Obie bohaterki – nieobecną wprost Lastivkę i jej polską przyjaciółkę łączy jedno. To samotność – w wypadku pierwszej z nich to samotność w ścisku, w wojskowym oddziale, w okopie, w tych wszystkich sytuacjach, w których wyobrażenia życia na wojnie boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Samotność polskiej siostry odzwierciedla stosunek do wojny w Ukrainie w naszym kraju, tę coraz silniej realizującą się potrzebę wyparcia, odwracania głowy.
Co można zrobić, kiedy nasza przyjaciółka idzie na wojnę? – spektakl na scenie Przodownik warszawskiego Teatru Dramatycznego można czytać jako rodzaj wademekum. Po pierwsze zatem, waż słowa, kiedy piszesz do niej list – wygumkuj „boję się o ciebie”, zamiast tego napisz: „twoja odwaga mi imponuje”, w miejsce: „czuję smutek”, wstaw: „czuję wdzięczność”. Wypierz swoje listy z patosu, unikaj sentymentów. Utrzymuj kontakt, słuchaj, nie oceniaj, porusz niebo i ziemię, żeby kupić kamizelkę kuloodporną albo worki na zwłoki. A jak nie możesz usiedzieć na miejscu, urządź sobie poligonowe ćwiczenia. Nigdy nie wiesz, kiedy się przydadzą.
„Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” Magdy Szpecht i Szymona Adamczaka tytuł pożycza z refrenu piosenki raperki Young Leosi, ale „wojna” w nim waży zdecydowanie więcej niż w skocznym przeboju. W Lastivce, czyli Jaskółce granej przez Agatę Różycką znajomi z szeroko rozumianego teatralnego środowiska rozpoznają Olenę Apchel, ukraińską performerkę, scenarzystkę, kuratorkę projektów artystycznych, aktywistkę, która pracowała przez kilka lat w Polsce. Wyreżyserowała tu dwa spektakle – „Więzi” w gdańskim Teatrze Wybrzeże, opowieść o wojnie w Doniecku, o śmierci matki, frontowym wolontariacie, podziałach w rodzinie i o doświadczeniu rosyjskiej niewoli; i „Kreszany”, wizję powrotu do słowiańskiej tożsamości w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.
Jej decyzja, żeby po szkoleniu wojskowym pójść na front, poruszyła wielu, choć tych, którzy znali Olenę, raczej nie zaskoczyła. Artystka jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę przy każdej okazji uświadamiała polskich przyjaciół, że wojna w jej kraju trwa od lat. Po 24 lutym 2022 jej diagnozy stały się radykalne, a zarazem, z późniejszej perspektywy, boleśnie trafne: – Liczycie na to, że Rosja zatrzyma się na naszych granicach? – pytała w wywiadzie dla portalu teatralny.pl – To naiwność. Estonia, Finlandia, Polska, Litwa i Łotwa będą następne. Iluzja, że możemy bez końca siedzieć we własnym ogródku, w którym będziemy popijali kawkę czy herbatkę, pokrywając się tłuszczem i spokojem, właśnie pryska.
Mówiła też o tym, jak trudno jej usiedzieć na miejscu, jeszcze trudniej – zajmować się sztuką. Początkowo spalała się w wolontaryjnych działaniach na rzecz napływających do Polski uchodźców, po wybuchu wojny wraz z Yulią Krivich była kuratorką „Słownika/Словник/Vocabulary”, otwartej dyskusji o migracji oraz (wraz z Heleną Szwiegocką) „Nowych sąsiadów”, społecznego projektu dla ludzi, którzy doświadczyli migracji. Później w Niemczech współprowadziła Theatertreffen, berliński festiwali z sześćdziesięcioletnią historią. Jednak tam zderzyła się z pełną rezerwy postawą wobec sytuacji, w jakiej znalazła się Ukraina. Podróżowała do ojczyzny – przewoziła amunicję i pomoc humanitarną. Aż postanowiła wrócić tam na stałe i zasilić szeregi armii. 31 maja 2024 roku napisała na Facebooku: „Robimy swoje. To są najlepsze czasy naszej ostatniej młodości. Dojrzałość wiąże się z odpowiedzialnością, aby wziąć w ręce i umysł. Przytulam tych, którzy są teraz zaniepokojeni. Będę uważna i ostrożna i postaram się być przyzwoitą córką mojego kraju”. Przyjaciółki ją wsparły – to właśnie Magda Szpecht, reżyserka „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” wraz z aktorką Jaśminą Polak zorganizowały zbiórkę na sprzęt wojskowy dla Oleny – kamizelkę kuloodporną, dopasowany mundur, noktowizor, drony.
Zarazem byłoby uproszczeniem powiedzieć, że „Będzie trzeba” jest historią Oleny – sceniczna narracja ma uniwersalny wymiar, obejmuje doświadczenia wielu artystek, aktywistek, czy szerzej – kobiet, które wybrały tę drogę. Nie wszystkie z niej wracają – 5 kwietnia zginęła Marharita Połowinko, autorka obrazów malowanych własną krwią, ratowniczka medyczna Drugiego Batalionu Zmechanizowanego 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej, 31 maja – Tetiana Lubycz, studentka medycyny, służąca w 26. Brygadzie Artylerii im. generała porucznika Romana Daszkiewicza. Wiceministra obrony szacowała w ubiegłym roku, że w szeregach sił zbrojnych Ukrainy jest sześćdziesiąt siedem tysięcy kobiet, spośród których większość zasila armię. Ich sytuacja jest trudna, a próby awansu wciąż napotykają przeszkody. A to nie jedyny problem, z jakim się mierzą.
Ktoś, kto ma w pamięci najbardziej poruszające fragmenty reporterskiej książki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, te o pogardzie i dystansie, otaczających radzieckie żołnierki na frontach drugiej wojny i już po jej zakończeniu, w spektaklu Szpecht znajdzie pokrewne relacje – pod tym względem nic się nie zmieniło. „Kiedy kobieta wstępuje do wojska, mężczyźni doświadczają dysonansu poznawczego” – słyszymy. – Muszą przyznać, że kobieta też może być obywatelem. A potem zaczynają się zastanawiać, dlaczego ta kobieta jest tutaj, podczas gdy inne są w domu. (…) Ten dysonans wydaje się być dla nich zbyt trudny. Jedyne więc, co im pozostaje w kontaktach z kobietami takimi jak ja, to zdewaluowanie mnie”.
Performance wyreżyserowany przez Magdę Szpecht jest jej trzecią pracą, w której pojawia się temat pełnoskatowej inwazji Rosji na Ukrainę – po „Cyber Elfie”, gdzie wróciła do swojej pierwszej profesji, dziennikarki, żeby walczyć z rosyjskimi trollami i po estońskim „Spy Girls”, gdzie członkinie zespołu aktorskiego uwodzą żołnierzy na rosyjskojęzycznych portalach randkowych, żeby poznać ich cele i lokalizację na froncie. Jest też pracą najbardziej osobistą – opowieść o Lastivce poznajemy z perspektywy jednej z jej sióstr, przyjaciółek wspierających wojowniczkę z daleka, przez co w postaci performowanej przez Agatę Różycką można widzieć alter ego Szpecht.
Na scenie mamy do czynienia z rodzajem okopu au rebours – wszystko tu jest odwróceniem wojennego sztafażu, a zarazem wszystko natrętnie go przypomina. Aktorka w pierwszych scenach nosi ciężką, niewygodną, bogato zdobioną suknię, która krępuje ruchy, odbiera im swobodę. Jej jedyną funkcją jest budzić podziw, zachwycać i przenosić w nieco baśniową rzeczywistość, w której spotkalibyśmy ubrane podobnie księżniczki. Nie jest to suknia stworzona do wojowania, zresztą w okopach nie nosi się sukienek, ale można się domyślić, że obecna na scenie jedynie poprzez komunikaty i nagrane głosówki Lastivka nosi strój równie uwierający – ukraińska armia nie zdążyła jeszcze zapewnić kamizelek kuloodpornych odpowiednich dla kobiecych sylwetek, a niedopasowanie rodzi niewygodę. Do tego buty, hełm i plecak, który nawet mieszcząc tylko to, co absolutnie konieczne, i tak jest trudny do dźwignięcia.
Tyle kostium, do którego dochodzi całe instrumentarium budujące umowną bazę łącznościową – głosówki odtwarzane z magnetofonów kasetowych, listy wybijane werblem na bębnie, namiot (suknia wreszcie do czegoś się przydaje!), pod którym można się schronić, latarka, plecak. To, co niemożliwe, czyli towarzyszenie przyjaciółce we frontowym doświadczeniu, zamienia się w powtarzanie gestów, performowanie walki, umownie, ale i zarazem całkowicie serio. Scenicznym próbom nawiązania kontaktu z przyjaciółką-wojowniczką towarzyszą projekcje wideo, które stają się zapisem ćwiczeń poligonowych, prowadzonych „na sucho” w warunkach pokojowych, na obrzeżach miast, pod mostem, w lesie. Unieść plecak tak ciężki jak na prawdziwym froncie, boksować się z oponami, jakby były realnym przeciwnikiem – być jak Lastivka, powtarzać jej doświadczenie.
Dostajemy kontrast wojny i pokoju, w warunkach którego próbuje się zrekonstruować frontową rzeczywistość. A jakkolwiek zawodne mogłyby się wydawać takie działania, bo przecież nie da się oddać na scenie zimna, wilgoci, smrodu okopów, bliskości śmierci, zwierzęcego strachu, a nawet doświadczanych każdego dnia upokorzeń, to ten wysiłek jest być może jedynym, jaki możemy podjąć, żeby towarzyszyć przyjaciółce-żołnierce, skoro nie możemy stanąć u jej boku.
Obie bohaterki – nieobecną wprost Lastivkę i jej polską przyjaciółkę łączy jedno. To samotność – w wypadku pierwszej z nich to samotność w ścisku, w wojskowym oddziale, w okopie, w tych wszystkich sytuacjach, w których wyobrażenia życia na wojnie boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Samotność polskiej siostry odzwierciedla stosunek do wojny w Ukrainie w naszym kraju, tę coraz silniej realizującą się potrzebę wyparcia, odwracania głowy. Zbiorowy zapał niesienia pomocy się wyczerpał, co widać też w efektach zrzutki na wojenny osprzęt dla Oleny – wsparły ją sto dziewięćdziesiąt cztery osoby, ale z potrzebnych pięćdziesięciu tysięcy złotych udało się zgromadzić niespełna dziewiętnaście i pół tysiąca.
Spektakl ma strukturę koncertu, i nie mam tu na myśli wyłącznie wplecionych w niego muzycznych interludiów, kiedy część narracji zostaje wyśpiewana lub wykrzyczana przez Różycką. Raczej chodzi mi o różnicowanie jego dynamiki, tempa, tonacji w kolejnych częściach. Każda odsłona przynosi nowy temat, raz przedstawiony w formie dialogu na wiele głosów, kiedy indziej – monologu. Zmienia się też charakter i forma narracji, które bywają podawane w sposób surowy, celowo wypreparowany z emocji, ustępujących przed wstrząsającym przekazem, kiedy indziej to właśnie one występują na pierwszy plan, jak w pełnym gniewu i buntu songu „Fuck off”. Gęstą atmosferę w krótkich momentach rozładowują frontowe żarty („Co to jest śmierć? Trwała utrata zdolności bojowej. Co to jest rzeka? Rzeka to przeszkoda terenowa o wilgotności 100%. Co jest najważniejsze w czołgu? Najważniejsze w czołgu jest nie pierdzieć”) czy przypominająca instagramerski tutorial prezentacja kosmetyków dla żołnierek. Jest też przepełniony najczarniejszą autoironią humor: „Niedługo i tak przyjdziesz na mój pogrzeb. Zrobimy rave na moim grobie” – pisze do polskiej przyjaciółki Lastivka.
Nad wykonaniem tej precyzyjnie opracowanej przez Szpecht i Adamczaka partytury czuwa Różycka, która jest tu mniej dramatyczną aktorką, bardziej performerką, ale też medium dla płynących z frontu wiadomości, rejestrowanych, przesyłanych i odtwarzanych z pomocą starszych i nowszych narzędzi, które współistnieją tu na równych prawach. Pierwszy list od Lastivki, tradycyjny, papierowy, przynosi współczesny gołąb pocztowy – droniątko ze złamanym skrzydłem. Wysłany po kuracji w powrotną drogę, buntuje się, tak jakby buntował się każdy rozsądnie myślący człowiek – zamiast odbywać ryzykowne loty nad polami bitewnymi i dać się wykorzystywać jako kamikadze do przenoszenia ładunków wybuchowych, wolałby latać nad Zatoką Meksykańską i robić panoramiczne ujęcia Wielkiego Kanionu. Bohaterstwo nie mieści się w algorytmach AI i tylko żywa istota mogłaby wypowiedzieć zdanie, które pada w finale: „Chciałbym mieć na nagrobku napis Nadal uważam, że to był dobry pomysł”.
