W spektaklu „Gods of Love” na scenie Komuny Warszawa słowo staje się ciałem. Najdosłowniej.
Sporą część spektaklu, za którym stoi tercet Magdy Kupryjanowicz, Marii Magdaleny Kozłowskiej i Oskara Malinowskiego, anektuje tekst. Nie ten wypowiadany przez performerów, którzy sięgają na scenie po inne narzędzia, ale wyświetlany na ciemnym ekranie. Pojawiają się na nim słowa wystukiwane na klawiaturze komputera przez siedzącą przy biurku w głębi sceny, oświetloną słabym punktowym światłem kobietę w białej sukience. Publiczność początkowo traktuje jej obecność jako błahy ozdobnik, element zaplecza spektaklu wyciągnięty na światło dzienne. Komunikaty mają charakter intymnych zwierzeń, pamiętnikarskich zapisków, fragmentów listów miłosnych, więc akt żywego zapisywania daje nam poczucie, że za komputerową czcionką jest czyjaś milcząca obecność.
I początkowo wydaje się, że do niej tylko ten zabieg się sprowadzi.
Jednak czeka nas niespodzianka – okazuje się, że za klawiaturą siedzi nie tylko autorka zapisków, ale też współtwórczyni koncepcji całego spektaklu, i jedna z jego performerek zarazem – dramaturżka Magda Kupryjanowicz. W połowie spektaklu postać grana przez Kupryjanowicz wstaje z krzesła, pozwala się rozebrać, zamordować i – przy udziale poproszonych o pomoc widzów – pogrzebać na scenie, biorąc w sposób ostateczny odpowiedzialność za swoje słowo i najdosłowniej umierając z miłości. Podczas gdy jej ciało, przykryte ziemią, leży na scenie, spektakl trwa nadal – słowo umiera, ale nie milknie głos (Maria Magdalena Kozłowska) i nie zatrzymuje się ruch (Oskar Malinowski). Władzę nad przedstawieniem przejmują tytułowi bogowie miłości.
„Gods of Love” to rozpisana na trzy postaci opowieść o namiętności łącząca wodę z ogniem, chłód dystansu i sarkastycznego momentami dowcipu ze zmysłowością, romantyczne „duszne” uniesienia z ciałem ogarniętym nieugaszoną gorączką. A zarazem – jest to rzadkie w polskim teatrze połączenie performatywnego eseju ze spektaklem mocno opartym na formie.
Przymiotnik „rzadki” ma tu kluczowe znaczenie, bo dzieła tercetu Kupryjanowicz-Kozłowska-Malinowski nie można często oglądać. Spektakl, wyprodukowany siłami trzech instytucji – poznańskiego Centrum Kultury Zamek, Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku i Komuny Warszawa – na swoim ostatnim, styczniowym pokazie zgromadził pełną widownię, ale trudno powiedzieć, kiedy będzie można liczyć na ciąg dalszy. To bolączka wielu podobnych inicjatyw, gdzie większość pary idzie w produkcję, a potem brakuje sił i środków na eksploatację. A szkoda, bo mamy tu do czynienia z intrygującym i artystycznie spełnionym eksperymentem, poszukiwaniem, gdzie polem badawczym jest cielesność, zmysłowość, namiętność, kobiece pożądanie, przede wszystkim to nieodwzajemnione. Twórcy przyglądają się jego symptomom i zadają pytanie o skutki – zarówno te dla ciała, jak i dla psychiki osoby zakochanej.
To też rzadki w polskim teatrze temat. Zmysłowa przyjemność, namiętność, rozkosz bywają za to całkiem często i z powodzeniem eksplorowane w performansach artystów z Europy zachodniej czy Ameryki Południowej, czego dowodem była ubiegłoroczna edycja festiwalu Santarcangelo – pokazywany na niej „Feral” Josefiny Cerdy trafił też na Boską Komedię, „Placebo Dances”, intymny taneczny spektakl Flavii Zaganelli można było wcześniej obejrzeć jako work in progress w krakowskiej Łaźni Nowej, a zestaw uzupełniła Clara Furey ze zmysłowym „Unarmoured”. Ta sceniczna reprezentacja wątków związanych z pożądaniem idzie w parze z ich silną obecnością w literaturze ostatnich lat – można tu wspomnieć choćby „Na czworakach” Mirandy July i „Trzy kobiety” Lisy Tadeo (i serial na podstawie tej książki). Tymczasem na polskiej scenie ciała częściej doświadczają opresji, bywają eksploatowane, nadużywane, rzadziej stanowią narzędzie przyjemności.
Jeśli ciała na scenie Komuny cierpią, to z tęsknoty za cudzym dotykiem, za tym, żeby stopić się w jedno z ciałem pożądanej osoby. Próbują sobie zatem tę nieobecność na rozmaite sposoby kompensować, poprzez słowo, ruch, głos. Narratorką „Gods of Love” jest osoba zakochana, która na podstawie objawów sama sobie stawia diagnozę: „Spóźniam się na wszystkie spotkania” – czytamy w pierwszym z jej wpisów. – „Gubię klucze, portfele, telefony. Odpisuję na spamy. Ważne maile usuwam. Nie odbieram mandatów. Mylę paczkomat z budką telefoniczną. Nie płacę za zakupy. Zaprzestaję zakupów. Odżywiam się gumą do żucia i brokatowym cieniem do powiek (…) Chcę ciągle wszystkim opowiadać o tobie, wyśpiewywać twoje imię z dachów kamienic, nadawać je parkom, placom, ulicom, stawiać mu pomniki, powtarzać jak mantrę”, do momentu, aż wszyscy wokół będą mieli tego dość.
W innym momencie jej wypowiedź układa się w list miłosny: „Jedyny, najdroższy, kim ty właściwie jesteś, jestem w pracy, ale nie mogę się skupić, cały czas myślę o tobie, cały czas coś do ciebie piszę (…) ty, drogi ty, najdroższy ty” – aż słowo „ty”, zwielokrotnione, anektuje cały ekran, na podobieństwo tekstowych instalacji Stanisława Dróżdża.
Kiedy osoby ukochanej nie ma w pobliżu, słowa stają się protezą zdolną pobudzić zmysły i wywołać pożar – jak każda proteza są jednak zawodne, niewystarczające, nieadekwatne, nie pozwalają zapomnieć, że istnieją „w zamian” i „w zastępstwie”.
Ciało, słowo i głos nie rywalizują ze sobą w tym spektaklu, ale szukają nieustannie takiej formuły, która pozwoli im na harmonijne współistnienie. Jeśli pojawiają się w tej harmonii zakłócenia, to są one kwestią proporcji – bo choć Kupryjanowicz napisała angażujący odbiorcę, namiętny i zabawny zarazem tekst, to jego projekcje trwają czasem o kilkanaście sekund zbyt długo, sprawiając, że zaczynamy wiercić się na krzesłach, tęskniąc za momentem, kiedy scenę ożywią swoją obecnością performerzy.
Kupryjanowicz i Kozłowska, wokalistka, performerka, reżyserka współpracowały już wcześniej – w Szczecinie przygotowały spektakl „Foki” w Teatrze Współczesnym, rodzaj scenicznego mockumentu, w którym teatralnych artystów dopada kryzys na wieść o sukcesie inscenizacji „Grażyny” Mickiewicza przygotowanej przez foki w fokarium i w odpowiedzi podejmują ostatnią próbę przekonania publiczności, że ludzki teatr ma jeszcze sens. Tu pojawiają się w tercecie, uzupełnionym o postać Oskara Malinowskiego, tancerza i choreografa. Przy czym przez większość spektaklu rola Kupryjanowicz sprowadza się do milczącej obecności (artystka przejmuje pałeczkę dopiero w finale) i to sceniczna obecność Kozłowskiej i Malinowskiego pobudza nasze zmysły.
Jan Tomza-Osiecki, który w programie występuje jako autor kostiumów, zaprojektował dla tej dwójki bóstw de facto rodzaj biżuteryjnych rekwizytów, które noszą jak ozdoby. To części ciała – dłonie, stopy, palce, z których zrobiono naszyjniki i bransoletki, upiornie bordowo-sine, jak kawałki nadpsutego mięsa wykopane z grobu. To też kości – kiedy sięgamy do taczki z ziemią, żeby zaczerpnąć z niej garść, którą przykryjemy ciało jednej z performerek, natrafiamy na te twarde, lśniące obiekty, które w finale ułożą się w słowo „LOVE”. Eros splata się tu nieustannie z Tanatosem, ciało pożądane staje się ciałem martwym, a jego oderwane, odcięte, odgryzione części bogowie noszą na sobie jak fetysze i jak plemienne ozdoby. Ale też – jako trofea z miłosnych, wojennych potyczek, świadectwa niszczącej siły namiętności, która czasem niebezpiecznie zbliża się do przemocy. Tych rekwizytów jest więcej – to gumowa pierś leżąca na scenie, która stanie się narzędziem rozkoszy, to jądra zawieszone w pończochach, poruszane drganiami nóg przez Kozłowską i unoszące się wokół szyi Malinowskiego w rytm transowej muzyki.
Audiosfera spektaklu to – poza odgłosami wydobywanymi z ciał aktorów – niemal wyłącznie głos Kozłowskiej, która jest autorką muzyki do „Gods of Love”; żywy, ale również nagrywany i zwielokrotniany. Słyszymy pojedyncze wyśpiewywane frazy, sylaby, westchnienia, jęki – całe utwory są z nich zbudowane. Ale są też evergreeny – z tym że skoczną „Milkshake” z repertuaru Kelis Kozłowska rozciąga, zamieniając ją w song kusicielki, a „All of me” z repertuaru Billie Holiday, podane w autorskiej, deformującej linię melodyczną interpretacji zamienia się w niepokojącą pieśń „kobiety do zjedzenia”.
Zresztą „Gods of Love” w dużym stopniu opiera się na jej mocnej, scenicznej obecności – jeszcze kiedy publiczność zajmuje miejsca na sali, widzimy jej twarz na ekranie. Jest tak, jakby ćwiczyła przed lustrem grę w uwodzenie – przechyla głowę, uśmiecha się, rozchyla wargi, odsuwa włosy z czoła, mruży oczy, omdlewa z pożądania. Kozłowska ma w sobie magnetyzm tych wielkich div z odległych epok, skupia na sobie spojrzenia, elektryzuje, jest w stanie w ciągu kilkunastu sekund uwieść publiczność. I może także dlatego w „Gods of love” Malinowski jako jej sceniczny partner schodzi na dalszy plan – spektrum narzędzi, jakimi posługuje się Kozłowska jest szersze, obejmuje zarówno wokalistykę, jak i ruch sceniczny czy aktorstwo dramatyczne. Te zaburzone lekko w jej kierunku proporcje wydają się jednak pokojowo wynegocjowane – w końcu w centrum opowieści jest kobiece pożądanie. Zarazem Malinowski jest autorem choreografii spektaklu, która opiera się nie tylko na tradycyjnym ruchu scenicznym, ale też na rozmaitych poruszeniach w mikroskali, wydobywanych i uwidacznianych przez obiektyw kamery Danylo Heorhiieva, która sprawia, że pękające pęcherzyki śliny czy taniec trzepoczących języków są na ekranie doskonale widoczne.
W finale Kozłowska wykopuje z grobu autorkę, żeby zapytać ją, w jaki sposób ciało wpływa na jej pisanie. Spektakl zmienia formułę przyjmując charakter wywiadu – to opowieść o tym, jak libido zarządza nie tylko sferą erotyczną, miłosną, ale i kreatywnością, jak pisanie powoduje podniecenie i jak poszukiwanie własnego pisarskiego języka stawia nas przed koniecznością nieustannego przekraczania wstydu.
Finał należy już do nas – „zmartwychwstała” postać Kupryjanowicz podchodzi z mikrofonem do widzów, zadając im pytania o miłość, seks, pożądanie. Odpowiedzi są krótkie – nagrane układają się w kończący spektakl utwór.
Magda Piekarska
