Portrety

Aleksandra Konieczna. Dmuchawce, latawce, wiatr

| 12 minut czytania | 107 odsłon

Ma w sobie coś z gwiazdy, z divy. Nie ma już u nas takich aktorek, są koleżanki, dziewczyny z sąsiedztwa. A to nie to samo. A Ola jest gwiazdą i śmieje się z tego, śmieje się z siebie.

Aleksandra Konieczna, rys. Olaf Czyż
Aleksandra Konieczna, rys. Olaf Czyż

Wyobrażam sobie Olę Konieczną na łące. Na łące latem. Dmuchawce, latawce, wiatr, a Ola w sukience w grochy, z wiązanką w ręce, na kocu, na leżaku, ale w dłoniach, w rączce makabreska jakaś, Poe albo Sylvia Plath. Zygzakiem w tę przyrodę nieposkromioną, w tę urodę bezdenną. Aleksandra Konieczna w swoim aktorstwie potrafi docenić piękno, wie jednak, że bywa tylko złudzeniem. Fatamorgana. 

Ilekroć podziwiałem ją w teatrze, a fascynuje mnie od lat, tylekroć nie mogłem wyjść ze zdumienia, że to zawsze ona. Ta sama, a zupełnie inna. Fajerwerki. Osobowość odrębna. Tak się pisze często, jak już doprawdy nie ma się niczego ciekawszego do napisania, bo to w gruncie rzeczy nic nie znaczy, albo niewiele. Każda osobowość jest odrębna. Kropka. Przecinek, wykrzyknik, bez pytajnika. Jest i już. Z Konieczną jednak problem, z Konieczną rwetes, z Konieczną trzeba by wężykiem. Wężykiem, panie i panowie, wężykiem.

Bo jest bardzo, ale to bardzo odrębna, i przez to aż tak ciekawa. Wchodzi na scenę. Jej bohaterki, wszystkie właściwie, z literatury bardzo wysokiej, ale i trochę, że tak napiszę, niższej. Bernhard, Szekspir, Czechow, no, wszyscy święci. Ola wchodzi na scenę, i mniej widzimy tego Bernharda, Szekspira, Czechowa, a bardziej Aleksandrę. Robi z tymi geniuszami co chce. Jest sobą, pozostaje sobą, nawet w najbardziej kategorycznym czytaniu tekstu, wybitnego tekstu literackiego (mniej wybitnego również).

Na czym to polega? To chyba właśnie owa wyświechtana „odrębność”. W przypadku Koniecznej nie jest wcale wyświechtana. Przeciwnie wręcz. 

Najpierw głos. Zdziwienie, zadziwienie, pretensja w tym zadziwieniu, trele morele, i sroga nauczycielka, i rozpustnica, i mniszka. To wszystko w samym tylko głosie. Głos zanim docenimy wszystko inne. Kocham głos aktorki Koniecznej. I wszystko inne.

Postura, figura, gestyka. Kostium, jak nosi, jak gra kostiumem. Sklejona i niesklejona z głosem, z tembrem. Odrębność Oli Koniecznej polega na zszywaniu rozmaitych krojów i ściegów. Wymyślaniu dla nich nowych nazw, a nie powtarzaniu wcześniej ustalonych. 

Jest odrębna, jest unikatowa. Teatr zauważał to latami, film odkrył jeszcze później. W końcu, chwilę to potrwało, zrozumieliśmy jakim jest skarbem. 

***

Po dyplomie w PWST, i dwóch witkacowskich rolach zagranych w Teatrze Polskim:  Róży van der Blaast w „Bezimiennym dziele” w reżyserii Jana Englerta oraz Spice w „Onych” (również Englert, profesor Koniecznej ze Szkoły Teatralnej), otrzymała etat w Teatrze Współczesnym, marzenie większości debiutantów, Konieczna wybrała jednak inną drogę. Wyjechała do Paryża, studiowała antropologię. Pracowała, żyła, szukała pomysłu na siebie. Szczęśliwie o Konieczną upomniał się teatr. Zagrała Matkę Marcela Prousta w przedstawieniu „Ach Combray” w reżyserii Waldemara Matuszewskiego w Teatrze Dramatycznym. Był rok 1991. W „Dramatycznym” została na dziesięć lat, zagrała wiele wspaniałych ról. 

To między innymi Nimfa / Galatea w kontrowersyjnej inscenizacji „Metamorfoz” Owidiusza w reżyserii Michaela Hacketta (u tego samego reżysera zagrała Renatę w „Upadłych aniołach”);  Warwawa w „Letnikach” Gorkiego w reżyserii Pawła Wodzińskiego; Anna Żmijowa i Żona w „Weselu, weselu” Antoniego Czechowa i Bertolta Brechta w reżyserii Piotra Cieślaka; Waria w „Wiśniowym sadzie” Antoniego Czechowa w reżyserii Leonida Hejfeca; Aleksandra Iwanowna Jepanczyn w „Księciu Myszkinie” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Mikołaja Warianowa. 

W 1994 zagrała Elizabeth w głośnym, nieudanym niestety, przedstawieniu „Szósty stopień oddalenia” Johna Guare’ego w reżyserii Piotra Cieślaka. Gwiazdą tego spektaklu miała być powracająca z USA Elżbieta Czyżewska. Był to jednak bardzo smutny powrót.

Przełomem dla Koniecznej okazało się spotkanie z Piotrem Cieplakiem. Właśnie w jego teatrze znalazła swoje właściwie miejsce. Odnalazła siebie. Legendarna już dzisiaj „Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka, czy mniej spektakularne „Wyprawy krzyżowe” Mirona Białoszewskiego w reżyserii Cieplaka, zapoczątkowały nowy etap w biografii aktorki, ale i nowy etap w polskim teatrze. 

Z wolna bowiem, w połowie lat dziewięćdziesiątych, następował wielki przewrót, pokoleniowa zmiana warty. Sztuki brutalistycznie, młodzi gniewni, „młodsi zdolniejsi”. Pojawiały się nowe nazwiska reżyserskie, również aktorskie – Aleksandra Konieczna stała się jednym z symboli tego przewrotu. Warlikowski, Jarzyna, oraz ich mentor Lupa. Konieczna była ważnym elementem teatru każdego z nich. 

Zagrała Dziewczynkę w „Roberto Zucco” Bernarda-Marie Koltèsa w reżyserii Pawła Łysaka, następnie Chrysotemis w „Elektrze” Sofoklesa w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego; Benitę w „Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich i prawdziwej naturze miłości” Brada Frasera w reżyserii Grzegorza Jarzyny; Penelopę w „Powrocie Odysa” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Krystiana Lupy, a wreszcie – również u Lupy – Kucharkę w genialnym „Auslöschung / Wymazywaniu” Thomasa Bernharda. 

Nowa dekada, lata dwutysięczne, dla Aleksandry Koniecznej oznaczały akces do najmodniejszego wówczas teatru w mieście i w Polsce. Teatru Rozmaitości, TR Warszawa. Wszyscy aktorzy chcieli tam pracować, a Ola była jedną z gwiazd TR-u. Zaczęło się od wybitnej „Uroczystości” Mogensa Rukova i Thomasa Vinterberga w reżyserii Jarzyny (rola Mette), potem była między innymi  Jennifer w „Obróbce” Martina Crimpa w reżyserii Artura Urbańskiego. Wróciła do Lupy: zagrała Irenę w nie najlepiej przyjętych „Stosunkach Klary” Dei Loher. 

Kolejne ważne spotkanie: René Pollesch. 26 maja 2007 roku odbyła się premiera „Ragazzo dell`Europa”. Ryzykancki teatr Pollescha znalazł w Koniecznej mocną sojuszniczkę. Ukoronowaniem tej współpracy stała się jej brawurowa kreacja w „Jacksonie Polleschu” z 2011 roku. 

Pozostawała jednak przede wszystkim aktorką Jarzyny. Po „Niezidentyfikowanych szczątkach” i „Uroczystości” zagrała jeszcze Lilę w „Zaryzykuj wszystko” George’a F. Walkera, wydarzeniem była jednak zwłaszcza Lady Macbeth w „2007: Macbeth” Williama Shakespeare’a. „Czuję, że zdobywam się na zupełnie nową jakość” mówiła. 

„Konieczna jest aktorką z gatunku nieobliczalnych improwizatorek (zawsze trzymających temat) i to może nadaje jej Lady Macbeth wyrazistość. Wyrazistość w pokazywaniu stopniowego rozpadu osobowości od starannego spłukiwania szlauchem (w gumowych rękawiczkach) kałuży krwi, poprzez zagłębienie się we własnym świecie na kanapie, z jabłkiem, musztrę, po samobójstwo powtarzane wielokrotnie, maniacko, usiłowania powieszenia się na wyciągniętym z wielkiej pralki prześcieradle. Sceny obłędu w tym Makbecie nie ma. Lady Macbeth jest obłąkana od początku” pisała Joanna Targoń w „Didaskaliach”.

Pożegnaniem Aleksandry Koniecznej z Teatrem Rozmaitości, a zarazem z Grzegorzem Jarzyną stali się „Męczennicy” Mariusa Mayenburga. Konieczna w źle pomyślanej roli nauczycielki nie czuła się dobrze. W swoim, do niedawna, teatrze, również chyba nie najlepiej. 

Już wcześniej zaczęła z powodzeniem reżyserować. W 2004 roku w TR Warszawa wyreżyserowała „Tlen” Iwana Wyrypajewa, w 2006 roku – również w TR – „Helenę S.” Moniki Powalisz, a w Teatrze Narodowym „Imieniny” Marka Modzelewskiego. W 2006 roku wyreżyserowała udany dyplom ze studentami Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi – „Pajęczą sieć” Aghaty Christie (Konieczna była przez wiele lata pedagogiem – w AT, także w PWSFTViT). W 2011 roku powróciła do Agathy Christie, reżyserując oryginalną trawestację „I nie było już nikogo” w Teatrze Dramatycznym, a w 2012 roku, w Teatrze Narodowym, „Kobietę z zapałkami” w kreacją Magdaleny Cieleckiej. 

W 2014 roku z dyplomantami krakowskiej AST przygotowała spektakl „Na L” Lewisa Carrolla, a następnie – w Teatrze Kochanowskiego w Opolu – rozwinięcie tej trawestacji, przedstawienie „Alicja po drugiej stronie”.

Jeszcze będąc na etacie w „Rozmaitościach” grała gościnnie. Wróciła do swojego pierwszego ważnego reżysera – Piotra Cieplaka. W Teatrze Polonia zagrała Siostrę Justynę w „Wątpliwości” Johna Patricka Shanleya, a w swoim pierwszym teatrze – „Dramatycznym”, wystąpiła  w „Klubie Polskim” Pawła Miśkiewicza. Zagrała także Rachel Hawdon w „Jak na wulkanie” Robina Hawdona w reżyserii Tomasza Dutkiewicza w Teatrze Komedia, a w 2015 roku grała (bardzo krótko wszakże) Dianę w „Raju dla opornych” Michele Riml w reżyserii Krystyny Jandy w Teatrze Polonia. 

W ubiegłym roku odbyła się premiera „Wiśniowego sadu” w reżyserii Pawła Łysaka w Teatrze Powszechnym. Szarlotta w interpretacji Koniecznej była jednak o wiele ciekawsza niż całe to, nieporadne niestety przedstawienie. 

***

Konieczna trafiła do Dramatycznego w 1991 roku, transformacja ustrojowa, musical „Metro”, kolorów miało być, pstrokato, kasety wideo, plan Balcerowicza, gruba kreska i wojna jaruzelsko-polska.

Mało kto myślał wtedy o teatrze, o takim teatrze, do jakiego przyzwyczaiły widzów poprzednie dekady. Alegorycznym, klasycznym, pełnym symboli i niedomówień. Wręcz przeciwnie, wręcz przeciwnie – teraz wszystko miało być nowe i nieokiełznane. Komercyjne bardziej, dla ludzi, po amerykańsku, po polsku, albo: perwersyjne, półgołe, nieuczesane. Napisałbym: almodóvarowskie, ale nie znaliśmy jeszcze wtedy Almodóvara przecież. 

Nowe się rodziło i Aleksandra Konieczna była jedną z apostołek tego „nowego” rozdania w polskim teatrze. Ale zanim rozczochrała włosy, zadarła spódniczkę, krzyczała, śpiewała i szeptała u Jarzyny i innych, odrobiła w Dramatycznym swoją lekcję pokory. Nie wyszło jej to na złe. Dzierżąc halabardę, grając drugie i trzecie plany, w spektaklach o których niewielu pamięta, zrozumiała, również jako przyszła reżyserka, że teatr jest przestrzenią pojemną. 

Że soliści, tacy jak ona, są również częścią zespołu. Plan trzeci pracuje na drugi, drugi na pierwszy. I jeszcze, że w teatrze nie ma żadnej gwarancji na sukces. Przeciwnie, ciężka, znojna praca, nie daje czasami zamierzonego efektu. Wszystko jest problematyczne i ulotne. I to jest w gruncie rzeczy piękne.

Dmuchawce, latawce, wiatr. Ola na łące. 

Łukasz Maciejewski