Recenzje

Plamka mongolska

| 9 minut czytania | 112 odsłon

Miśkiewiczowi udaje się przejmująco pokazać przemocowe relacje (). Zarazem tylko w kilku scenach udaje się oddać specyficzny rozpad języka noblistki.

fot. Joanna Siwiec, Bartek Barczyk
fot. Joanna Siwiec, Bartek Barczyk

Plamka mongolska to sinoniebieska czy fioletowa plama znajdująca się najczęściej w dolnej części pleców i na pośladkach noworodków i dzieci. Wrodzona skórna melanocytoza, jak określa się ją w terminologii medycznej, powstaje wskutek nagromadzenia komórek barwnikowych (melanocytów) w jednym miejscu. Zanika samoistnie do trzech–pięciu lat po narodzeniu. Bardzo często występuje u dzieci rasy azjatyckiej i afrykańskiej, rzadko europeidalnej. Południowokoreańska pisarka Han Kang zatytułowała tak środkowy rozdział swojej trzyczęściowej powieści. Plamkę mongolską nadal posiada w dorosłym życiu główna bohaterka „Wegetarianki”. Ciało kobiety i jej „znamię” są obiektem męskiej obsesji – męża, ojca, szwagra czy lekarzy, a dla mnie emblematem kultury przemocy wobec kobiet i zwierząt.

Yōng-hye – przeciętnej urody, pozornie niczym niewyróżniająca się mieszkanka Seulu – pod wpływem traumatyzujących koszmarów decyduje się przejść na wegetarianizm, czym naraża się na społeczny ostracyzm. Podobnie jak w całej swojej twórczości autorka mierzy się w „Wegetariance” z głęboko wrośniętymi w historię Korei traumami i dyskryminacją kobiet, dokonując metaforycznej, wysublimowanej dekonstrukcji oficjalnych narracji o postępowości obyczajowej Korei Południowej. Powieść ukazała się w 2007 roku (w Polsce w 2014 roku w tłumaczeniu Justyny Najbar-Miller i Choi Jeong In), jednak aktualność i innowacyjność tej poetyckiej prozy pozostaje niezmienna po tych niemalże dwudziestu latach. Nic dziwnego, że po rozgłosie, jaki przyniosła pisarce zeszłoroczna literacka Nagroda Nobla, wystawieniem „Wegetarianki” zainteresował się Paweł Miśkiewicz – reżyser, który nieraz znajdował inspirację w literaturze współczesnej.

Dominika Bednarczyk jako Yōng-hye stoi przed lodówką pełną porcji zamrożonego mięsa – to widok, który zawsze omijam wzrokiem w sklepach spożywczych. Tusze mięsa wywołują duże wrażenie i ta scena rzeczywiście działa na poziomie wizualnym. Jednak celowe zdystansowanie aktorki (gra w kontrze do pozostałych aktorów) sprawia, że chociaż stoi ona blisko publiczności, na skraju Dużej Sceny Teatru Słowackiego, to przynajmniej we mnie budzi dużą rezerwę. A to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy Han Kang oddaje swojej bohaterce głos. Dzieje się tak w momentach, kiedy Yōng-hye opowiada o swoich realistycznych, naznaczonych krwią snach, pod wpływem których przechodzi na wegetarianizm, a ostatecznie w ogóle rezygnuje z jedzenia na rzecz roślinnej wegetacji. „Kilkaset wielkich, intensywnie czerwonych brył mięsa wiszących na długich bambusowych kijach. Z niektórych skapywała krew, która nie zdążyła jeszcze zastygnąć. (…) Moje wargi były splamione krwią. Wcześniej, w stodole, wkładałam do ust mięso, które spadło na ziemię. W dziąsłach i na podniebieniu czułam smak krwi i gąbczaste kawałki mięsa” – to doświadczenie współdzieli wiele osób, które zrezygnowało z jedzenia mięsa. Pamiętam swój ostatni kawałek – królika przyrządzonego przez życzliwą żonę leśnika. To był ten jeden kęs za dużo; ten, który staje w gardle. W informacji o treściach wrażliwych twórcy ostrzegają, że pojawiają się motywy związane z zaburzeniami odżywiania. Nie chciałabym wchodzić w tę problematykę czy poruszać wątku związanego z badaniami wskazującymi na zwiększoną częstotliwość występowania u wegetarian między innymi depresji, zaburzeń żywienia oraz prób samobójczych, bo nie to interesuje Han Kang – otwiera ona nadal aktualny wątek między jedzeniem a społeczną sprawczością kobiet. I tej perspektywy mnie w spektaklu zabrakło.

Adaptacja Joanny Bednarczyk jest wierna oryginałowi – podobnie jak w powieści spektakl prowadzony jest z perspektywy trzech postaci, którzy opowiadają o życiu Yōng-hye po rezygnacji z jedzenia mięsa, co w jej rodzinie i środowisku zachwiało patriarchalnym porządkiem. Mamy więc zapośredniczone trzy narracje o głównej bohaterce, co Miśkiewicz dodatkowo wzmacnia przez potrojenie postaci Yōng-hye w wykonaniu Dominiki Bednarczyk, Aliny Szczegielniak i tancerki Agaty Jędrzejczak. To „rozbicie” dobrze pokazuje, że nie będziemy mieli nigdy pełnego obrazu bohaterki. Że jej decyzje będziemy musieli przefiltrowywać przez własne doświadczenie i wrażliwość. Że nie udzieli nam odpowiedzi na stawiane przez spektakl pytania – czy wegetarianizm i postawienie znaku równości pomiędzy człowiekiem a rośliną jest skuteczną postawą niezgody na kulturę opresji, jaką reprezentuje tak samo Polska, jak Korea Południowa? Niezrozumiała jest dla mnie jednak decyzja reżysera i kostiumografki Barbary Hanickiej, że aktorki przez cały spektakl noszą peruki z prostymi, czarnymi włosami, chociaż krakowski spektakl nie skupia się na kwestiach społeczno-politycznych Korei Południowej. Poradziliśmy sobie z blackface, może pora na yellowface?

Pierwszym narratorem jest mąż Chong, który przemocą psychiczną próbuje zmusić Yōng-hye do wypełniania obowiązków żony – i w kuchni, i w sypialni. Kobieta nie tylko nie je mięsa, ale odmawia go przyrządzać. Początkowe napięcie, które powstało w tym małżeństwie z wyrachowania, doprowadza ostatecznie do emancypacji bohaterki. Przemocowy mąż w wykonaniu Marcina Kalisza jest denerwującym, kompulsywnym hipokrytą manipulującym opowieścią o przyczynach rozpadu swojego małżeństwa. Najpierw umniejsza znaczenie swojej żony (jej wygląd, inteligencję, charakter), a ostatecznie nasyła na nią jej agresywnego ojca (Tomasz Wysocki). Ta część kończy się mocnym obrazem: Yōng-hye podcina sobie żyły podczas rodzinnego obiadu w mieszkaniu siostry. Wprawdzie rozczarował mnie początek spektaklu, ale z biegiem czasu okazuje się, że zadanie, jakie dostała Bednarczyk – by z powściągliwością pokazać postawę Yōng-hye po decyzji o niejedzeniu mięsa i jej niezgodę na przemoc – aktorka przeprowadza z pełną świadomością. Zapada w pamięć zwłaszcza jej monolog o psie – za karę, że ugryzł małą Yōng-hye, jej ojciec zamęczył go na śmierć, przywiązując do włączonego motoru. A potem ugotował. Ta anegdota, co zatrważające, jest nadal aktualna. Psie mięso plasuje się na czwartym miejscu w koreańskim menu, co ma się zmienić od 2027 roku, kiedy wejdą w życie przepisy zakazujące hodowli psów na ubój, handlu psim mięsem i jego spożycia.

Drugim narratorem jest Szwagier (Krzysztof Zarzecki), artysta wizualny w kryzysie twórczym, dla którego wychudzone postem, zbuntowane ciało bohaterki (z jej plamką mongolską) staje się fetyszem. Jesteśmy kilka tygodni później po nieudanej próbie samobójczej. Zobojętniała na świat, chorobliwie wychudzona Yōng-hye zgadza się wziąć udział w projekcie filmowym. Szwagier maluje ciała dwojga modeli w egzotyczne kwiaty (malarstwo, bodypainting: Krzysztof Mężyk) i nagrywa ich nieśmiałe dotyki. To mu jednak nie wystarcza – próbuje ich przekonać do seksualnego zbliżenia. Kobiecie jest wszystko jedno, mężczyzna rezygnuje. Gdy Szwagier zostaje sam z Yōng-hye (w tej scenie w niemej roli Oliwia Durczak), wykorzystuje jej podniecenie własnym pomalowanym ciałem (co otwiera temat akceptacji swojej cielesności i seksualności) i współżyje z nią, co dokumentuje na taśmie. Sceny te pokazane są na estetyzowanych projekcjach wideo Marka Kozakiewicza (odpowiedzialnego także za światło) z udziałem Aliny Szczegielniak. Wykorzystanie medium filmowego, aby niedosłownie, z pomocą metafory, pokazać drobiazgowo opisane w powieści sceny, to jedna z bardziej udanych prób przeniesienia poetyki powieści w tkankę spektaklu. W roli nieporadnych życiowo artystów świetnie odnajduje się Krzysztof Zarzecki ze swoją manieryczną nadekspresją, któremu partneruje Paweł Smagała jako model w jego erotycznym projekcie. Obydwaj czują tekst Han Kang i ponownie spotykają się w teatrze Miśkiewicza.

Trzecią perspektywą dzieli się In-hye (Karolina Kazoń), siostra Yōng-hye. Reżyser ponownie diametralnie zmienia estetykę. Aktorka wchodzi na scenę z widowni, opowiadając, jak nakryła męża na zdradzie, a obydwoje kochanków zamknęła w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy gniew In-hye wobec siostry słabnie, próbuje ją zrozumieć. A ta rozczarowana brakiem zmiany, której oczekiwała po przejściu na wegetarianizm, chce stać się drzewem. Yōng-hye konsekwentnie odmawia jedzenia – pragnie żywić się przez fotosyntezę. W zakończeniu Miśkiewiczowi udaje się zobrazować wymagający od odbiorcy, wprowadzający w dyskomfort, zawoalowany sposób opowiadania Han Kang. Reżyser z pomocą choreografki Anny Obszańskiej zmienia język sceniczny na język ruchu i ciała. Czworo tancerzy wyzwala taką energię, że można by uwierzyć w przemianę bohaterki w drzewo. Agata Jędrzejczak staje na rękach w symbolicznym geście zakorzenienia. Partnerują jej Magdalena Malik, Natalia Gryczka i Marek Bula oraz zespół aktorski – a wszystko w wielokrotnym zapętleniu jakby tancerze odgrywali cykl przyrody. Trzecia część jest najbardziej wywrotowa, rozbija odbiór językowy na rzecz doświadczania. Sensualność odbioru potęguje muzyka na żywo z głębokim brzmieniem koreańskiego geomungo w wykonaniu Rafała Mazura, gitary elektrycznej Tomka Przetacznika i perkusji Kuby Nowaka. Żałuję, że takich scen nie było więcej.

Dość drobiazgowo streściłam fabułę, aby zobrazować skalę trudności zadania, jakie postawił sobie Miśkiewicz. Powieść Han Kang jest nieprzejrzysta, mało w niej dialogów, oparta jest na afektywnym, często abiektalnym (próba samobójcza, wątek Szwagra) odbiorze. Przypomina w tym „Heksy” młodszej o siedem lat od Koreanki Agnieszki Szpili. W obu tych tytułach widzę próbę wyjścia poza opresyjny, patriarchalny porządek społeczny i rodzinny ku naturze i cielesności. Miśkiewiczowi udaje się przejmująco pokazać przemocowe relacje – jak we wspomnianej scenie, kiedy ojciec próbuje bezskutecznie zmusić Yōng-hye do połknięcia mięsa, aż brutalnie ją bije, czy podczas kolacji służbowej u przełożonych Chonga. Zarazem tylko w kilku scenach udaje się oddać specyficzny rozpad języka noblistki (mimo że w dialogach aktorzy cytują całe partie powieści). Oprócz pierwszej sceny irytuje mnie także kostium aktorek grających Yōng-hye – mają na sobie przezroczyste kitle, pod którymi widać nagie piersi. To nawiązanie do trzeciej części powieści, w której bohaterka znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. Nie rozumiem tego zabiegu – zamiast podkreślić pragnienie kobiety, żeby pozbyć się ubrania (w części drugiej), a ostatecznie ciała na rzecz symbiozy z istotami roślinnymi (w trzeciej części), twórcy zachowawczo ubierają nagość w kostium kojarzący się z kulturą przemocy, który Han Kang próbuje przecież rozsadzić od środka.

Katarzyna Lemańska

Tytuł spektaklu

Wegetarianka

Autor(ka) tekstu

Han Kang

Teatr

im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Reżyser(ka)

Paweł Miśkiewicz

Autor(ka) recenzji

Katarzyna Lemańska

Data premiery

04.12.2025

Czas trwania

120 minut (bez przerwy)

Obsada

Yong-Hye

Dominika Bednarczyk

Pani prezes

Lidia Bogaczówna

Pani prezes / Yong-Hye

Oliwia Durczak

In-Hye

Karolina Kazoń

Matka

Natalia Strzelecka

Yong-Hye

Alina Szczegielniak

Chong

Marcin Kalisz

Lekarz / Kelner

Karol Kubasiewicz

J

Paweł Smagała

Prezes

Jerzy Światłoń

Prezes/ In-Hye

Adam Wietrzyński

Ojciec

Tomasz Wysocki

Tancerze

Agata Jędrzejczak (Yong-Hye), Magdalena Malik (Hŭi-ju), Natalia Gryczka, Marek Bula

Zespół muzyczny

Rafał Mazur (geomungo), Tomek Przetacznik (gitara elektryczna), Kuba Nowak (perkusja)

Realizacja

Tłumaczenie

Justyna Najbar-Miller, Choi Jeong In

Adaptacja, dramaturgia

Joanna Bednarczyk

Scenografia i kostiumy

Barbara Hanicka

Malarstwo, bodypainting

Krzysztof Mężyk

Muzyka

Rafał Mazur

Choreografia

Anna Obszańska

Wideo, światło

Marek Kozakiewicz

Animacje

Oliwia Szanajca-Kossakowska

Asystentka kostiumografki

Maria Mordarska

Asystentka kompozytora

Julia Dyga

Inspicjent

Iwona Cieślik

Producentka

Izabella Oleś

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany