Bazar w „ON (BAZ)AIR” nie jest realistycznie odtworzonym targowiskiem, lecz mitem zbudowanym z plastikowych skrzynek, dywanów, piosenek i używanych przedmiotów. W tym ciepłym, lekko baśniowym monodramie najważniejsze okazuje się to, czego nie da się zapakować do reklamówki: potrzeba bycia wysłuchanym i dostrzeżonym.
Kiedy ostatnio byliście na bazarze, pchlim targu albo zwykłym miejskim targowisku? Jeżeli odpowiedź nie przychodzi łatwo, bo było to nazbyt dawno, a tym bardziej jeśli z jakichś powodów nigdy nie przeżyliście takiej przygody, radzę się pospieszyć. Miejsca tego rodzaju istnieją zapewne od czasu, kiedy ludzkość wynalazła handel, ale nie wiadomo, czy pod naporem sklepów internetowych i dostaw do najbliższej skrzynki nie zaczną powoli znikać z mapy naszych miast. Późny kapitalizm ingeruje bowiem w samo ich sedno, czyli w bezpośrednie spotkanie sprzedającego z kupującym. Jeden chce coś sprzedać, drugi chce coś nabyć, lecz między nimi dzieje się jeszcze coś więcej – proces rozeznania, porozumienia i wymiany. I właśnie o tym „czymś więcej”, o owym naddatku, który zdaje się odpowiadać na pewien istotny deficyt naszych serc i umysłów, opowiada monodram „ON (BAZ)AIR” Rafała Derkacza i Agaty Biziuk.
Na nostalgiczną narrację o ginącej formie handlu nakłada się osobista perspektywa. Impulsem do powstania spektaklu stało się bowiem bardzo konkretne wspomnienie z dzieciństwa: pewnego razu mały Rafał zgubił się na jednym z takich bazarów. Tego kilkuletniego chłopca, bawiącego się uroczym, kolorowym wiatraczkiem, widzimy już na samym początku. Krąży między osobami zajmującymi miejsca na widowni i pyta, czy ktoś nie widział jego mamy. Przed chwilą jeszcze tu była, wystarczyło się odwrócić i puff – zniknęła. Tylko czy mały Rafałek na pewno szuka wyłącznie mamy? Karina Custom ubiera go w biały podkoszulek i dresy Adidas, a górną część garderoby zamienia w zabawną symbiozę stroju sportowego i fraka. Wygląda dzięki temu jak osobliwa krzyżówka dyrygenta, klauna i prestidigitatora. I tym wszystkim poniekąd jest. Potrafi poruszyć – szczególnie mocna pod tym względem jest relacjonowana przez kamerę opowieść kwiaciarza, który był bezsilny wobec depresji najbliższej dla siebie osoby – ale też rozbawić.
Na co dzień Rafał Derkacz związany jest z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu. W ciągu zaledwie kilku sezonów stał się prawdziwą gwiazdą tej sceny i wyraźnym ulubieńcem publiczności. Równie przekonująco wypada jako Carl Sagan, charyzmatyczny popularyzator nauki w „Złotych płytach” Mateusza Pakuły, jak i jako Brad – przemocowiec i morderca swojej partnerki – w „Grach wstępnych” Wiktora Rubina. Nie zamyka się przy tym w instytucjonalnym obiegu Capitolu. Uczestniczy w wielu innych projektach i przedsięwzięciach, także offowych. „ON (BAZ)AIR” jest jednym z nich.
Scenariusz powstał w ramach stypendium artystycznego Województwa Dolnośląskiego. Niektóre jego fragmenty inspirowane są książką Marty Hożewskiej „Miejsce życzliwe”, reportażem o Targu pod Młynem, w którym słynne wrocławskie targowisko ukazane zostaje jako osobny mikrokosmos. Wrocławski spektakl nie jest jednak kroniką konkretnego miejsca, co wyraźnie podkreśla scenografia Agaty Stanuli. Z jednej strony przywołuje bazar niemal mitologiczny, jakby wyjęty z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, z bogato ornamentowanymi dywanami i skojarzeniami z baśniowym Bagdadem z „Aladyna”. Z drugiej – rodzimy pchli targ, z jego prowizorycznością, niezgrabnością i patchworkową estetyką. Głównym budulcem są kolorowe plastikowe skrzynki. Ustawione jedna na drugiej, po prawej tworzą straganik, pośrodku zaś wielką ladę, na której stoi keyboard. Z tyłu, po lewej stronie, znajduje się niewielkie wzniesienie, a na nim słup z megafonami. Wystarczy kilka elementów – krzesło, światło, świecący napis „ON (BAZ)AIR” – by w teatralnym skrócie zbudować studio radiowe.
Przedstawienie jest próbą wsłuchania się w głos tego miejsca – miejsca, w którym, jak chce jedna z jego własnych legend, „bije serce miasta”. To przestrzeń, gdzie ogłoszenia o promocjach na nabiał u pani Krysi mieszają się z pytaniem: „A dla ciebie co, słoneczko?”. Gdzie sprzedawczyni z reklamówki potrafi wyczytać więcej niż niejedna księgowa ze skarbówki. Gdzie towary tworzą archipelag egzotycznych wysp, a ludzie – wyjątkową galerię postaci rzadko dopuszczanych do centrum teatralnej uwagi. Nie są ani wielcy, ani tragicznie mali. Najłatwiej byłoby nazwać ich „zwykłymi”, choć to określenie od razu wydaje się podejrzane, zbyt płaskie i niesprawiedliwe. Zwłaszcza że każdy z nich ma coś istotnego do powiedzenia w sprawach tak fundamentalnych jak miłość, czas czy samotność. Każdy jest tu trochę filozofem codzienności, uważnym antropologiem ludzkich dusz.
W ten sposób Derkacz i Biziuk tworzą pewien mit. Romantyzują bazar, świadomie uderzając w tonacje nostalgiczne, melodramatyczne, chwilami wręcz baśniowe. Nie robią tego jednak naiwnie. Wiedzą, że z tego samego materiału można by bez trudu wydobyć zupełnie inną opowieść: o konfliktach, bezwzględnej konkurencji, ludzkiej bezczelności, ekonomicznej konieczności i codziennym zmęczeniu. Tyle że twórców nie interesuje ani preparowanie zjawiska z reporterską precyzją, ani rozkładanie go na czynniki polityczne, ekonomiczne i klasowe. Z drugiej strony nie powiedziałbym też, że przesadnie bazar idealizują. Raczej świadomie wybierają jego jasną stronę i pilnują, by sentyment nie osunął się w czułostkowość.
Pomaga w tym Derkaczowi umiejętność znalezienia klucza do każdej z odgrywanych postaci. Nie tyle na poziomie samej formy – choć nie obywa się bez wyrazistych, łatwo rozpoznawalnych gestów i rysów, wierności detalom czy psychologicznej precyzji – ile na poziomie emocjonalnej bliskości i osobistej relacji. Z łatwością buduje ją zarówno z dresiarzem ogrywającym łatwowierną publiczność w trzy kubki, jak i ze sprzedawcą starych zegarków czy lokalnym kaznodzieją, który nawet Chrystusa byłby w stanie przekonać, żeby pobłogosławił bazarowi.
Każdy z nich ma też jakąś tęsknotę, pasję albo obsesję. Dresiarz od trzech kubków chce na przykład polecieć w kosmos, bo „od zawsze wie, że tam jest jego miejsce”. Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale właśnie w tej absurdalności jest coś rozbrajająco poważnego. Derkacz najpierw wydobywa z tych postaci ich marzenia, potem obudowuje je opowieścią, a w końcu kondensuje w piosence. Podobnie jak całe jego aktorstwo – bardzo sprawne warsztatowo – piosenka pracuje tu na emocjonalnej esencji, nie wpadając w ilustracyjny banał. Jest w niej ciepła ironia i czułość, co staje się możliwe także dzięki znakomitym aranżacjom Franciszka Dziubka. To młody, lecz wyjątkowo utalentowany kompozytor i muzyk, który w „ON (BAZ)AIR” po raz kolejny dowodzi, że nie pozostanie w cieniu znanej artystycznej rodziny. We wrocławskim przedstawieniu sprawnie zbliżył hity minionych dekad do klimatu spektaklu, charyzmy Derkacza i historii każdej z postaci. Słychać to już w „Niech żyje bal”, któremu przydał delikatności i lekkości, czy w przełamanym klubowym bitem „Rzuć to wszystko, co złe” Zbigniewa Wodeckiego. Z kolei „Czas nas uczy pogody” z dzwonkami wybrzmiewa tak świeżo, że spodobał mi się bardziej niż w oryginalnym wykonaniu Grażyny Łobaszewskiej. Usłyszymy też przeboje Vito Bambino, Bajmu oraz „Moją fantazję” z filmu o Panu Kleksie.
Derkacz, dwukrotny finalista Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, świetnie radzi sobie z tym wszystkim wokalnie. Równie dobrze odnajduje się w interakcjach z publicznością. Mało komu udałoby się przekonać całą widownię, by objęła samą siebie w ramiona i powiedziała z przekonaniem: „Odjebuję się od siebie!”. Publiczność w „ON (BAZ)AIR” zostaje więc realnie wciągnięta w bazarowy obieg. Na początku dostajemy lokalną walutę – kupon o wartości dziesięciu bazaronów – którą w trakcie spektaklu można spożytkować na różne sposoby. Można kupić przygotowywaną na naszych oczach zapiekankę, zagrać w trzy kubki, rzucić coś na tacę. Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia dało się też „zaadaptować” używane przedmioty ze skrzyni: butelkę na wodę, książkę czy inne pomniejsze drobiazgi. Trudno się właściwie dziwić, że jednym z mediów tego, co ludzkie, arcyludzkie, stają się w spektaklu właśnie przedmioty.
Derkacz i Biziuk mają już zresztą własną filozofię obchodzenia się z rzeczami. Doskonalili ją przy okazji „Mleka w tubce. O dzieciństwie w latach 90.”, przedstawienia, w którym gumy Turbo, karteczki z Kubusiem Puchatkiem czy konsola PlayStation nie były jedynie nostalgicznymi gadżetami, lecz kapsułami czasu – osobistego i pokoleniowego. W „ON (BAZ)AIR” przedmioty także mówią, pamiętają, przechowują doświadczenia. Najlepszym przykładem jest historia kawałka kartonu, który rozłożony w bazarowej przymierzalni zdążył zobaczyć rzeczy, których nie da się już odzobaczyć.
Widownia świetnie na to wszystko reaguje. Zarówno ta premierowa, zgromadzona na Scenie Restauracja w Capitolu we Wrocławiu, jak i festiwalowa publiczność z Jeleniej Góry, gdzie spektakl zdobył w głosowaniu Kryształową Pestkę Publiczności na XVII Międzynarodowym Festiwalu Teatrów i Kultury Awangardowej PESTKA 2026. Kiedy cała sala wstała do oklasków, było jasne, że Derkacz ma tę nagrodę właściwie w kieszeni. Nie była to zresztą jego pierwsza nagroda w tym mieście. I znowu dzieli tę wygraną z Agatą Biziuk. To dzięki jej reżyserskiej uważności półtoragodzinny monodram nie dłuży się i nie nudzi, chwilami pozostawiając nawet poczucie niedosytu, chęć pobycia dłużej z niektórymi postaciami. Spektakl świadomie otwiera się też na potrzebę pocieszenia, wsparcia, „przytulenia”, pozytywnych emocji i wspólnej zabawy. W teatrze często traktujemy takie potrzeby podejrzliwie. Moim zdaniem – niesłusznie. Widz, tak samo jak sprzedawca i klient na bazarze, też chce zostać zauważony. Chce poczuć emocjonalną bliskość z tym, co dzieje się na scenie. „ON (BAZ)AIR” daje mu taką możliwość bez wstydu i bez protekcjonalności. Bardzo bazarowy jest ten „ON (BAZ)AIR”.
Henryk Mazurkiewicz
