Recenzje

Dowody na (nie)istnienie

| 10 minut czytania | 203 odsłon

„System Sulta”, legnicki spektakl Mateusza Pakuły, koncentruje się wokół konfliktu wiary i rozumu. Ale pokazuje też zwierciadło zasiadającym na widowni racjonalistom i ateuszom. Widok jest niezbyt przyjemny – bo mało sympatyczni bohaterowie zamiast innych bogów na równie wysokich piedestałach stawiają samych siebie.

fot. Karol Budrewicz
fot. Karol Budrewicz

Na Scenie na Piekarach legnickiego Teatru Modrzejewskiej oglądamy adaptację powieści Macieja Miłkowskiego. Teatralny „System Sulta” jest pierwszym spektaklem w dorobku Mateusza Pakuły powstałym w oparciu o cudzy tekst. I jest zarazem kolejną rundą sparingu, w którym twórca „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” boksuje się z religią i z Kościołem.

I pod tym właśnie względem ta jego odsłona zaskakuje najbardziej, ale nie w sposób, jakiego byśmy się po niej spodziewali. Bo jeśli chodzi o samą debatę, która toczy się w ramach scenicznej opowieści, niespodzianek nie będzie – ci, którzy oglądali „Latającego potwora spaghetti”, farsę religijną wystawioną w krakowskiej Łaźni Nowej, rozpoznają część argumentów, po które – w sporze z Szatanem, a później i z Jezusem – sięga jej bohater, Bobby Henderson. Nie będzie też ani spektakularnych nawróceń, ani równie niespodziewanych aktów utraty wiary – nikt nikogo nie przekona, bohaterowie pozostaną przy swoich racjach. Najciekawsze okaże się jednak to, jak odsłonią się w trakcie sporu i jak wraz z opadnięciem masek niepostrzeżenie przesunie się wektor naszych, widzowskich sympatii – wychodząc z sali, zastanawiałam się, w ilu wypadkach odwrócił się wbrew naszym światopoglądom. I czy tylko ja wyszłam z teatru z przekonaniem, że tak zwyczajnie, po ludzku, najbliżej mi tu do katolickiego księdza, granego przez Łukasza Kucharzewskiego, który wydał się najsympatyczniejszą postacią.

W powieści Miłkowskiego punktem wyjścia dla fabularnej ramy jest sądowa interwencja pewnego cwanego prawnika, niejakiego Gargasa, który niestety we własnej osobie ani na kartach „Systemu Sulta”, ani w jego scenicznej adaptacji, nie występuje. Niestety, bo musi to być barwna postać, być może jakaś wyposażona w pazerność odmiana Bobby’ego Hendersona, który w swoim sporze o religię, i w ugotowanej al dente prowokacji wobec Kościoła katolickiego pozostał jednak ideowcem. Po tym, jak Gargas opatentował koło (bo nikt przed nim jakoś na to nie wpadł) i procesował się o działki na Księżycu, wytacza kolejne działa – oto reprezentując pewnego obywatela, pozywa Kościół o oszustwo. Instytucja miała powodowi niezgodnie ze stanem faktycznym wmówić istnienie Boga i na tej podstawie wyłudzać przez siedemdziesiąt lat oddawane rzetelnie co niedziela na tacę datki. Jeśli Bóg nie istnieje, można ubiegać się o odzyskanie tych kwot wraz z odsetkami, a jeśli to się to uda, w ślady klienta Gargasa pójdą kolejni, co może zagrozić finansowym krachem Kościoła katolickiego w Polsce, a w konsekwencji wywołać poważny społeczny i polityczny kryzys. W tej sytuacji rząd głosem ministry sprawiedliwości (Anita Poddębniak) zwraca się do młodego i rzutkiego profesora filozofii, ateisty Michała Sulta (Paweł Palcat) o rozstrzygnięcie kluczowej kwestii, ten zaś, dbając o przejrzystość diagnozy, powołuje komisję, do której trafia ksiądz i fizyk zarazem, Adam Konarski (Łukasz Kucharzewski), reżyserka teatralna Karolina Grad (Aleksandra Listwan), doktor Zofia Sawicka, lekarka pracująca w hospicjum (Zuza Motorniuk), psycholog Robert Matracki (Mateusz Krzyk) i modny pisarz, słynący z antyklerykalnych poglądów – Marek Berg (Bartosz Bulanda), a także statystyczny Polak, Piotr Nowak (Jakub Stefaniak). Każdy z nich ma przydzielone zadania w zakresie prac komisji – na przykład ksiądz ma zreferować dowody na istnienie, pisarz na nieistnienie Boga, i na pozór wszystko toczy się zgodnie z planem, w dodatku nieco przewidywalnie, zwłaszcza odkąd zdamy sobie sprawę, że metafizyczne ciągoty reżyserki nie wystarczą, żeby opcja wiary zyskała większość. Wprawdzie przez moment wydaje się, że uczestnicy obrad całkiem serio biorą pod uwagę społeczne i polityczne konsekwencje ostatecznego rozstrzygnięcia, że zaprząta ich – jak bohaterów książki Miłkowskiego – pytanie o to, jak będzie wyglądała Polska bez Boga, ale szybko staje się jasne, że głosować będą w zgodzie z własnym, nie publicznym, interesem.

Dramaturgicznie spektakl jest oparty o spór o kluczową kwestię, spór, który z biegiem czasu odsłania własną jałowość, co w spektaklu Pakuły zostało od razu zasugerowane przez scenograficzny zabieg Justyny Elminowskiej, usadzającej komisję przy stołach pingpongowych – jeszcze zanim akcja ruszy, wiemy, że czeka nas zabawa w erystyczne odbijanie piłeczki. Rama debaty stanowi prawdziwe wyzwanie dla teatru, w którym filozoficzne spory zazwyczaj były jednak wprzęgnięte w szerszy fabularny koncept. A choć wydawać by się mogło, że Pakuła na tej formule polegnie – bo przecież trudno zadziałać bardziej sobie i widzom wbrew, sadzając aktorów na czas trwania spektaklu na krzesłach, toż i w „Wycince” Krystiana Lupy coś się przecież więcej w dusznym wiedeńskim salonie dzieje, poza stukaniem sztućców o porcelanę przy nakrytym do kolacji stole – to z czasem okazuje się, że w tym założeniu jest metoda i fascynująca dla uważnego widza przygoda, w której możemy rozszyfrować, co kolejne postaci mają w zanadrzu. I nie, nie chodzi tu o efektowny i przez większość obsady znakomicie wykorzystany zabieg, w którym każdy z bohaterów odsłania swoje wewnętrzne „ja” w tanecznych etiudach do elektronicznych kawałków brytyjskiej grupy Metronomy, z talentem zainscenizowanych przez odpowiedzialną za choreografię Dominikę Wiak – pod wpływem „Old Skool” sztywna jak kij od miotły doktor Sawicka wpada w taneczny trans, a w rytmie „Night Owl” nieśmiały do granic psycholog Matracki nabiera odwagi do zalotów. Nie chodzi też o szkicowane na przemian subtelnie i bardziej dosadnymi środkami przez obsadę drugoplanowe gierki, napięcia i wyładowania między postaciami – uwodzenie Matrackiego przez reżyserkę Grad, bynajmniej nie erotyczne iskrzenie między Sawicką a Bergiem, manipulacje Sulta czy wzbierającą – w obliczu przewagi przeciwstawnej opcji światopoglądowej – furię księdza Konarskiego. I także – tu już chyba najmniej – nie chodzi o zalążek parakryminalnej intrygi, której ta grupa osób dość przecież przenikliwych nie potrafi rozsupłać. Raczej o sumę tych wszystkich obserwacji, która układa się w niepokojącą konstatację – owszem, jesteśmy na dobrej drodze do obalenia idei Boga, ale czy mamy coś do zaproponowania w miejsce po religii? Kto zastąpi skompromitowanych kościelnych hierarchów, dla których ksiądz Konarski jest kiepskim reprezentantem, bo – o ile wiemy – sam bez ciężkich grzechów na sumieniu, światopoglądowo otwarty i światły? Miłkowski i Pakuła pokazują nam dość ponurą perspektywę – stojący na czele komisji profesor Sult to nieznośny egotyk i manipulator, i nie wierzcie mu, kiedy daje się prosić i przekonywać w rozmowie z ministrą – w swoim udziale w sprawie Gargasa widzi wyłącznie trampolinę do własnych przyszłych sukcesów. Sawicka jest staroświecką sztywniarą, na pozostałych spogląda z góry – nawet jeśli jako lekarka wykonuje kawał dobrej roboty, to nie będzie w stanie nikogo do tego dobra przekonać. Berg jest zarozumiałym dupkiem, jeśli widzi jakiegokolwiek boga we wszechświecie, to jest nim on sam dla siebie. Grad na pozór jest czarująca, z pewnością biegła w sztuce uwodzenia do tego stopnia, że jej ofiara nie dostrzega, kiedy wpada w sieć tej modliszki – może nie zostanie pożarta, ale z pewnością porzucona, kiedy tylko przestanie jej być potrzebna. Matracki będzie długo lizał rany po spotkaniu z nią – i bez tego jest kłębkiem społecznych lęków i kompleksów. Statystyczny Nowak nie bardzo wie, po której stronie się opowiedzieć, ale na wszelki wypadek uśmiecha się do wszystkich, nawet jeśli kopią go po łydkach. Mamy więc zręcznych manipulatorów z całkowicie ludzkiego piekła rodem lub poczciwców, którzy nie byliby w stanie porwać tłumów – bilans jasno wskazuje, że ludzie uwolnieni od władzy kościelnych hierarchów nad ich umysłami, szybko wpadną w inne, równie niebezpieczne sidła – co w świecie rzeczywistym już się dzieje – kryzysowi religii towarzyszy rozkwit teorii spiskowych, spadek zaufania do naukowych autorytetów i wzrost wiary w zjawiska paranormalne. Zresztą nawet w spektaklu światłe, racjonalne umysły, łatwo wpadają w podobną pułapkę.

W swoich poprzednich spektaklach, przede wszystkim w „Jak nie zabiłem…” i w „Latającym potworze spaghetti” Pakuła jawił się jako ostry przeciwnik religii i kaznodzieja przeciwstawionego jej porządku opartego na racjach rozumu. W obecności Kościoła w życiu społecznym Polaków widział rodzaj zniewolenia, nieznośnej opresji – z hierarchami, których nie obowiązują zasady dotyczące maluczkich, z ich możliwością wpływania na system prawny, któremu wszyscy podlegamy, z nienawiścią sączącą się z ambon. I to się nie zmieniło, a jednak choć „System Sulta” nie jest tak emocjonującym rollercoasterem jak krakowsko-kielecki głos w sprawie eutanazji, choć nie pełni też funkcji odreagowania poprzez śmiech religijnej opresji jak „Latający potwór”, to daje coś w zamian – pogłębione spojrzenie na możliwe konsekwencje wyrugowania Kościoła ze społecznego życia, ale też – pozbawione sentymentów spojrzenie w lustro. Bo być może my, ateiści, oferujemy trzeźwe, pozbawione sentymentów spojrzenie na świat, może nie mamimy nikogo wizją wiecznej kary i wiecznej nagrody za ziemskie uczynki, oczekując bardzo konkretnej odpowiedzialności za nie tu i teraz, ale czy jesteśmy pozbawieni grzechów, które przypisujemy wielkim macherom od religijnego opium, z grzechem pychy na czele? 

W tej pierwszej za legnickiej dyrekcji Łukasza Czuja premierze (choć zaplanowanej jeszcze przez Jacka Głomba, który zaprosił Pakułę do Legnicy)  aktorzy Modrzejewskiej wnoszą na scenę nową, zaskakującą jakość. Zwykło się o nich mówić „drużyna” czy „rodzina” Modrzejewskiej, teraz jednak, trochę na przekór tym truizmom, za to w zgodzie z ideą opowieści, w której zderzają się ze sobą silne indywidualności, oglądamy nie tyle team (choć oczywiście precyzyjnie rozpisana partytura spektaklu wymaga zespołowego działania), co koncert złożony z popisów solowych, z uwerturą w wykonaniu tytułowego Sulta (Paweł Palcat w formie) i równie porywającymi etiudami pozostałych członków tego septetu. Teatr Modrzejewskiej brał na warsztat i Szekspira, i Czechowa, i Dostojewskiego, ale nie miał dotąd w swoim dorobku spektaklu, w którym wszystkie postaci dramatu byłyby sobie wzajemnie tak całkowicie obce i jeśli nie wrogo, to przynajmniej podejrzliwie do siebie nastawione, a przez to tak osobne. W fabularnym sporze wygrywają ci, którzy pozostaną „w roli”, nie wychodząc z siebie – zachowując ostrożność, nie przekraczając granic własnej kreacji stworzonej na potrzeby konferencji. Dlatego właśnie, choć wielką przyjemność sprawiało mi oglądanie lodowatej Grad Aleksandry Listwan, czy Matrackiego Mateusza Krzyka, wytaczającego ostre działa przeciwko Kościołowi zalęknionym głosem, albo sztywnej i wyniosłej Sawickiej Zuzy Motorniuk, to najciekawiej robiło się, kiedy ksiądz Kucharzewskiego i jego antagonista, zblazowany pisarz grany przez Bulandę łamali ten dystans – dając się ponieść emocjom, jak pierwszy, czy świadomie przekraczając granice, jak drugi.

Osobną jakością jest scenografia Justyny Elminowskiej, która również zaskakująco zagrała w przestrzeni Sceny na Piekarach, która dotąd wydawała się być stworzona dla garażowych, punkowych przedstawień, takich jak „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka, „III Furie” Marcina Libera, czy – do pewnego stopnia – „Juliusz Cezar” Błażeja Bigasiewicza, który do tego dziedzictwa nawiązywał. Tymczasem teraz, wchodząc na widownię, zastajemy ascetycznie, ale zarazem elegancko zaprojektowaną przestrzeń, z ciągiem stołów, krzesłami i zasłonami, które w pewnym momencie rozsuwają się, otwierając scenę na znajdującą się tuż za nią ulicę. Sklep meblowy oferujący zabudowy nietypowe i systemy szaf przesuwnych wydaje się na wyciągnięcie ręki, przechodnie spacerujący w zimowy, niespodziewanie śnieżny wieczór zaglądają przez szybę do sali konferencyjnej – oto kawałek świata, o którego przyszły światopoglądowy kształt toczą spór bohaterowie. Po bokach sceny ściany z lekko zniekształcających odbicie luster; profesor Sult na początku spektaklu wpatruje się w ich powierzchnię z uwagą badacza, ale jeśli patrzy w swoje odbicie, to tylko po to, żeby sprawdzić, czy krawat jest dobrze zawiązany i czy wygląda tak jakby chciał – na człowieka sukcesu.

Magda Piekarska

Tytuł spektaklu

System Sulta

Autor(ka) tekstu

Maciej Miłkowski

Teatr

im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy

Reżyser(ka)

Mateusz Pakuła

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

23.11.2025

Obsada

SULT (Michał Sult, profesor filozofii)

Paweł Palcat

KS. KONARSKI (ks. Adam Konarski, profesor fizyki)

Łukasz Kucharzewski

DR SAWICKA (dr Zofia Sawicka, lekarka)

Zuza Motorniuk

GRAD (Karolina Grad, reżyserka teatralna)

Aleksandra Listwan

MATRACKI (Robert Matracki, psycholog, psychoterapeuta)

Mateusz Krzyk

BERG (Marek Berg, pisarz)

Bartosz Bulanda

NOWAK (Piotr Nowak, przeciętny Kowalski)

Jakub Stefaniak

Ministra głos z offu

Anita Poddębniak

Realizacja

adaptacja, reżyseria i opracowanie muzyczne

Mateusz Pakuła

scenografia i kostiumy

Justyna Elminowska

produkcja dźwięku

Antonis Skolias

wideo

Olga Balowska

choreografia

Dominika Wiak

reżyseria światła

Paulina Góral

inspicjent i sufler

Mariusz Sikorski

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany