Marcin Liber, sięga we wrocławskiej Piekarni po ponure i krwawe baśnie braci Grimm. Daje im death metalowy kostium i ogłuszające brzmienie, żeby wywlec przed światło reflektorów i otrzepać z kurzu mroczne sekrety, o których wciąż głośno się nie mówi, choć jak najbardziej powinno.
Kiedy w latach osiemdziesiątych ukazało się dwutomowe wydanie baśni braci Grimm, pochłonęłam je natychmiast. Dziś nikt pewnie nie dałby ich dziecku do ręki, ale rodzice nie cenzurowali lektur, więc sama będąc jeszcze w podstawówce, co bardziej krwiste kawałki serwowałam do poduszki młodszej siostrze. Baśnie podano tam bez cenzury, nikt nie usunął z nich kontrowersyjnych fragmentów, i siostry Kopciuszka obcinały sobie palce i pięty, żeby zmieścić stopy w złoty pantofelek. Krew obficie tryskała przez kolejne strony, a jednak lektura nie sprowadziła na nas sennych koszmarów. Nagromadzenie okropności wydawało się przesadne, zahaczało o groteskę i budziło śmiech.
Zarazem w jakiś magiczny sposób działało terapeutycznie – tak było z bajką o upartym dziecku, tak upartym, że dobry bóg, nie mając do niego cierpliwości, pokarał je chorobą i śmiercią, i które nawet wówczas, na złość matce, wyciągało z grobu zaciśniętą piąstkę. A choć finał był dla Grimmów typowy – wystającą uparcie rączkę trzeba było przykładnie urżnąć – i choć całość miała w zamierzeniu ułożyć się w okrutną lekcję grzeczności, to w jakiś przewrotny sposób wyczuwało się, że racja jest po stronie uparciucha, którego nieugięta wola nie chciała ustąpić przed autorytetem dorosłych. Zamiast lekcji pokory, „Uparte dziecko” fundowało zachętę do przekory. Inne baśnie mówiły nam, być może po raz pierwszy w życiu, że przemoc istnieje – nazywały ją, katalogowały różne jej rodzaje, pozwalając przeżyć ją w sposób bezpieczny, w ciepłym pokoju, z latarką pod kołdrą. Trochę jak na koloniach, kiedy przed zaśnięciem opowiadałyśmy sobie straszne historie: „Był sobie czarny, czarny las, a w tym czarnym, czarnym lesie stał czarny, czarny dom…” – aż do finału, którym towarzyszył pisk tych słuchaczek, które nie wytrzymały napięcia.
Ta zaciśnięta piąstka, która najbardziej zapadła mi w pamięć z dziecięcych lektur, sterczy też uparcie na scenie wrocławskiej Piekarni – pochyla się nad nią z troską nie tylko udręczona matka, ale cała społeczność wsi Griny, w której toczy się akcja teatralnej opowieści rozgrywającej się w dwóch planach. Na pierwszym z nich mamy baśnie, zaczerpnięte z pierwszego wydania zbioru Jacoba i Wilhelma Grimmów, z którego wybrała je i przetłumaczyła na język polski Eliza Pieciul-Karmińska – tom, oznaczony obostrzeniem „od lat 18”, ukazał się pod tytułem „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli”, nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry. Są tu zarówno baśnie, które znamy z wcześniejszych edycji, jak i opowieści, które w Polsce pojawiają się po raz pierwszy. Do spektaklu trafiły między innymi baśń o Sinobrodym mordującym swoje żony, która stanowi ramę dla scenicznej opowieści, o bezrękiej dziewczynie, o dziwacznej, krwawej uczcie Wątrobianki i Krwawej Kiszki, o uciętej dłoni szlachetnego elfa i o Wieloskórce, umykającej przed ojcem, który chce ją pojąć za żonę czy – szczególnie makabryczne – baśń o dzieciach bawiących się w świniobicie czy o drzewie jałowca, w której matka wrzuca ciało zamordowanego pasierba do gara z zupą, którą potem częstuje męża.
To wszystko na pierwszym planie, a na drugim twórcy sygnalizują rzeczywistość tu i teraz, która w baśniach się przegląda, sięgając po ich fabuły jak po maski pozwalające opowiedzieć o całkowicie realnych cierpieniach. Hejt, narkotyki, pedofilia, jednostka, która za sprzeciw wobec zbiorowości musi ponieść karę, dorosłe i dziecięce zabawy w zabijanie – spektakl zawiera katalog całkowicie realnych krzywd, przy których bledną te baśniowe. Premiera „Złych baśni” chcąc nie chcąc wpisała się w medialną przestrzeń, którą na kilka dni zaanektował news o zabójstwie w Jeleniej Górze, burzącym obraz świata, w którym fakt, że dziecko zabija dziecko, nie chce się pomieścić. Nie trzeba stawiać kropki nad „i”, żeby w bohaterach opowieści spisanej przez Grimmów, o dzieciach bawiących się w świniobicie, zobaczyć odbicie sytuacji, o których dowiadujemy się z informacyjnych serwisów – i tu, i tam na przemoc najbardziej narażone są kobiety i dzieci.
Tym, co najbardziej przejmuje w tym zderzeniu baśniowej fikcji z rzeczywistością jest stara i prosta prawda – że te mroczne opowieści, które na pozór wydają się emanacją chorego umysłu, są manifestacją rzeczywistych patologii ubranych w kostium groteski, co doskonale widać w pierwszej, otwierającej cały spektakl scenie zwierzeń – grana przez Agnieszkę Dziewę dziewczyna sięga po baśń o Sinobrodym, żeby opowiedzieć przyjaciółce o całkowicie realnym, przytłaczającym ją strachu, którego nie wolno jej nikomu zdradzić.
Inna rzecz, że ponura baśń ubrana w gotycki kostium może – paradoksalnie – zadziałać oczyszczająco. Liber, który wcześniej w warszawskim Collegium Nobilium wyreżyserował dyplom Akademii Teatralnej „Norweski black metal” (z tekstem Michała Kmiecika) o pogubionych młodych ludziach, których fascynacja satanizmem prowadzi w stronę zbrodni, tu, zapraszając na scenę wrocławską death metalową kapelę THVN, której energia rozsadza scenę Piekarni, pokazuje inną ścieżkę. Mocne brzmienia, „metalowy” kostium, podkreślające mrok makijaże i scenografia Mirka Kaczmarka, z okaleczoną łanią, krwią spływającą po kafelkach i wypatroszonymi, przeskalowanymi mózgami na pierwszym planie – to wszystko przenosi nas w klimat horroru. Zamiast przełamywać mrok opowieści, Liber sięga po mocne środki – w miejsce noża pojawia się nawet piła mechaniczna, z pomocą której szybko i sprawnie przeprowadza się amputacje. Reżyser dokręca śrubę do oporu i osiąga paradoksalny efekt: zamiast widza ostatecznie pogrążyć w makabrze, wydobywa z baśni groteskę i czarny – nomen omen – humor. Prawdziwy koszmar kryje się bowiem nie tyle w nich, co na drugim, rzeczywistym planie, którego zniekształcony obraz dostajemy. A rytuał opowiadania o okropnościach pozwala nam nie tyle się od nich uwolnić, co oswoić się z obrazem świata, w którym zło jest obecne.
Na widok aktorów wychodzących na scenę, poczułam się trochę jak w czasach licealnych, kiedy w moim roczniku w szkolnych klasach siedzieli obok siebie metalowcy, depeszowcy i skinheadzi, wszyscy spowici w czerń, która pasowała jak ulał do cierpień dojrzewania. Nikt z nich nie oddał duszy siłom zła – dziś dawna depeszówa jest sędziną, metalówa poszła w biblioteki, groźny skin został lewicowym politykiem. A „Złe baśnie” zamiast czarnej mszy na cześć króla piekieł podsuwają raczej zaklęcie pozwalające go odpędzić. W spektaklu Libera stają się nim słowa Marcina Świetlickiego: „Szatan to szmata, kurwa garbata” – sceniczne postaci czynią z tego poetycko przetworzonego apage refren całej opowieści. A choć szatan-szmata ma w spektaklu swojego reprezentanta – jest nim postać grana przez Jana Kochanowskiego, występująca w rozmaitych kostiumach (w tym w biskupich fioletach i purpurach), to źródłem zła nie jest tu wcale jakaś magiczna, zewnętrzna siła. Najczęściej tkwi ono w ludzkiej społeczności, jak w inscenizacji opowieści o elfie (Eloy Moreno Gallego), w której złe słowo, szyderstwo, pogarda mają podobną siłę do noża. To, co najgorsze, wydarza się wśród bliskich – wprawdzie spiralę zła w baśni o bezrękiej dziewczynie (Karolina Pewińska), której kolejne odsłony przeplatają się z innymi opowieściami, uruchamia diabeł, ale to ojciec okalecza córkę, ucinając jej ręce. W innych baśniach nie ma już wcale mowy o interwencji nadludzkich sił – to matka zabija pasierba, to ojciec wyciąga rękę po ciało córki, to zazdrośni o siostrę bracia odcinają dłoń elfowi, to jedno z dzieci – po tym, jak brało udział w świniobiciu – postanawia zamordować drugie. Szatan-szmata, który dzięki talentowi aktora i pracy kostiumografa przybiera różne postaci, upodabniając się a to do biskupa, a to do Ozzy’ego Osbourne’a, jest poręczną figurą, którą można obarczyć odpowiedzialnością za własne czyny.
Zespół Pantomimy już wielokrotnie miał okazję pokazać swoją siłę – tu potwierdza, że jest jednością niezależnie od konwencji, tak w świetle, jak i w mroku. Taka siła to kłopot dla recenzenta – piekielnie trudno, bo niesprawiedliwie jest wyróżniać w tym kalejdoskopie pojedyncze kreacje – przyciśnięta do ściany przyznam, że zaprzedałabym duszę szatanowi tylko pod warunkiem, że miałby twarz Jana Kochanowskiego, którego książę ciemności w „Złych baśniach” mieni się w mroku wieloma barwami; że uwiódł mnie Eloy Moreno Gallego w swoim elfim, odmieńczem tańcu do „Toxic” Britney Spears, wbrew pozorom nie jedynej muzycznej wyrwie w metalowym brzmieniu całości; że Jakub Pewiński dał postacią chłopca-ptaka przedstawieniu oddech otwierającej się na moment poetyckiej pauzy; że dzięki Karolinie Pewińskiej do obfitującej w makabrę historii bezrękiej dziewczyny chciało się wracać.
Pantomima Wrocławska już dawno porzuciła wstrzemięźliwość w kwestii słów – są w jej repertuarze spektakle, w których tekst pojawia się na ekranach, są i takie, coraz częstsze, w których kwestie padają z ust aktorów. Tym razem performerzy – nie licząc Marcela Pociechy, Jarosława Jazienickiego, Michała Jarosza, Marcelego Hryniewickiego i Macieja Rzońcy z THVN, którzy współtworzą sceniczną opowieść nie tylko w ramach towarzyszącego jej koncertu – są niemi. Baśniowe opowieści snuje z offu Julia Totoszko, studentka warszawskiej Akademii Teatralnej, to jej głos o dziecięcym wciąż brzmieniu wydobywa się z ust aktorów. Pantomima pozostaje pantomimą, i tak jak wyrazista choreografia duetu Hashimotowixa Pauliny Jaksim i Katarzyny Kulmińskiej uruchamia ciała aktorów w kierunku skojarzeń z kinem ekspresjonizmu niemieckiego, przełamujących narzucającą się na pierwszy rzut oka stylistykę gore, to ich usta symulujące jedynie mowę podążają w ślad za tym nawiązaniem. Seans „Złych baśni” przypomina pod tym względem niemy film z lektorką, zrealizowany w monochromatycznej palecie, na którą rozlewa się co i rusz czerwień krwi.
Magda Piekarska
