemałam sama.

ŚLEDCZY:
Dlaczego panicz już pierwszego dnia zakłóca spokój służby?

PANICZ LUDWICZEK:
Bo mogę ulec instynktom od razu lub stawić im opór, oto jest pytanie? Jestem onanistą, nic nie pomaga, ani kościół, ani spowiedź, ani idea narodowa nie jest w stanie mnie podźwignąć. Brzydzę się sobą, może bardziej swoją teraz samotnością. Wszystko co piękne należy do kogoś innego, mogę próbować to wyrwać tylko siłą. I wyrywam a potem trzeba założyć kraty i milczeć w imieniu tych, co i tak nie mówią. Chciałbym być tą wodą, i tak się rozchlapać na niej, żeby mnie potem wytarła w brudny ręcznik, chciałbym być tą brudną bielizną, tym trzewikiem. 

ZOSIA:
Kiedy jestem pięknie widziana zaczynam stanowić dla siebie pierwsze zagrożenie. Czego mnie panicz straszy o tej porze?

PANICZ LUDWICZEK:
W poradniku nakazują zwracać uwagę na czystość bielizny służącej, kucharki nawet praczki dochodzącej. 

ZOSIA:
Nie dalej jak trzy dni temu prana. 

PANICZ LUDWICZEK:
Czy mogłaby mi Zofia nalać szklankę wody z tej z miednicy.

ZOSIA:
To brud i mydliny zaraz przez okno chlusnę.

PANICZ LUDWICZEK:
Twarz sobie tylko zamoczę nic więcej. 

ŚLEDCZY:
W kontraktach owszem widnieje możliwość inspekcji pokoju służby przez wielmożnych państwa bez uprzedzenia, ale w tym wypadku nie mamy ani pokoju ani odpowiedniego organu nadzoru, żeby taka sytuacja mogła mieć miejsce zgodne z umową lub tradycją.

ZOSIA: 
Nie chciałam za nic w świecie wracać do wsi. Z niewoli u matki do niewoli u męża i bydła. 

PANICZ LUDWICZEK:
Ja tak sobie czasem przyjdę popatrzeć nic więcej, nie powiem nikomu, Zosia to polubi, zobaczy Zosia, że za niedługo nie będzie się mogła przebrać bez czyjegoś wzroku, jeszcze będzie zasłony rozsuwać i czekać czy wrócił z kancelarii pan adwokat z okna naprzeciwko. Niech mnie Zosia opłucze wreszcie swoimi brudami, niech mi położy tu rękę na trzydzieści sekund, wystarczy, nic więcej.

ZOSIA:
Nie miałam wyboru, a może mi się to tylko zdaje, w kuchni zawsze najwięcej dwutlenku węgla od pieca, może to halucynacja, trzeba spać przy otwartym oknie, otwartej źrenicy. Trzeba być na jutro, na pojutrze gotową i czystą. Dziś jestem tylko brudnopisem. 

PANICZ LUDWICZEK:
Będę stał w progu z notatnikiem i szkicował jak służba śpi. 

WIELMOŻNA PANI:
Czemu stoisz w drzwiach zamiast odpoczywać, boli cię coś, coś cię niepokoi, dać ci brom albo luminal?

PANICZ LUDWICZEK: 
A potem namaluję jak wstaje z łóżka, jak je, jak opróżnia nasze naczynia nocne, jak szoruje, jak łata bieliznę. Nie widziałem w żadnym albumie malarskim takiej pracy. 

WIELMOŻNA PANI:
Mi też jej oddech nie daje zasnąć, zbyt żywy, zbyt zdrowy, łapczywy, jakby połykała powietrze, chcąc je zatrzymać na zapas. Takie jak ona cały czas planują co zrobić na zapas. 

PANICZ LUDWICZEK:
Na moim rysunku wciąga w siebie razem z powietrzem kurz i popiół z całego mieszkania, muchy z parapetu nawet ptaki co się rozbiły o szybę a może i mnie wciągnie. 

WIELMOŻNA PANI:
Pod względem higieny i dyskrecji pewniejsza od starszej, spójrz na stopy choć wielkie względnie nie zrogowaciałe, nie zniszczone jak na taką, co chodziła boso przez lata. 

PANICZ LUDWICZEK:
Na moim obrazie będzie miała zamiast stóp płetwy.

WIELMOŻNA PANI:
Kolana nie poobijane jak na tak długą wędrówkę, ramiona gładkie, pod paznokciem szkiełko jakieś. 

PANICZ LUDWICZEK:
Nie chcę widzieć więcej, łapie mnie skurcz, atak litości do siebie i wzgardy, nie mogę się skupić na obiekcie, ręka mi się trzęsie nawet z ołówkiem, nic mi się nie udaje. 

WIELMOŻNA PANI:
Nie bój się twardego snu wieśniaczki, pewnie całe życie w pełnej izbie spała, pewnie koło niej a może i na niej odbywała się niejedna wiejska uroczystość.

PANICZ LUDWICZEK:
Najchętniej zakleiłbym sobie te tłuste wargi, wbił igłę w język, kiedyś przynajmniej bywałem spragniony, gorący. 

WIELMOŻNA PANI:
Lekarz jest pewien, że syn ma przed sobą nie więcej niż rok góra dwa lata. Coraz słabiej chodzi, boi się wyjść na świeże powietrze, miał studiować, pięknie maluje pisze, a teraz rusza się z sypialni tylko jak stworzę jakiś powód, jak go podstępem zachęcę. Tak rzadko budzi się w nim choćby najmniejsza pasja, iskra, chłopiec wie, że nie będzie mu dane wyszumieć się w cukierniach, operach, w plenerach. Z taką Marysią czy Józią sama rachunki wyrównam za każdą godzinę, tam skąd przyszła nikt jej nic nie rekompensował. Umowę najpierw zawrzemy na kwartał a potem się zobaczy co dalej, jak się nam będzie razem współżyło.

ZOSIA:
Nie mam wyboru, każda oferta jest do przyjęcia, tak musi być, każda sytuacja do rozwinięcia, tak musi być, człowiek może całe lata udawać że śpi, aż w końcu nie będzie nic wiedział i nic pamiętał, nie mogę do wsi wracać, tam za dużo pamięci, tam się nie dało zasnąć, ani nic udawać.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
„Zacznijcie wargi nasze sławić Pannę Świętą zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą, przybądź mi miłościwa Pani ku pomocy a wyrwij z rąk nieprzyjaciół mocy”. To nie ja powinnam pierwsza być na nogach, czysta i ubrana, już po piątej dwadzieścia siedem. Nie ja powinnam czekać, aż się rozdzwonią dzwoneczki od pani wielmożnej i pana. Powinny czekać na mnie produkty na stole, i powinno być już dawno ciepło w izbie. Czy ja równa tobie żebyś przede mną w samej koszuli siedziała? 

ZOSIA:
Zniosę każde upokorzenie, uderzenie, potrącenie, potrafię przetrwać, ale czy to jest życie warte pokazania? 

ŚLEDCZY:
Też nie umiem szanować swojej opowieści, próbuje w cudzych aktach szukać utraconych części, prowadzę zawsze takie same sprawy, i zawsze sobie mówię, że ostatnia, a potem pierwszy wstawiam się przy zwłokach noworodka, ale nie przy każdej potrafię się tak jak tu zatrzymać. 

ZOSIA:
Co mi z tego szarpania, z tego przetrwania w końcu przyjdzie, jaka zapłata? Co tobie z tego całowania po rękach, proszenia się o wszystko, całowania za wszystko przyszło?

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Jakich ja się zagranicznych produktów przy gotowaniu napróbowałam, jakie mi pani wielmożna kolczyki na rocznicę daje, mam swoje miejsce przy stole, pokój i spokój na starość obiecany przez panią, na piśmie gwarantowany. 

ZOSIA:
Ochłapy za sumienne, obchodzenie się z dobrem państwa, a gdzie twoje własne dobro? 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Pilnuj swojego cierpienia, pielęgnuj, podlewaj, nie próbuj obracać w palcach i wygładzać. Nie próbuj z nim walczyć, ani chcieć wygrywać. Święte będą kobiety, których cierpienie zostanie uznane za godne, których opór skuteczny, że zrobi z nich męczennice, którym udało się uszlachetnić przez ciosy i rany, które z ran robiły korony i wieńce.

ZOSIA:
Pokaż mi te korony twoje, które przez dwadzieścia lat posługi uzbierałaś? 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Współpraca z istotami tak nieokrzesanymi, prymitywnymi, choć mam nadzieję podatnymi chociaż na niewerbalne komunikaty, wymaga nie lada siły woli, opanowania, cierpliwości, samodyscypliny. Człowiek się cały czas powstrzymuje a potem go pobolewa to w biodrze to w karku, to w krzyżu. 

ZOSIA:
Choćby nie wiem co z moimi członkami fizycznie robili, nie dam się do takiego jak ty niewolniczego życia wewnętrznego sprowadzić. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Kosiarka, pralka, odkurzacz wydaje dźwięk, kiedy pracuje, na szczęście taką do wszystkiego już po paru dniach się przestawia na program cichy, sama się przestawia. 

ZOSIA:
Rozkaż mi teraz, co ci się podoba, mam pranie cały dzień robić będę, mam nosić węgiel na cały tydzień proszę bardzo, mam szorować nocniki i wiadra jak najbardziej. 

ŚLEDCZY:
Czy w służbówce starszej Wojciechowej też się odbywają niezapowiedziane inspekcje? 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Są kobiety, na które nie śmie się w ten sposób patrzeć, którym nie śmie się przerywać pacierza.

ŚLEDCZY:
A czy Zofia ma coś swojego w czym nikt się nie waży przeszkodzić?

PANIENKA ANULKA:
Powinnyście nas obie okraść i uciekać szybko, póki macie sprawne nogi, nic was dobrego tu, z takimi jak my nie może spotkać. Ja bym na waszym miejscu zatrudniała się w różnych miastach i okradała co okazalsze domostwa, dworki, kamienice. Jak inaczej jakąś sprawiedliwość zaprowadzić, jak choćby odrobinę niezależnej godności zachować może osoba na waszej pozycji, z waszą perspektywą. Jak ma przestać być tak upokorzona jak tylko Ewangelia mogła wymyślić? Albo jak ma nie skończyć jako niezależna jednoosobowa działalność uliczna uwieńczona na koniec zawsze syfilisem? Jak uniknąć przytulisk czy poniżających brzemiennych powrotów do czegoś co z nawyku nazywacie domem? 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Jak panience z ust mogą wychodzić frazy nawet służby niegodne przecież.

PANIENKA ANULKA:
Jeśli się nie przychylacie do mojej propozycji, to do roboty szybko, stara ojcu guziki pozapinać a ty Ludwiczkowi przykleić plaster przeciwbólowy i co tam będzie sobie życzył więcej. A potem do kąpieli obie w tej samej wodzie. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA: 
Przecież ja tylko w wodzie po panience. 

PANIENKA ANULKA:
Zabrałam ojcu klucz do sejfu, daję wam ostatnią możliwość stania się wolnym, myślącym, samodzielnym człowiekiem. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Nie wstyd panience tak się uzewnętrzniać emocjonalnie w obecności służby w dodatku świeżo nabytej. 

PANIENKA ANULKA:
Ty już pewnie nigdy nie zrzucisz skóry niewolnika, ale młoda ma jeszcze szansę nie utknąć w roli sprzętu domowego.

ZOSIA:
Nie ma gdzie uciekać, nie mogę wrócić, we wsi za wszystko biją i to nie tylko kijem ale czym popadnie, służba z krowami śpi a do stajni każdy wchodzi nie tylko za potrzebą. Gospodarz straszył, że jak krzyknę to mi kosą uszy obetnie, jedno mam tu naderwane od szarpania, straszył, że jak pisnę słówko to mnie pokroi i w parniku ugotuje razem z ziemniakami dla świń, bo świnia wszystko zje.

WIELMOŻNY PAN: 
Trzeba wiedzieć, komu się daje niezależność i samodzielność i czy ten obdarowany wie jak się tym darem ewentualnie posłużyć. Nawet człowiek wykształcony się nie raz pogubi, nie złożyłbym tego aeroplanu bez instrukcji, tak samo i służba bez instruktażu obsługi to tylko pogubione części, zupełnie bezużyteczne, w dodatku w nadmiarze zbędne. 

ZOSIA:
Czekam na dyspozycje, niech się mój czas fizycznie wypełnia, sprzątanie jak rola nigdy nie jest dość gotowa, nigdy się nie kończy a tylko zaczyna. Chcę się już zacząć, zacząć i zacząć. 

WIELMOŻNY PAN:
Uzupełnić węgiel ile się zmieści, i duże bryły pokruszyć w rozsądnej wielkości kamyki, dni będą coraz krótsze i coraz zimniejsze.

ZOSIA:
Jestem szczęśliwa, że jestem na świecie, że może jeszcze na coś się przydam, gdzieś dojdę z tym wiadrem na węgiel dalej. 

ŚLEDCZY:
W codzienności zdarzenia zlewają ze sobą się jak nieczystości w dołach kloacznych, do których można zrzucić różne ciążące dowody, tajemnice i już się nie odróżni, co jest czyje, które zdarzenie wywołało które. Dopiero coś musi poważnie odstawać od reszty, żeby zwykłe codzienne wiadro, szmata, szyba, miednica, pierzyna odsłoniły ślady, wgniecenia, rozdarcia, pęknięcia, żeby zaczęły opowiadać to, co domownicy pragną zakryć lub przemilczeć. Zacznijmy od tego, dlaczego na posłaniu Zofii da się wyraźnie zobaczyć nie jedno lecz dwa wgniecenia, i to w dodatku bardzo blisko siebie. 

ZOSIA:
Mama powtarzała, jak dostanę w gębę, to się nauczę grzecznie odpowiadać. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
To się od początku czuje, która daje ciche przyzwolenie, proszę spojrzeć jak ona trzyma tę miotłę. Czy jej zamiatanie jest o zamiataniu? Jak głowę nachyla, jak dyskretnie wypina raz pierś to znowu pośladek. Czy zdrowy mężczyzna nawet jak się wzbrania w końcu nie zwróci uwagi, mimowolnie nie zareaguje? Kotka dyskretniej daje kotom znaki. 

ZOSIA:
Nikt mi nie powiedział, że trzeba zamykać usta przy jedzeniu, sama lubię se popatrzeć jak w gębie jedzenie zostaje poddane obróbce.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Jak się może człowiek wśród takich westchnień i gwałtownych sapań skoncentrować na lekturze? 

PANICZ LUDWICZEK:
Przeraża mnie dążenie do przesadnej czystości
powierzchni, atmosfery, intencji. 

PANNA ANULKA:
Dobra siostra patrzy przez szparę, jak dla podratowania zdrowia jej brat skrada się ponownie do kuchni, tym razem posunie się dalej, niż by się sam spodziewał, niżby się sama spodziewała.

PANICZ LUDWICZEK:
Po raz pierwszy od początku choroby chcę mieć coś, czym się będę do znudzenia cieszył.

PANNA ANULKA:
Obawę służby musi przykryć refrenem piosenki: 

PANICZ LUDWICZEK:
Będziesz zbierać kwiaty
Będziesz się uśmiechać
Będziesz liczyć gwiazdy
Będziesz na mnie czekać
I ty właśnie ty będziesz moją damą
I ty tylko ty będziesz moją panią”.
Obiecałem, że pomogę służbie zaprowadzić w jamie ustnej ład i dyscyplinę. Zebrała jej się ropa pod zębem mądrości, a zęby to nie tylko nasza prywatna sprawa. Każdy czuje kiedy z zębem jest coś nie tak, niedobrze to robi przy podawaniu posiłków i lekarstw. 

ZOSIA:
Z państwem załatwiamy sprawy w pozycji stojącej, nie pytane milczymy, nie kwestionujemy zaproponowanych procedur, nie sprzeciwiamy się poleceniom, nawet jak ich dobrze nie rozumiemy.

PANICZ LUDWICZEK:
Niedługo nauczysz się lubić dodatkowe obowiązki, miłości nikt nie lubi tak od razu, z czasem człowiek się otwiera, uczy, sam nawet nie zauważa, kiedy już się nie może bez miłości dłużej, niż dwie doby obejść. 

ZOSIA:
Panicz dziś bez zeszytu i bez ołówka, bez dolnej części garderoby.

PANICZ LUDWICZEK:
Zębem zajmiemy się przy dziennym świetle. Teraz niech się Zofia nie rusza i trzyma głowę na wyciągnięcie ręki lub dalej. 

ZOSIA:
Panicz prosi czy może sprawdzić czy mu choroba pozwoli coś innego oprócz bólu poczuć, włożył mi w usta zioła święcone, nad progiem wisiały, żeby domostwo od piorunów chronić.

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Wyznam od razu, że większość z nich używa się na spędzenie płodu, jest to wiązanka staranie dobrana. 

ŚLEDCZY:
Zdaje mi się, że Zofia pozoruje opór, by doprowadzić akt płciowy do pożądanej temperatury, do efektu, który według Boya Żeleńskiego dla obu stron najbardziej zdaje się być satysfakcjonujący.

ZOSIA:
Nie miałam wyboru, nachyliłam się nad piecem, zacisnęłam mocno bolące zęby, bo nie tylko pod mądrości ropa, jeszcze pięć innych się rusza. Nie wrócę do bydła, do kłótni o morgi i miedze, do wideł i kija. Na wsi nikt przy tym nie całował, a panicz żadnej części nie omija. Za parę tygodni mają doprowadzić do budynku kanalizację, nie będzie trzeba z wiadrami tyle gonić. We wsi jedną parę butów z sześcioma siostrami dzieliłam, a tu już mi wielmożna pani drugą parę lakierek obiecała na wiosnę.

PANICZ LUDWICZEK:
Odsuń głowę ode mnie, ale tu się tyłem przysuń bliżej, głowę możesz na chwilę do kuferka włożyć albo za okno wystawić. Następnym razem musisz się lepiej wykąpać, może wystarczy lepiej podetrzeć, sam nie wiem. 

ZOSIA:
Jak ta ścierka, cały brud w siebie wsiąknę, zbiorę okruchy każdej obecności. Przygnieciona nadgodzinami własnej uległości. Zresztą nie wiadomo jakbym się miała zabrać do tego wyzwalania i w sumie po co, dla kogo? 

PANICZ LUDWICZEK:
Zapomniałem, jak się można cieszyć szczodrym ciałem. To wiejskie ciało na receptę powinni wydawać, to nie jak te tutejsze blade, słabe, które przy byle silnym porywie żądzy może człowiek uszkodzić, połamać. To ciało wytrzymałoby wszystkich przyjaciół z akademika, ale ja się nie mam zamiaru podzielić. 

ZOSIA:
Po wszystkim panicz poprosił, żebym wytarła kurz w jego pokoju i szafie, bo go kaszel łapie, a potem jeszcze przeprała mu bieliznę, żeby mu na rano wyschła. A moja bielizna z miesiąca na miesiąc pozostawał czysta, i żadne zioła i modlitwy ani do świętej Zyty ani do błogosławionej Anieli nie pomagały, mimo że się detergentem do rdzy i octem co wieczór płukałam. Aż mi się jedna wielka rana zrobiła i nie mogłam wcale siedzieć, a panicz przychodził i odchodził zostawiając za sobą coraz więcej do sprzątania. 

WIELMOŻNA PANI:
Wyniki krwi jak i rentgen syna zaczęły dawać nadzieję, dom wypełnił się nowymi pragnieniami, planami. Przed Wielkanocą służące dostają nowe koszyki, i po chuście z haftem każda.

ZOSIA:
Ja pod stołem dostałam jeszcze jedwabne pończochy. 

ŚLEDCZY:
Czyli nie zgłosiła Zofia nigdzie incydentu a wręcz pozwala, żeby on się powtarzał, rozwijał i przeinaczał i tak mało szanowaną profesję domownicy w to z czym się ona niestety większości obywateli haniebnie kojarzy. 

ZOSIA:
Nie miałam wyboru, wszyscy w około przymykają oczy to i ja przymknęłam.

PANNA ANULKA:
Przede mną nic nie da się ukryć, wszystko widzę przez ściany, przez odzież, słyszę ojca problemy jelitowe, matki osteoporozę, usłyszałam od razu, kiedy brzuch Zofii zaczął się odzywać, tylko ja zauważyłam że coś się tam zaczyna poruszać. I tak ją objęłam tam znienacka. Co tak Zosię wzięło w pasie?

ZOSIA:
Woda w brzuchu, w płucach, po matce i babce za dużo wilgoci w środku. Woda się zbiera i człowiek pęka jak babka nieboszczka albo topi człowieka od środka i wtedy krztusisz się i plujesz latami. 

PANNA ANULKA:
Czuję że coś pływa w środku wcale nie małego.

ZOSIA:
Ostatnio co miałam pod ręką połykałam, nie chciało mi się z każdym śmieciem iść do kosza.

PANNA ANULKA:
A te kamienne płyty po co Zosia chowa pod schodami? Nie dość Zosi węgiel dźwigać i wodę na pranie? 

ZOSIA:
Pomyślałam że się mogą przydać, ze starego cmentarza kamień drogi, szlachetny, pomyślałam, żeby nim tę ścianę i może drzwi uszczelnić w służbówce.

PANNA ANULKA:
Zosia niech lepiej nie myśli, już dość pomyślała.

ZOSIA:
A gdyby mi panienka pomogła te płytki na brzuchu poukładać jedna po drugiej a potem na chwilę usiadła, może by mi się tej wody ulało po trochu. 

PANNA ANULKA: 
Zawsze powinni zostać ludzie, w których nie dokonuje się postęp, do których można wrócić jak do krainy dzieciństwa, jak na strych z popsutymi zabawkami, które chcę się rozkładać na części i na nowo składać. 

ŚLEDCZY:
Zofia S. od początku zdaje się stawać dobrowolnie poligonem najróżniejszych działań eksperymentalnych.

ZOSIA:
Nie stać mnie, żeby pójść do babki ani nie stać mnie, żeby się to rozwinęło w przyszłość, nie mam gdzie takiej przyszłości nijak ulokować. 

ŚLEDCZY:
Na tej bezgranicznej uległości możemy wypróbować każdy obraz, każdy podszept pragnienia, nadszarpnąć granicę wszelkiej wyobraźni. 

PANNA ANULKA:
Niestrudzenie staram się stawać choć na chwilę w miejscu moich towarzyszek, trzymam w szufladzie gęsie pióro, gumową rurę, papier ścierny z trutką, norzyce, druty, jodynę, płyn karbolowy, spirytus, nie miałam niestety okazji skuteczności tych środków nigdzie wypróbować. 

ZOSIA:
Ja to i tak terytorium bezprawia, nie zaznaczone na żadnych mapach, może się dowolnie kończyć i zaczynać, nie zostawię po sobie listów, nie umiem pisać nie i mam do kogo. 

PANNA ANULKA:
Zrobię wszystko, żeby nic nie było przeżywane nadaremnie.

ŚLEDCZY:
A jak mogłyby wyglądać twoje pamiętniki?

ZOSIA:
Kazała mi położyć się na prześcieradle na podłodze, zdążyłam jeszcze przetrzeć parkiet na szybko, nogi tak rozstawić szeroko jak się tylko dało i poświeciła lampką, żeby określić, który rodzaj narzędzia najlepiej do mojego przypadku pasuje, wskazówki czerpała z któregoś numeru „Wiadomości literackich”, chyba z roku 1932. 

PANNA ANULKA: 
Mam wrażenie, że odtwarzam sceny, które się już odbyły tysiące razy, dawano dawno temu i teraz w tej chwili, non stop równolegle dzieją się w tysiącach piwnic, w nielegalnie podnajętych pokojach w pustostanach. W tej chwili setki innych raczej nie podobnych do mnie odkażają drut, nożyce, rurkę, których nie sposób nigdy zupełnie odkazić. 

ZOSIA:
Umyła mnie gorącą wodą i najpierw kawałek mydła szarego wsadziła mi w organ płciowy, ale ten zaraz wypłyną, po czym wzięła na pół łokcia nożyce a ja się trochę wystraszyłam i odruchowo odsunęłam, po chwili uspokoiłam się, a ona wprowadziła mi te ogromne nożyce w ujście maciczne. 

PANNA ANULKA:
Z każdym następnym zdaniem tracę równowagę. 

Ręce mi się trzęsą, wystarczy jeden nerwowy ruch żeby przebić albo uszkodzić jakiś organ, w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym połowa zabiegów kończy się zgonem z wykrwawienia. 

ZOSIA:
Wcale tych nożyc w sobie nie poczułam, takie tylko ugryzienia komara albo uszczypnięcia. 

PANNA ANULKA: 
Nie wiem jak operować tymi nożycami, za tępe chyba, żeby całą zawartość wyciągnąć, w ogóle nie chcą się otwierać, jakby nagle zardzewiały, a moje ręce zrobiły się ciężkie bezwładne. 

ZOSIA:
Zniosę każdą próbę, każdą procedurę nie mogę wracać do wsi, podrzucić nie mam komu. 

PANNA ANULKA:
Staram się delikatnie wybadać przeszkodę, nic jednak nie mogę wyczuć, ruchami kolistymi przeszukuję pole jak pisali w podręczniku. Nic nie ma, nożyce czyste, z łyżką ani drutem sobie nie poradzę. 

ZOSIA:
Panienka przyniosła pompkę do roweru wymoczoną w spirytusie. W pierwszej chwili mam wrażenie jakby się we mnie wiatr halny rozszalał i wichura śnieżna. 

PANNA ANULKA:
Tylko mi się nie wierć, i nie napinaj, i tak wszystko stawia niepotrzebny opór, zaśpiewaj coś sobie do św. Anieli czy Duli czy tej waszej Zyty.

ZOSIA:
Pompka ma odwrócony mechanizm, nastawiona na ssanie, słychać na cały pokój jak próbuje ze mnie wyssać smutne konsekwencje smutnych odwiedzin, jak mnie próbuje ocalić od tego co i tak wcześniej czy później zda się być nieuniknione. 

PANNA ANULKA:
Za późno, będzie trzeba próbować inaczej, ciężką pracą, ziołami, płukaniem jodyną, mydlinami, może trzeba skoczyć z wysokiego parteru albo niefortunnie się stoczyć ze schodów, albo trzeba podpytać o inne metody, adresy, sposoby. Kiedyś otworzę muzeum starych narzędzi, sposobów, podziemnych procedur, za pomocą których byłyśmy zmuszone sobie same radzić, same w brudzie krwawić, skazane na wieczne trzeba czekać, czekać, czekać.

ZOSIA:
I czekam, robiąc codziennie z czegoś innego płukanie, pijąc zioła, różne detergenty a brzuch pod fartuchem wzbiera, mimo że go taśmą stolarską ściskam z całej siły.

PANNA ANULKA:
Będę zmuszona zapomnieć, odwracać głowę, odwracać uwagę od jej gabarytów. Mam tu takie poduszki, wycięłam z rękawów płaszcza niech sobie Zosia włoży w stanik wtedy się brzuch nie będzie nachalnie odznaczał, niektóre do końca potrafiły się bezpiecznie maskować. A może dobry los sam problem rozwiąże przed czasem. 

ZOSIA:
We wsi powtarzają lepiej zawczasu topić te szczenięta, ale ja już nie mam przed sobą zawczasu. 

WIELMOŻNY PAN:
Kończy nam się okres próbny a my się nawet nie zdążyliśmy naszej Kasi dobrze przyglądnąć, czym bym ją odróżnił od poprzedniej, a czym od następnej? 

ZOSIA:
Przestrzeń nagle zaczęła się kurczyć, czas nie zaczął być bardziej przewidywalny, nie wiadomo czym go odmierzać, wizyty panicza sporadyczne, mniej zaangażowane, bez kwiatów. 

ŚLEDCZY:
Zdaje się wielmożni państwo nie lubią zdarzeń, które zbyt łatwo mogłyby zostać uznane za fakty.

WIELMOŻNA PANI:
To prawda raz do roku może do półtora, najczęściej przed zimowymi świętami robimy generalne porządki pozbywamy się wszystkiego co zużyte, przedarte, co zdążyło nam się znudzić lub przytłoczyć nas swoim nadmiarem. 

WIELMOŻNY PAN:
Najczęściej rzucamy worki na dziedziniec kamienicy, patrzymy przez szybę jak się zbierają dziewki nie tylko służebne i biorą co im zabłyszczy, zaszeleści dobrym materiałem. Od razu się lepiej robi człowiekowi na sumieniu jak widzi ile radości może sprawić innymi swoim prawie nie noszonym szalem, modną kiedyś peleryną. Czasem celuję z góry cukierkami, albo im nową parę pończoch dorzucę, żeby sobie pooglądać jak potrafią walczyć między sobą, jak się za włosy targają, byłe zdobyć smakowity towar, dzięki któremu nogi służącej przestają czuć się jak nogi służącej, nabierają nadziei na niedzielę, na kino, na cukiernię, na miękkie sofy, na przyszłość bez wiadra i miotły. 

ZOSIA:
I ja w te pończoszane nóżki również uwierzyłam, miały zanieść tam gdzie panicz pokazywał na własnoręcznie narysowanej mapie, były tam piętrowe sklepy, domek nad jeziorem, stół nakryty swojską wędliną.

PANICZ LUDWICZEK:
Wolno nam wiedzieć o służbie wszystko, wolno mi ją sobie dowolnie zaplanować, kuracja przynosiła efekt, krew moja stała się bardziej czerwona, guz w wątrobie zaczął się gwałtownie zmniejszać. 

ZOSIA:
Podczas gdy guz w brzuchu Zosi wzrastał skokowo, aż nie było z nim jak uciekać, nie mieścił się pod schodami ani w kuferku ani w popielniku. Nie mogłam go już zostawić na zewnątrz ani wciągnąć w siebie. 

WOJCIECHOWA:
Radzę jej uciekać szybko, ale bez rozgłosu, żeby nie dać powodu do niesławy niczyjej i narażenia na utratę też godności własnej. 

PANICZ LUDWICZEK:
Nie zauważyłem, żeby chorowała jedynie nosiła na raz trzy gorsety, co nadawało pośladkom nieprzyzwoite rozmiary, natknąłem się na nie sporadycznie na szybko, tylko nad zlewem w kuchni, na schodach do piwnicy, gdy Zofia była zajęta szmatą, szczotką albo pogrzebaczem. Wtedy jej zad otwierał najspektakularniejsze możliwości. 

ZOSIA:
Chciałam zniknąć w brzuchu razem z całą zawartością się wylać i choć raz naświnić w tym nieustannie polerowanym apartamencie, i tak się zaciągałam bez skrupułów gorsetem, sznurem do bielizny i taśmą stolarską na raz, aż w końcu coś się zaczyna sączyć, wylewać, tryskać niczym fontanny ze szkiców panicza.

PANICZ:
Myślałem, że celowo oddała mocz na moje opuszczone bryczesy, że chce zaznaczyć ukochany teren, który i tak zaraz zacznie przed nią znikać. 

ZOSIA:
Skurczów nie da się uspokoić, zatrzymać, gdzie mnie prowadzą, do czego, niszczą staranie nauczone choreografie, rozkład dnia, który daje spokój i bezpieczeństwo. Nie teraz, nie tu, nie tak.

ŚLEDCZY:
W jakiej pozycji Zofia rodziła: stojąc, leżąc, kucając czy siedząc? 

ZOSIA: 
Świtem, 19 kwietnia, poczułam fizjologiczną potrzebę wypróżnienia. Skorzystałam z tego wiadra, nie byłam w stanie dalej dobiec, kiedy poczułam, że zaraz wydalę z siebie jakiś większy, okrutniejszy obiekt wstałam, reszta odbyła się na stojąco, w moim życiu wszystko odbywało się przecież dotąd na stojąco. 

ŚLEDCZY:
Czy poród odbył się potajemnie, całkiem w samotności?

ZOSIA:
Zdążyłam przygotować sobie to lusterko, żeby obserwować  czy pojawia się już głowa. Stanęłam nad lustrem o tak w rozkroku. Porwałam z sieni jeszcze ścierkę i koszyk. Kiedy tylko głowa zaczęła ze mnie wystać, jakby chciała tak na zawsze tak boleśnie utkwić, szarpnęłam ją dwoma rękami w miarę delikatnie, za nią pojawiło się całe ciało niewielkiej wagi i wielkości. Uderzyło sobą trochę o podłogę, krzyknęło chyba. Pępowinę przegryzłam, poczekałam, aż wypadnie łożysko, zaniosłam je szczurom do piwnicy, bo tam miałam pewność, nikt poza nimi nie zagląda.

PANIENKA ANULKA:
W tym czasie matka, jak co któryś dzień, też przed lustrem okładała się po twarzy, o tak jak teraz, zmieniając przy tym światło na coraz to mniej dla swojego odbicia korzystne. Nie śmiem jej zatrzymać, widocznie musi sobie coś wymierzyć. 

KUCHARKA WOJCIECHOWA:
Tak to było to bodaj tej właśnie kwietniowej, wielkopiątkowej nocy w mojej izbie, pierwszy raz przed tym tu obrazem świętej zadałam sobie ciosy mokrą szmatą przez plecy o tak. Wcześniej oczyściłam piec z popiołu do wiadra, na którym teraz usiadłam o tak niemal na gołe ciało, żeby się jakoś z męka pańską zjednoczyć, ale nie chciała z ust wypłynąć pieśń pokutna, żałobna modlitwa oddania. Wyobrażałam sobie, że jak świętą Dulę pan wielmożny chce mnie siłą wziąć, wulgarnie, bez słów, bez przygotowania, a ja się tak bronię, że mnie w końcu dusi, a przed oczyma agonalnie wypływającymi, pojawia się anioł z koroną złotą, koszykiem i miotłą. 

PANNA ANULKA:
W tym czasie ojciec twardo śpi, słyszę jak jego pot kapie przez materac. Ludwiczek słucha przez słuchawki The Lady Is A Tramp i nuci po cichu, wkładając sobie ołówek głęboko do gardła, jakby chciał wyciągnąć włosa albo inny ślad ludzki.  

ŚLEDCZY:
Czy na czas szczelnie i mocno zawiązała Zofia pępowinę? 

ZOFIA:
Zawiązałam na dwa centymetry i włożyłam niemowlę w koc i do koszyka. Umyłam podłogę, umyłam się tą samą wodą, nie chciałam iść do studni. żeby nikogo nie budzić, dziecko nie płakało, odniosłam je do kamienicy pół kilometra dalej, wcześniej szybko nakarmiłam. Na drugi dzień świtem poszłam do tej kamienicy sprawdzić, było jak zostawiłam.

ŚLEDCZY:
Czy sprawdziła zatrzymana płeć? 

ZOFIA:
Nakarmiłam przeniosłam do kościoła, a potem nawet tu w piwnicy było jedną noc, ale płakało, obudziło wielmożnego pana, że aż do kuchni zszedł i powiedział. że jak jeszcze raz zapomnę zamknąć okno od strony południa to skończę tam i pokazał mi przez okno pustą, nieoświetloną drogę.

ŚLEDCZY:
Czy ta droga prowadzi do lasu? 

WIELMOŻNY PAN:
Pięć godzin zasypiałem akurat, jestem bardzo czuły na nowe dźwięki w okolicy, akurat nie lubię jak się w nocy urządza wietrzenie. 

ŚLEDCZY:
Czy tą drogą poszła zatrzymana?

ZOSIA:
Zeszłam do piwnicy z koszykiem, wyciągnęłam je i owinęłam w moją jedyną jedwabną chustkę, co od panicza potajemnie dostałam, włożyłam do koszyka i poszłam prosto przed siebie, bez celu. Zobaczyłam kupkę ziemi, odznaczającą się na polanie, oznaczyłam ją jeszcze moją rękawicą do czyszczenia naczyń nocnych, pomyślałam, że może mrówki to mądre zwierzęta, że popilnują zawartość koszyka, że kogoś przyciągnął, że jutro przywołają wędrowca, że sobie weźmie co ja zostawiam, że może go dar ten uszczęśliwi, jak tych co przygarniają z lasu psa lub kotka. Wyciągnęłam je z koszyka, zabrałam chustę, zabrałam koszyk, jeszcze się może ze dwa razy wróciłam, może nie, nie pamiętam. Na około wracałam przed świtem, żeby raz na zawsze zgubić drogę, którą można by się codziennie wahać, w tę i we w tę krążyć, nie miałam wyboru, nie mogę ani z koszykiem ani bez do wsi wrócić, nie mam wyboru, w kuchni został nieporządek, kucharka nie ma jajek i kaszy a panicz na śniadanie zamówił jajka z leguminą, to może pierwsza po jajka wstąpię, o Boże jest koszyk, jest czas żeby się na ostatnim straganie zatrzymać, jak się lekko idzie, jak słońce przepięknie pierwszy raz tej wiosny wschodzi, dziś wielka sobota, święcenie, pan nasz nie żyje, nie widzi, nie słyszy niczego, tak gadali we wsi, żeby wtedy sprawy najbrzydsze przed rezurekcją pozałatwiać, że każdy raz w życiu ma prawo łaski, w lesie też już pewnie się rozjaśnia, pewnie zaraz ktoś płacz usłyszy, nie miałam wyboru. 

ŚLEDCZY:
„Idź do mrówek leniwcze, patrz na ich drogi bądź mądry, nie znajdziesz tam zwierzchnika, ni stróża żadnego, ni pana, mrówka w lecie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm we żniwa”. Mrówki nie od razu biorą się za ciało, najpierw muszą zaufać, że nie ma tam trucizny, podstępu. Muszą rozpoznać robotnice czy aby jedzenie nie za wykwintne dla ich prostych układów trawiennych, Mamo Mrówka nic nie pożycza. Ona daje bez rachunku i nigdy nie chce zwrotu. Nie posiada żadnej własności, nawet tego co przechowuje w swoim wnętrzu. Cała jest narządem czysto dobroczynnym. Niestrudzona pracownica, ascetyczna, czysta, bezpłciowa nieomal, zna tylko jedną rozkosz udzielania każdemu, kto zażąda, chociażby wszystkich owoców swych trudów. Jednak pewną ilość młodych mrówczych matek, przeznaczonych na to przez jakiś nieznany czynnik, starsze robotnice zatrzymują przemocą, chwytając za odnóża, odrywają im skrzydła i wiodą z do wnętrza mrowiska, którego nie opuszczą już do końca życia. Kto jednak ustala liczbę tych przeznaczonych na zatrzymanie samiczek, kto decyduje tu o potrzebach rzeczypospolitej?”.
_____________
*1. cytat: „Biblia”, „Przypowieść Salomona”
*2 cytat” „Mrówki”, Maurice Maeterlinck

Tekst miał premierę w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie 26 lutego 2022 roku.

Jeszcze więcej treści!

NIE PRZEGAP ŻADNEGO NUMERU

Cena: / rok