Na przekór rosnącej popularności „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak, które doczekały się już trzech scenicznych realizacji w niespełna półtora roku, Jolanta Janiczak nie sięga po opowieści o naszych babkach, ale na przykładzie Marii odsłania losy jednostek wykluczonych w dawnej wsi.
Kamera śledzi kieleckiego aktora Dawida Żłobińskiego, który jedzie z taczką. Na niej spoczywa olbrzymia makieta dłoni z wyciągniętym palcem wskazującym, gestem jednoznacznie oceniającym. Spektakl „Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty” Teatru Żeromskiego w Kielcach rozpoczyna projekcja dokumentu. Twórcy pod kierunkiem Łukasza Surowca nakręcili wideo w okolicach wioski Potok pod Opatowem, znikającej z powodu przejmowania gruntów przez pobliską cementownię Ożarów – drugą pod względem wydolności produkcyjnej w kraju. Na ekranie widać zresztą w tle industrialny „pejzaż” przedsiębiorstwa, które powstało w latach siedemdziesiątych XX wieku. Łatwo sobie wyobrazić, że w przyszłości będzie tu świętokrzyska Miedzianka. Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin szukali we wspomnieniach mieszkańców Potoka śladów bohaterki ich przedstawienia – Marii Wojdan. Przed drugą wojną światową kobieta żyła z czworgiem nieślubnych dzieci poza wioską, w wykopanej przez siebie ziemiance. Dzisiaj w Potoku mieszka na stałe tylko pięć rodzin, a historia Marii nie funkcjonuje już w lokalnej pamięci. Jeden z rozmówców wskazuje jednak las, w którym według opowieści jego babci miała mieszkać kobieta. Dawid Żłobiński znajduje tam opuszczony dom, a w nim drzwi. Bierze je na plecy i zabiera ze sobą. Gest z filmu zostaje przedłużony na scenie: aktor wchodzi z kulis, niosąc drzwi, tym samym przenosząc archiwalny ślad w teatralną rzeczywistość.
Tandem scenograficzny, Łukasz Surowiec i Marta Szypulska, zainspirował się statusem „zanikającej” wsi, którą niczym biblijny potop pochłania cement. Zaprojektowali wieloznaczną przestrzeń, zalaną czarnym welurem, którym wysłane są klepisko, ściany i zwisająca ze sztankietów konstrukcja przypominająca powalę pokrytą czarną papą. Ważnym elementem jest długa srebrna rynna z prawej strony sceny – to jednocześnie potok i ściek, którym z ubojni spływa krew zwierząt. Co pewien czas któryś z aktorów, ubranych w skromne białe chłopskie stroje, wylewa z niej wodę, by z jej ujścia zaczerpnąć kolejne wiadro. W przestrzeni porozrzucane są worki z cementem i zwisają konopne liny. W moim odczuciu twórcy symbolicznie porównują dzisiejszą cementownię do ubojni świń działającej na początku XX wieku we wsi Potok. Obie formy działalności, za Pierre’em Bourdieu, traktując jako „zdegenerowany kapitał”, który doprowadził do rozpadu wspólnoty i środowiska naturalnego.
Ubojnia daje zarobek większości mężczyzn z wioski – to w niej pracują ojciec Marii, mąż jej siostry Zofii, chłopy, które nie są w stanie wyżyć z roli. Któryś z tych mężczyzn, być może także właściciel zakładu (Wojciech Niemczyk), jest ojcem pierworodnego dziecka Marii. Narracja prowadzona jest z perspektywy najstarszego syna bohaterki (Dawid Żłobiński), postaci dopisanej przez dramatopisarkę. To dziennikarz z dużego miasta, który mimo klasowego awansu mierzy się z depresją i doświadczeniem Dorosłych Dzieci Alkoholików. Z prywatnej, emocjonalnej perspektywy opowiada widzom o zbrodni w Potoku: o tragicznej śmierci najmłodszego dziecka Marii i o kradzieży jego ciała przez chłopów, którzy, zgodnie z lokalnymi zabobonami, zatapiają żyły zmarłego bękarta w wosku. Tak powstała świeca po zapaleniu ma zapewniać niewidzialność. Pragnienie bycia niewidocznym w obrębie chłopskiej wspólnoty oznacza nie tylko posiadanie przewagi, mocy nad tymi, którzy wydają się bogatsi, lepsi, przychodzą z miasta, lecz także zgodę na przekroczenie norm i robienie tego, na co w innym porządku nie byłoby przyzwolenia. W opisie spektaklu wymienione są treści dla widzów wrażliwych, dodałabym jednak wyraźną informację o drastycznych scenach z użyciem realistycznej lalki niemowlęcia. Trudno zapomnieć obraz wyjmowania żył z ręki dziecka, nawet jeśli była to tylko lalka.
Na przekór rosnącej popularności „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak, które doczekały się już trzech scenicznych realizacji w niespełna półtora roku, Jolanta Janiczak nie sięga po opowieści o naszych babkach, ale na przykładzie Marii odsłania losy jednostek wykluczonych w dawnej wsi. Inspiracją stała się historyczno-antropologiczna książka Olgi Zadurskiej „Naznaczeni od Pana Boga. Obcy wśród swoich na wsi polskiej XIX i początku XX wieku” z 2021 roku. Kulturoznawczyni analizuje w niej na podstawie pamiętników, relacji ludowych i literatury z XIX i początku XX wieku postrzeganie i funkcjonowanie w społecznościach wiejskich osób z niepełnosprawnościami fizycznymi i psychicznymi, chorych na epilepsję czy posiadających cechy atypowe. Twórcy przedstawienia konsekwentnie splatają prywatną traumę Stanisława Wojdy z narracją potockiej społeczności, pamięć jednostki z tłumaczeniami zbiorowości oskarżonej o brak humanitaryzmu. Podoba mi się ta wieloperspektywiczna i międzypokoleniowa narracja, oddająca głos zarówno Marii, jej dzieciom, jak i mieszkańcom Potoku. Zgodnie z podtytułem „Ćwiczenia ze wspólnoty” spektakl pokazuje złożony i niejednoznaczny obraz społeczności, w której przemoc i ostracyzm (często, choć nie zawsze) okazują się silniejsze niż empatia i opieka nad wykluczonymi. Przyczyny takiego stanu (momentami nieco moralizatorsko) padają ze sceny wprost: to skrajna bieda, przymuszanie kobiet do wielodzietności i przemoc domowa, alkoholizm, brak wspólnych celów i wartości, wreszcie – jak w przypadku Marii Wojdy podejrzewanej przez twórców o bycie w spektrum – lęk przed innością. Kto ma doświadczenie współczesnej wsi czy lokalnych wspólnot opartych na patriarchacie, ten łatwo rozpozna, jak wiele z tych wątków pozostaje dziś niepokojąco aktualnych.
Decyzja Wiktoria Rubina i Jolanty Janiczak (współpraca reżyserska), aby wykorzystać archiwa sprawia, że spektakl staje się dotkliwie autentycznym reportażem śledczym. Cytowane są fragmenty wycinków z gazet o zbrodni w Potoku, a na ekranie nad głowami aktorów wyświetlono zdjęcie Marii Wojdy. I może jestem naiwna, ale chcę wierzyć, że ta fotografia kobiety ze zrośniętymi brwiami i magnetycznym spojrzeniem nie została wytworzona przez sztuczną inteligencję. Uwagę zwraca charakteryzacja Anny Antoniewicz, która jest łudząco podobna do kobiety na zdjęciu. Aktorka z dużym emocjonalnym zaangażowaniem prowadzi rolę. A do zagrania ma wiele – prawie nie schodzi ze sceny w trakcie dwugodzinnego przedstawienia – momenty opresji, jak ten wyrzucenia z domu z dziećmi na zimno, chwile zadurzenia alkoholowego, w których nieprzytomną matką opiekują się dzieci, scena udzielania pierwszej pomocy dziecku i jego śmierć czy wreszcie celowo estetyzowana scena przemocy seksualnej. W trakcie dożynek, kiedy z głośników rozbrzmiewa pieśń ludowa „Lipka”, miejscowi mężczyźni rozbierają Marię do pasa w górę, a pod spódnicą golą jej brzytwą nogi, sięgając ostrzem coraz wyżej i wyżej. Ta półnaga wiejska czarownica przykłada potem do piersi dziecko. Początkowo denerwował mnie język Marii – wypowiada się z perspektywy trzecioosobowej, jest bierna, nie ma poczucia sprawczości, na pytania syna-narratora odpowiada zdawkowo. Jest bohaterką nieuchwytną, opowiedzianą przez innych, utkaną ze wspomnień dzieci. Może dlatego Annie Antoniewicz nie udało się na moim pokazie zaangażować publiczności w interakcję. Widzowie i widzki zostali poproszeni o wrzucenie do kapelusza karteczek z wyznaniem, jeśli zostali zgwałceni. Wydaje mi się, że taki format aktywizacji publiczności nie działa, jeśli gwałt pozostaje wątkiem drugoplanowym, wpisanym w szerszy kontekst przemocy, a z samymi widzami od początku nie została zbudowana głębsza relacja.
To, co szczególnie mnie zainteresowało w „Potoku”, to więź między Marią a jej dziećmi, czyli rzadko podejmowany w teatrze temat dorastania COA przy dysfunkcyjnej samodzielnej matce. W rolach córek Marii występują nastoletnie córki aktorów Żeromskiego – Tola Ośka i Bogna Żłobińska. Ich sceny mają dużą siłę, bo stawiają nieme pytanie: czy lepiej mieć matkę wykluczoną ze społeczności i uzależnioną, czy nie mieć jej wcale? Humorystycznym przerywnikiem staje się transmisja prowadzona przez dziewczyny w mediach społecznościowych do rówieśników, trochę o domowej roboty makijażu z lat trzydziestych, trochę o codziennym życiu z matką w ciągu alkoholowym, trochę o życiu dzieci aktorów. Młode performerki zręcznie splatają biografie dzieci Wojdan z doświadczeniem osamotnienia dzieci artystów dorastających samotnie w garderobach. Scena ta rozładowuje napięcie na widowni, choć wprowadzenie kolejnego pobocznego wątku wspólnoty aktorskiej nieco rozluźnia dramaturgię całości.
To bardzo udany artystyczny powrót po latach Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak na kielecką scenę. „Potok” jest ich szóstą realizacją w tym teatrze. Nie jest kontynuacją tematyki z chociażby kaliskiej „Carycy Katarzyny”, raczej dopełnia linię zapomnianych bohaterek razem z „I tak nikt mi nie uwierzy” i „Mrowisko: z życia dobrej służącej” z Teatru Fredry w Gnieźnie, choć nie sprowadzałabym tego spektaklu do kolejnej herstorii. Kielecki zespół bardzo dobrze odnajduje się w estetyce Wiktora Rubina i trudnej materii słownej Jolanty Janiczak, niestroniącej od wulgaryzmów i stylizowanej składni językowej. Znakomicie partnerują sobie Dawid Żłobiński z Anna Antoniewicz. Jak zwykle silnym duetem są Wojciech Niemczyk i Andrzej Plata jako właściciel i pracownik ubojni oraz Beata Pszeniczna i Łukasz Pruchniewicz jako rodzice Marii. Tym, co w kieleckim spektaklu mnie uwiera, pozostaje interakcja i nieco moralizatorski ton, w którym powraca teza o odpowiedzialności wspólnoty za wszystkich jej członków. Dwukrotnie cały zespół staje ze świecami w dłoniach przy rancie sceny i patrzy na publiczność z bezgłośnym wyrzutem. A nad nimi unosi się uwieczniony na filmie palec Boży. I podobnie jak w innych spektaklach ta strategia nie przynosi oczekiwanego efektu. Ćwiczenia ze zbiorowej odpowiedzialności jeszcze przed nami.
Katarzyna Lemańska
