Portrety

Katarzyna Figura. Aktorka roślinna

| 17 minut czytania | 133 odsłon

Od pierwszego spotkania wiedziałem, że wielki potencjał na przyszłą gwiazdę ma Katarzyna Figura. Była piękna, odważna i utalentowana”.

Katarzyna Figura, rys. Olaf Czyż
Katarzyna Figura, rys. Olaf Czyż

To się niekiedy udaje. W trakcie wywiadu zadajemy rozmówcy pytanie, na które otrzymujemy zaskakującą odpowiedź. I ta odpowiedź, jak się okazuje, definiuje bohatera. W 2004 roku przeprowadzałem wywiad z Katarzyną Figurą do miesięcznika „Kino”. Aktorka miała wówczas znakomity filmowo czas. „Ubu król” Szulkina, „Żurek” Brylskiego, wcześniej pamiętny epizod w „Pianiście” Polańskiego. Zapytałem, jaką jest aktorką cielesną, fizyczną, naturalistyczną? 

Usłyszałem: „Często sama zadaję sobie podobne pytania. Jedną z moich najważniejszych ról w ostatnich latach była Hanka, bohaterka „Hanemanna” Stefana Chwina w inscenizacji Izabelli Cywińskiej w Teatrze Wybrzeże. To prosta Ukrainka, która szoruje podłogi, walczy o przybranego syna, a w końcu śpiewając dumki wsadza głowę do piekarnika, popełnia samobójstwo. W pewnym momencie Hanemann mówi do Hanki, że jest „roślinna”.  Może ja zawsze taka byłam nie cielesna, nie fizyczna, tylko właśnie roślinna? Po raz pierwszy odważyłam się o tym powiedzieć. Jeżeli mam przed sobą postać, która mnie fascynuje i zaczynam się w nią wgłębiać, ta postać wchodzi we mnie dosłownie: dostaje się wręcz do mojego krwiobiegu. Żyję z nią kilka tygodni albo miesiąc, wszystko dzieje się jednak jak u rośliny w przyspieszonym tempie, intensywniej. Aktor roślinny jest aktorem w potrzasku, zaczyna kwestię i nagle w trakcie jej trwania skręca, szuka nowych tonów, innego akcentu. Efekty mogą być nieoczekiwane”.

Aktorka roślinna. I tak już zostało. Ilekroć spotykam się z Kasią Figurą, wspominamy tę nazwę, bo też chyba nikt nie określił trafniej fenomenu jej odrębności. Jest w nim ziarno, pragnienie żywiołów: wiatru, deszczu, słońca, kwitnienie, przekwitanie, odradzanie się. Wciąż na nowo, na nowo. 

Początek

„Moją najlepszą koleżanką z klasy w szkole podstawowej była Małgosia Bogdańska, świetna aktorka, partnerka Marka Koterskiego – wspomina Figura. – Małgosia marzyła o aktorstwie, któregoś dnia zaproponowała mi: „Chodź, Kaśka, pójdziemy do Teatru Ochota państwa Haliny i Jana Machulskich. Tam jest podobno świetne kółko amatorskie. W ten sposób po raz pierwszy dotknęłam aktorstwa”.

W 2007 roku, na rok przed śmiercią Jana Machulskiego, zapytałem o najważniejszych uczniów w kole aktorskim przy „Teatrze Ochota”: „Na pewno nie wszyscy stali się sławnymi aktorami, ale być może odnaleźli w sobie wrażliwość, która pozwoli stać się im ciekawymi, otwartymi i tolerancyjnymi ludźmi, co na dłuższą metę jest o wiele ważniejsze niż medialna, serialowa popularność – opowiadał mi pan Jan. – „Kiedy prowadziliśmy z żoną ognisko przy Teatrze Ochota,  pierwsze zawodowe kroki stawiali u nas Piotr Adamczyk, Agnieszka Dygant czy Edyta Jungowska. Od pierwszego spotkania wiedziałem, że wielki potencjał na przyszłą gwiazdę ma Katarzyna Figura. Była piękna, odważna i utalentowana. Tak bardzo się cieszyłem, kiedy zagrała potem wspaniałe role w filmach mojego syna, Juliusza”.

Katarzyna Figura: „Aktorstwo wydawało się naturalną drogą, ale miałam sto różnych planów na siebie. W liceum pasjami czytałam książki, uczyłam się języków obcych, moimi mistrzami byli Marquez, Llosa, inni mistrzowie literatury iberoamerykańskiej. Oczywiście, bardzo chciałam być aktorką, ale równolegle wyobrażałam sobie, że będę tłumaczką literatury iberoamerykańskiej albo włoskiej. To była w zasadzie stała wizja. Mieszkam w mitycznym Macondo, żyję w dziwnym, rozpadającym się, ale fascynującym, pełnym tajemnic domu, a całe dnie spędzam nad brzegiem morza, tłumaczę, piszę powieści, piję wino, dookoła mnie gromadka dzieci, morska bryza”.

„Dostałam się do szkoły teatralnej, ale zdawałam również na iberystykę (wolałam italianistykę, ale tam egzaminy odbywały się co dwa lata). Przez moment wydawało się, że uda mi się połączyć dwa kierunki, ale to nie było możliwe. Dałam sobie rok czasu, żeby zdecydować, czy chcę kontynuować studia aktorskie czy wrócić na iberystykę, ale po roku nie miałam już wątpliwości. Tylko aktorstwo”.

W 1985 roku zagrała Kate w „Widoku z mostu” Arthura Millera w reżyserii Władysława Kowalskiego. To był spektakl dyplomowy studentów ówczesnej PWST. Ceniona krytyczka teatralna, Teresa Krzemień, zauważyła ciekawą osobowość studentki: »Kate Katarzyny Figury urzeka temperamentem. To rola sporo mówiąca o talencie i brawurze aktorki. Trochę perwersyjna Lolitka, trochę niesforna nastolatka z dobrego domu, trochę dojrzała przedwcześnie dziewczyna, której przodkowie uprawiali vendettę gdzieś daleko, gdzie pomarańcze i cytryny rosną na drzewach«. Bardzo jest ta Kate amerykańska i bardzo już dorosła”. 

W teatrze debiutowała w połowie lat osiemdziesiątych. Zagrała Irinę w głośnych „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Macieja Englerta na deskach Teatru Współczesnego. To był duży sukces.

Krzysztof Karwat, na łamach „Tak i Nie”, pisał: „Oto Irina w wykonaniu świetnie zapowiadającej się Katarzyny Figury (tę młodą aktorkę mieliśmy niedawno okazję oglądać w telewizyjnej „Fedrze”); jej młodzieńczy, promieniujący na wszystkich bohaterów, bezpretensjonalny witalizm w miarę upływu lat przemienia się w bolesne zwątpienie. Wyraz tego znajdziemy nie tylko w tonie jej głosu, ale także w ruchach i działaniach, coraz bardziej przygaszonych, niepewnych”. 

Dwa lata później – również u Englerta – zagrała Hellę w „Mistrzu i Małgorzacie” według Michaiła Bułhakowa, a jako Zosia z „Pana Tadeusza” Mickiewicza w impresaryjnym spektaklu w reżyserii Jana Englerta uwodziła młodością i wdziękiem pod okiem wspomnianego Englerta, Anny Dymnej, czy Krzysztofa Kolbergera. „Jest dobrą, drapieżną aktorką i zobaczymy ją na pewno w niejednej dobrej roli” – wyrokowała wówczas Agnieszka Osiecka. 

Figurę pokochało jednak kino. Pokochało z wzajemnością. Przed swoimi wielkimi rolami dramatycznymi – w „Żurku”, w „Ubu królu”, w „Zemście”, w „Pianiście” czy w „Chrzcinach” –  grała z wdziękiem, ale i dużym komediowym temperamentem piękne dziewczyny, często marzycielki jak Mariola Wafelek w kultowym „Pociągu do Hollywood” Radosława Piwowarskiego, czy Rózia w „Pierścieniu i róży” Jerzego Gruzy, ale i ikoniczne dla tamtych czasów sex bomby (pupa Kasi Figury w „Kingsajzie” Juliusza Machulskiego była pierwszą erotyczną inicjacją dla całego pokolenia przyszłych fanów gwiazdy, w tym niżej podpisanego). 

Nawet jednak w tym pierwszym, nazwijmy go, dziewczęcym okresie kariery, pracowała z najlepszymi: Kieślowskim, Szulkinem, Hasem, Sass. W USA zachwycił się jej aktorstwem Robert Altman, miała zagrać główną rolę w „Graczu”, skończyło się na epizodzie, i ciekawym drugim planie w „Prêt-à-porter”. Wracając na raty do Polski, aktorsko ciekawiła coraz bardziej. Kreacja w „Pannach i wdowach” Janusza Zaorskiego, poruszające spotkania z Markiem Koterskim – od „Ajlawju” (nagroda aktorska na festiwalu w Gdyni), aż po „7 uczuć”; seria wspaniałych ról w intymnym kinie Andrzeja Kondratiuka, wreszcie kultowa Kryśka w „Historiach miłosnych” Jerzego Stuhra. Reżyser „Historii.” wspominał, że na festiwalu w Wenecji, gdzie film startował w konkursie głównym i otrzymał kilka nagród, któregoś poranka podszedł do niego wielki Michelangelo Antonioni. Chwalił jednak nie tyle sam film, co Figurę, jej aktorstwo i urodę.  

Teatr

Do teatru wracała na raty. Po imponującej karierze filmowej, również poza Polską, pierwszy o Figurze przypomniał sobie Grzegorz Skurski – zagrała w monodramie jego autorstwa, „Lustrze” w Teatrze STU.  Po wspomnianym „Hanemannie” Stefana Chwina w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Teatrze Wybrzeże („Figura chwyta za gardło”– pisał w „Gazecie Wyborczej” Roman Pawłowski), na prawie dziesięć lat związała się z Teatrem Dramatycznym. Jej sceniczną wizytówką stała się tytułowa rola w „Alinie na zachód” Dirka Dubbrowa w reżyserii Pawła Miśkiewicza.

„Platynowe pukle okazują się peruką kryjącą łysą czaszkę; w brzydkiej sukience eksponującej obfity biust robi się podobna bardziej do beczki niż do kobiety. Ale to nie ekshibicjonizm, tylko logiczne zwieńczenie roli w „Alinie na zachód” Dobbrowa w reżyserii Pawła Miśkiewicza w warszawskim „Dramatycznym”. Roli starzejącej się kobiety spragnionej miłości, wyrzuconej na margines życia w starej stacji benzynowej na przedmieściu. Fascynujące, jak aktorka, poniekąd kradnąc (bez nielojalności) przedstawienie kolegom, faszeruje emocjami owo pragnienie, jak śmieje się i płacze naraz, jak walczy o ostatnie szanse i, przegrywając, zjeżdża na skraj obłędu – bez dosłowności, w symbolicznym uogólnieniu” – pisał Jacek Sieradzki. 

U Miśkiewicza zagrała także Czerwoną Królową w „Alicji” Lewisa Carolla oraz w „Kupieckich kontraktach” według Elfriede Jelinek, w Teatrze Polonia wystąpiła w teatralnym debiucie Małgorzaty Szumowskiej – monodramie „Badania terenowe nad ukraińskim seksem” według Oksany Zabużko. Kilka lat później zagrała Paulę Strasberg, mentorkę Marilyn Monroe, w głośnej „Personie. Tryptyku/Marilyn” w reżyserii Krystiana Lupy. 

„Paula Strasberg – Katarzyna Figura, przyjaciółka i mentorka, z jednej strony wspiera Marilyn, usiłuje wzmocnić jej kruche poczucie wartości i przekonuje ją, iż jest większa niż Chrystus. Z drugiej zaś – zazdrości jej, bo widzi w niej swoje młodsze, pod każdym względem znacznie doskonalsze odbicie. Kobiety łączy dziwna relacja, ni to macierzyńska, ni to erotyczna, ni to nienawistna” – pisała Anna R. Burzyńska w „Dwutygodniku”. 

Autorski spektakl Lupy opierał się w gruncie rzeczy zaledwie na jednym, fabularnym koncepcie. W schyłkowym momencie kariery Monroe uciekła z planu filmowego do opuszczonego, brudnego hangaru. W pustej hali zdjęciowej jest bardzo brzydko, czyli – jak to bywa w scenografiach projektowanych przez Lupę – zagadkowo pięknie. Paula, opiekunka i mentorka Marilyn, projektowała własne niepowodzenia prywatne i chorobę (Strasberg zaczynała chorować na raka) w zniewolone bóstwo, które częściowo stworzyła. Paula kochała Marilyn i jednocześnie jej nienawidziła. Była dla Monroe powiernicą, intrygantką, matką i morderczynią. „Niezwykła historia Marilyn Monroe i spotkanie z Krystianem Lupą było dla mnie niekończącą się lekcją nie tylko aktorstwa. I ten spektakl, który rodził się w bólach. Spektakl o miłości, o wygranych i przegranych. O każdym z nas, także o mnie” – wspominała Figura.

Tuż przed przeprowadzką na Wybrzeże, w Warszawie, ponownie w Teatrze Polonia, zmierzyła się z legendą Kaliny Jędrusik w monodramie „Kalina” w reżyserii Małgorzaty Głuchowskiej.  

„Katarzyna Figura mogła dzięki sztuce dramatycznej, wchodząc na poziom ekshibicjonizmu i rozpaczy, skowytu, wypowiedzieć samą siebie. Ze swojego upadku uczynić tworzywo, ze swojej przegranej trampolinę do sukcesu” – pisał w „Do Rzeczy” Andrzej Horubała.

„Figura daje z siebie wszystko i to na niej spoczywa ciężar przedstawienia. Zmysłowe atuty wykorzystuje bardzo oszczędnie: jej chrypka, zbliżona do głosu Jędrusik, cichnie zupełnie w prosto śpiewanych piosenkach. Jej bujne kształty, zbieżne z figurą gwiazdy „Kabaretu Starszych Panów” najbardziej wyeksponowane są w pierwszej scenie – teatru cieni. Mówi w niej, poruszając się z wolna, tekst o kamieniach szlachetnych. To sekwencja utrzymana w stylistyce starych reklam czy Teatrzyku Bim Bom z pamiętnego „Do widzenia, do jutra” Janusza Morgensterna. Kalina jawi się w nim jak zjawa. Zstępuje do nas ze sceny i daje się poznać już jako zwyczajna osoba. Można powiedzieć wręcz, że przez większość spektaklu ukrywa swoje wdzięki. Dokładnie przeciwnie niż wtedy, gdy Figura grała śpiącą Alę, po której pośladkach chodził krasnoludek w „Kingsajzie” – dodawała Adrianna Prodeus.  

Sama Figura podkreślała: „Kocham życie i jak mówi moja bohaterka, Kalina: „Nasze życie to największy i najpiękniejszy eksperyment jaki przyjdzie nam przeprowadzić” () Podjęłam ważne decyzje. Zmieniam swoje życie. Wierzę, że pokonam wszelkie trudności”.

Nieustanna gra

Piotr Szulkin u którego niegdyś debiutowała w „Ga, Ga – chwała bohaterom”, a po latach zagrała jedną z życiowych ról w „Ubu Królu” pisał w „Wysokich Obcasach”: „Obserwując Kasię, odkrywa się dziwną prawdę, że cała ona z jej rozchwianiem to nieustanna gra. Szukanie własnego obrazu – bo tym właśnie jest gra”.

Po trudnych wydarzeniach osobistych, ujawnieniu szokujących informacji o przemocy domowej, której była ofiarą, przeprowadziła się do Trójmiasta, gdzie odnalazła spokój i zawodowe spełnienie. 

W „Wybrzeżu” pracowała z Iwo Vedralem (Kleantis w „Wyspie Marivaux” Pierre’a de Marivaux), z Eweliną Marciniak (Kataklizm w „Ciągu” Michała Buszewicza), z Jarosławem Tumidajskim („Akt równoległy” Dereka Benfielda), z Adamem Nalepą (Elżbieta Tudor w „Marii Stuart” Friedricha Schillera), z Adamem Orzechowskim (Rastawiecka w „Tresowanych duszach” Gabrieli Zapolskiej), z Pawłem Aignerem (Pani Chybcik w „Wesołych kumoszkach z Windsoru” Williama Shakespeare’a), z Marcinem Liberem (Kobieta/Gwiazda w „Fahrenheicie 451” Marcina Cecki), Pią Partum (Maxime w „Nocy Iguany” Tennessee Williamsa), z Grzegorzem Wiśniewskim (Yvonne Blum w „Belli figurze” Yasminy Rezy, Fedra w „Fedrze” Jeana Racine’a), z Łukaszem Gajdzisem (Macocha w „Kopciuszku” Joëla Pommerata), z Janem Klatą (Helena w „Trojankach” Eurypidesa, Sędzia w „Balkonie” Geneta, Dotty w „Czego nie widać” Frayna), z Elżbietą Deptą (Teresa w „Emigrantkach” Radosława Paczochy), z Łukaszem Czujem (Zoppotina we „Wsopotiwziętych” Łukasza Czuja i Michała Chludzińskiego). 

W lipcu tego roku, na scenie Teatru Atelier, w spektaklu „Szary Anioł” Moritza Rinkego w reżyserii André Hübner-Ochodlo, zmierzyła się z postacią Marleny Dietrich. 

Po latach o Figurę upomniała się także Warszawa. Jesienią czekają nas dwa spektakle z udziałem aktorki: „Wspaniałe Horyzonty” Bess Wohl w reżyserii Rafała Szumskiego w „Teatrze 6. piętro” oraz „Prezent” Phil Olson w reżyserii Anety Groszyńskiej w Teatrze Komedia. 

Wygrana

We wrześniu miałem zaszczyt wygłaszać laudację na cześć Katarzyny Figury, tegorocznej laureatki przyznanej przez polskie koło Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych Nagrody imienia Ireny Solskiej za całokształt osiągnięć w teatrze. Nikt nie miał wątpliwości, że właśnie Figurze, wielkiej gwieździe polskiego kina, ta teatralna nagroda należy się szczególnie. 

Solska, nazywana egerią modernizmu, muza Witkacego, była w jakimś sensie bliska temperamentowi Katarzyny Figury – z jej predylekcją do podejmowania ryzyka, łączeniem skrajności, ale także palenia za sobą mostów. 

„Od lat z uporem pracuję, żeby traktowano mnie poważnie. W teatrze debiutowałam rolą Iriny w »Trzech siostrach« Czechowa, potem takich mądrych, pogłębionych ról bardzo mi brakowało. Przez lata grania głównie fantazmatów męskich namiętności konsekwentnie walczyłam o szerszy horyzont aktorski, ciekawsze propozycje. Ryzykowałam, przegrywałam i wygrywałam” – mówiła mi przed laty.

W końcu może mówić o spełnieniu. W jej aktorstwie jest słodycz, macierzyństwo, agresja. Aktorka roślinna. Bella Figura. 

Łukasz Maciejewski