Recenzje

Po bandzie. Proszę Państwa, bardzo nam nieprzyjemnie

| 11 minut czytania | 2557 odsłon

Skrzywanek poszedł po bandzie. I nie brał po drodze jeńców – widzów zamienił w wyznawców albo w zaprzysięgłych wrogów.

Od niemal dwóch dekad na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej nie było spektaklu, który tak mocno przeorałby publiczność – część wychodziła zachwycona, część zniesmaczona, nie było nikogo pomiędzy. „Człowiek z papieru. Antyopera na kredyt” na szczęście ma swoje drugie życie, pozwalające widzom zderzyć się z tą sceniczną kontrowersją – tydzień po wrocławskiej premierze odbędzie się warszawska, która wprowadza spektakl Jakuba Skrzywanka do repertuaru Teatru Powszechnego. Jestem głęboko przekonana, że 16 i 17 marca na scenie Teatru Muzycznego Capitol, niezależnie od tonacji odbioru, wydarzyło się coś ważnego – model galowego spektaklu został potraktowany jako koń trojański, z pomocą którego zmuszono publiczność do konfrontacji z obrazem świata, jakiego nie miała ochoty oglądać.

Skrzywanek poszedł po bandzie. I nie brał po drodze jeńców – widzów zamienił w wyznawców albo w zaprzysięgłych wrogów. „Żenada”, „najgorsza gala ever”, „idiotyzm”, „co to było w ogóle”, „za długie i za nudne”, plus jeszcze „lewacka propaganda” – to krótki wywar z komentarzy, które pojawiły się po premierowych pokazach „Człowieka z papieru”. No i na deser ucięta w pół kroku do wyjścia demonstracja prawicowego radnego, który żądał przerwania przedstawienia ze względu na toczącą się kampanię wyborczą – zastopował go dyrektor artystyczny PPA Cezary Studniak, który w roli dyrektora PPA próbował na scenie interweniować w podobnej sprawie – nadto interwencyjnego spektaklu – przywracając mu (na moment) galowy charakter. 

Żeby oddać sprawiedliwość – chodzi o przedstawienie, które poderwało publiczność do owacji na stojąco. A żeby pozostać fair także wobec osób krytycznie usposobionych – owszem, Skrzywanek, reżyserując „Człowieka”, sięga po efekt żenady, wywołuje u widza konsternację, bawi się etykietami, wierny konwencji antyopery posługuje się przesadą i nadmiarem. A przede wszystkim bierze lekcje u Brechta, niszcząc krok po kroku formułę galowego przedstawienia, tę, która – z kilkoma znaczącymi odstępstwami, takimi jak rozpoczynające programową zmianę festiwalu „Wiatry z mózgu” Formacji Chłopięcej Legitymacje czy ubiegłoroczne „Niech będzie Pogodno!” wyreżyserowane przez Marcina Libera – zdążyła się przez kilka dekad ustalić. I tylko jeden szczegół – robi to wszystko świadomie, nie pozwalając widzom ani przez moment wygodnie umościć się w tym spektaklu. „Co to w ogóle jest”? To pytanie co i rusz zawisa między widownią a sceną, właściwie niezależnie od oceny spektaklu, który miesza ze sobą style, konwencje, porządki. 

Przygotowana na otwarcie PPA antyopera Skrzywanka, to w istocie antygala. Koparka, która w jednej z pierwszych scen równa z ziemią romskie koczowisko i która jest przede wszystkim znakiem nieludzkiego potraktowania jego mieszkańców, staje się też symbolem formalnej rewolucji – oto najgłośniejszy twórca swojego pokolenia, dyrektor Teatru Współczesnego w Szczecinie, reżyser jednych z najważniejszych spektakli ostatnich lat, „Spartakusa” i „Śmierci Jana Pawła II” i – co w kontekście PPA istotne – wrocławianin, który wraca do rodzinnego miasta po triumfach i z tarczą obwieszoną laurami, brutalnie rozjeżdża oczekiwania wyelegantowanej widowni związane z galą. W tej opowieści o łamaniu jednego z najbardziej podstawowych praw, wpisanego do Konstytucji prawa do mieszkania, nie tylko miesza tematyczne wątki, żeniąc włocławskich urzędników, którzy wydali zgodę na zrównanie z ziemią osady przy Paprotnej, z chciwymi banksterami, fliperami, współpracującymi z mafią landlordami i ich ofiarami, którym kredytowa pętla coraz mocniej wrzyna się w szyję, ale miksuje też teatr krytyczny sprzed dekady z kabaretem spod znaku Pożaru w Burdelu, którego spektakle także poruszały wątki związane z kryzysem mieszkalnictwa (wystarczy wspomnieć Paulę, którą kredytowa pętla wypędziła z apartamentu na Wilanowie najpierw nad Wisłę, a potem w Beskid Niski), zaczerpnięte z własnej drogi twórczej taktyki rekonstrukcji i zobowiązanie do reprezentacji tych postaci, które nie są w stanie ze sceny przemówić własnym głosem.

„Człowiek z papieru” w czytelny sposób odsyła nas do swoich poprzedników – herosów z daleko trwalszych materiałów, z marmuru i z żelaza, bohaterów filmów Andrzeja Wajdy z czasu zniewolenia, z epoki PRL-u. Od tego czasu zyskaliśmy wolność w wyrażaniu poglądów i straciliśmy ją w ekonomicznym wymiarze, stając się zależni od stóp procentowych i zmiennych kursów walut. Własne (?) cztery kąty z wpisem do hipoteki przestały być bezpieczną przystanią, stając się bombą z opóźnionym zapłonem, zdolną wystrzelić nas w kosmos (albo pod most), jeśli nie zdołamy dźwignąć rosnącej raty. Człowiek z papieru staje się kruchy i zależny – od urzędniczych decyzji, bankowych procedur, komorniczych zobowiązań, nielegalnych eksmisji. Każda z tych instancji jest zdolna podrzeć na strzępy kartkę z rozpiską jego losu.

Skoro zatem, w ślad za Wajdowską narracją, bohaterką „Człowieka” jest Agnieszka (Anna Ilczuk ubrana przez Tomasza Armadę w dżinsowy uniform Krystyny Jandy), przejęta pracą nad spektaklem reżyserka, to gdzie szukać pozostałych bohaterów tego „zajścia”? Jeśli mamy tu dalekie choćby odbicie postaci Birkuta to w postaci granej przez Andrzeja Kłaka – współczesnego męczennika za sprawę rosnących, niemożliwych do spłacenia rat i widma eksmisji czyhającej na jego rodzinę.

Cała opowieść zaczyna się od rekonstrukcji wydarzeń zmierzających do unicestwienia wrocławskiego koczowiska przy ulicy Paprotnej – 22 lipca 2015 roku wjechały tam koparki, żeby „uporządkować” teren, niszcząc namioty, w których mieszkały romskie rodziny. Sprawa wywołała poruszenie, Romowie zaskarżyli decyzję wrocławskiego magistratu do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W scenicznym wymiarze ich historia ma wymiar interwencyjnej opery na faktach w duchu Brechta – łączy dokumentalny zapis z rekonstrukcją wydarzeń, w której postaciom Romów reprezentowanym przez nieme i nieruchome chochoły głos daje operowa śpiewaczka (Olga Rusin), której wokalizy na polski przekłada tłumaczka z romskiego (Karolina Adamczyk). Mamy tu zaangażowany, krytyczny wobec rzeczywistości teatr jak sprzed dekady, tyle że pozbawiony dystansu – wprawdzie aktorzy narzekają na pory prób, pytają, czy na przedstawienie będą mogli zabrać dzieci, ale koniec końców karnie podporządkowują się Agnieszce. Forma, w jaką została wpisana historia koczowiska, niezależnie od stosunku do wydarzeń, zaczyna uwierać widza i kiedy jego wyporność na tonację serio i patos zostaje przekroczona, na scenę wkracza dyrektor (Michał Czachor), a potem jeszcze organizator (Studniak) – teatr nie ma już pieniędzy na gówniarskie wybryki i bezczeszczenie sztuki. Za to pojawili się sponsorzy, bank („Twoje pieniądze to nasze pieniądze”), deweloper stawiający na terenie dawnego koczowiska Villę Romana, ministerstwo rozwoju („budujemy twoją przyszłość, ale coś nam nie wyszło”), gracz z branży mięsnej i ludzie z mafii, którzy sztukę krytyczną chętnie dofinansują, nie za darmo oczywiście.

W drugim akcie widz odzyskuje formułę muzycznego show, której został brutalnie pozbawiony w pierwszym – a przynajmniej może żywić takie złudzenia. Oto na scenie pojawiają się gwiazdy, Julia Wieniawa i Ralph Kamiński, w strojach komiksowych superbohaterów, żeby na tle złotej kotary, wisząc nad sceną, śpiewać o nieruchomościach na sprzedaż, o hajsie i o dawaniu dupy sponsorom. Pomiędzy ich występami Agnieszka zwiera szeregi, żeby w akcie trzecim, zapowiadanym jako clou wieczoru opowiedzieć mroczną historię o patologiach polskiej deweloperki. Zamiast oczekiwanej frajdy dostajemy wisielca na żyrandolu i krzyki kobiety (Ewa Skibińska), zadłużonej operowej diwy, brutalnie wywlekanej z mieszkania przez czyściciela. A na do widzenia zapowiedź wojny, która brutalnie przerwie złote sny deweloperów i nasze inwestycyjne rojenia.

Skrzywanek wraz z Piotrem Grzymisławskim, odpowiadającym za libretto i Jasiem Kapelą, autorem tekstów piosenek opowiadając te historie, miksują ze sobą dwie taktyki – odpychania i uwodzenia. I ta strategia działa na kolejnych poziomach – wizualnym, muzycznym, aktorskim. Scenografia Agaty Skwarczyńskiej mieni się w oczach – od rekonstrukcji koczowiska z namiotami i dywanami, przez wizualny przepych galowego drugiego aktu, aż po ludzki dramat oglądany przez zmiękczający przemocowe mechanizmy filtr w trzecim. Tomasz Armada zaprojektował kostiumy z opcją transformacji, pozwalającej aktorkom i aktorom w ułamku sekundy przeskoczyć z opcji „antygala” do hojnie podsypanego brokatem stylu muzycznego widowiska. Twórcy pozwalają nam się rozbujać wpadającymi w ucho refrenami, których melodie są jakby żywcem wzięte z opolskiego festiwalu, żeby brutalnie przerwać zabawę i wrzucić nas w sam środek rozgrywającego się w czterech ścianach koszmaru. Rozładowują napięcie żartami, żeby moment później skonfrontować nas z aktem przemocy. Puszczają oko w stronę publiczności, by pokazać nam stężałą w powadze twarz – bo żarty się skończyły.

Istotnym współtwórcą tego konceptu jest Karol Nepelski, człowiek od wszystkiego (dosłownie), który ze swoimi kompozycjami idealnie wpisuje się w każdy teatralny projekt, jaki jest w stanie uruchomić jego wyobraźnię. Jest w stanie napisać nowoczesną operę, zbudować z odgłosów wydawanych za pomocą elementów scenografii – zgrzytania zasuw, szurania kapci, łyżek uderzających w dno miski – dźwiękowy pejzaż, w którym jedynym tradycyjnie muzycznym elementem jest „Moonlight Avenue” dobiegające z tranzystorowego radyjka. W dodatku to „mniej znaczy więcej” jest w jego wykonaniu tak dojmujące, że nikomu na widowni nawet nie przejdzie przez myśl zatęsknić za jakimś kawałkiem na dokładkę. Tu rozpościera przed publicznością pawi ogon swoich możliwości, w których mieszczą się zarówno operowe arie (także z żywego playbacku, jak w duecie Ewy Skibińskiej i Olgi Rusin), pastisz solidarnościowych songów spod znaku „We Are The World” (zbiorowe wykonanie „Biedy mamy już dość”), wariacja na temat „Żeby Polska była Polską” Pietrzaka – tu „Polska, wspaniały kraj”, musicalowe kawałki na dwa głosy w starym stylu ewoluujące w rockoperę (Klara Bielawka i Andrzej Kłak śpiewający o tęsknocie za mieszkaniem na kredyt), songi inspirowane „Operą za trzy grosze”, która jest czytelnym punktem wyjścia do „Człowieka” („Witamy, witamy, Aria pośrednika sprzedaży” Arkadiusza Brykalskiego czy finałowy utwór). Są kawałki rockowe i popowe, które brzmią tak dobrze i tak uparcie czepiają się pamięci, że na miejscu gwiazd występujących gościnnie w „Człowieku z papieru” – Julii Wieniawy i Ralpha Kamińskiego honorarium zainwestowałabym w Nepelski Production a conto przyszłych przebojów. Wiele utworów to – biorąc w nawias kolizję treści z galową, festiwalową melodią – kawałki o potencjale przebojów, które z łatwością wpadają w ucho i nie chcą się od nas odkleić. Jeśli w ekipie realizatorów, poza Wieniawą i Kamińskim, mieściłby się ktokolwiek potencjalnie zdolny przeskoczyć barierę trzydziestu pięciu tysięcy złotych za metr kwadratowy warszawskiego mieszkania, to właśnie Nepelski, o ile tylko by mu się chciało, bo w ciemno obstawiam, że szczyty playlist zdobywałby wystukując refreny na pięciolinii lewą ręką.

Jeśli chodzi o obsadę, Skrzywanek idzie w poprzek oczywistościom – jedną z aktorek tej gali jest Ewa Skibińska, która wprawdzie tańczy, ale śpiewać nie potrafi i to swoje nieśpiewanie znakomicie ogrywa ze wsparciem sopranistki Olgi Rusin w „Arii Diwy”. Pozostałym ta sztuka wychodzi zdecydowanie lepiej, ale zespół Powszechnego ma tutaj nie tyle olśnić widza (od tego są gościnnie występujące gwiazdy), co raczej wykorzystać taniec i śpiew jako jedne z kart w wachlarzu środków, pozwalających nieustannie zaskakiwać widza, wybijać go z poczucia komfortu. Konwencje zmieniają się nieustannie – jest tu realizm, dramat interwencyjny, teatr muzyczny, rekonstrukcja zdarzeń, a zespół Powszechnego w tą migotliwą stylistykę znakomicie się wpisuje. Znakomity jest Michał Czachor w roli konferansjera-dyrektora, w istocie ponurego klauna prowadzącego galę i dbającego o kiepskie samopoczucie publiczności. Anna Ilczuk potrafi być w roli Agnieszki na przemian zaangażowana i zdystansowana – widz może odnieść wrażenie, jakby momentami stała obok swojej postaci, co łagodzi nieco jej przerysowany, wywiedziony z filmów Wajdy charakter. Zupełnie inną konwencję i temperaturę wnosi na scenę Karolina Adamczyk jako aktywistka w nieco groteskowej operetce o eksmisji – tańcząca i śpiewająca w przeskalowanym kostiumie bierze w nawias grozę sytuacji, która paradoksalnie wydaje się jeszcze bardziej dojmująca. Podobnie jest z zakochaną parą na kredycie, graną przez Klarę Bielawkę i Andrzeja Kłaka.

Zastanawiam się, w jaki sposób ten spektakl będzie funkcjonował w Warszawie bez Wieniawy i Kamińskiego (ich udział miał się pierwotnie ograniczyć do wrocławskich galowych pokazów, przy czym już po pierwszym mówiło się o planach dalszej współpracy, która może być utrudniona ze względu na zajętości popularnych wokalistów) – bez nich drugi, środkowy akt straci część potencjału przebojowości, ale też inteligentnej gry, w której oboje podważają swój własny medialny wizerunek. Zarabiające miliony gwiazdy w spektaklu o polskiej biedzie? Uwierzcie, u Skrzywanka ma to sens – Wieniawa i Kamiński są też istotnym elementem dyskusji o twórczej (nie)zależności, o wolności i ekonomicznym zniewoleniu.

„Bardzo dobry spektakl, ale nie na galę” – takie głosy też można było usłyszeć w kuluarach po wrocławskich pokazach. I rzeczywiście, Skrzywanek pozwolił sobie na bezczelny gest – publiczności, która kupiła drogie bilety, żeby przypomnieć sobie o ogrodach (fragment „Pamiętajcie o ogrodach” to przez lata festiwalowy dżingiel PPA) podsunął brutalną opowieść zawiniętą dla niepoznaki w pozłotko. Zamiast czekolady gorycz i kwas – taka antygala.

Tytuł spektaklu

Człowiek z papieru. Antyopera na kredyt

Teatr

Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu w koprodukcji z Teatrem Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Reżyser(ka)

Jakub Skrzywanek

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

16.03.2024

Autor(ka) muzyki

Karol Nepelski

Czas trwania

120 minut

Obsada

Ralph Kaminski

Olga Rusin

Julia Wieniawa

Cezi Studniak

oraz aktorzy Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Karolina Adamczyk

Klara Bielawka

Anna Ilczuk

Ewa Skibińska

Arkadiusz Brykalski

Andrzej Kłak

Michał Czachor

Oskar Stoczyński

muzycy

perkusja

Rafał Dutkiewicz

bass/kontrabas

Jan Wierzbicki

gitara/banjo

Mateusz Szemraj

skrzypce

Michał Rduch

piano/synth

Paulina Atmańska

sax/klarnet

Adam Bławicki

Realizacja

koncepcja, research, libretto i reżyseria

Jakub Skrzywanek

research, libretto i dramaturgia

Piotr Grzymisławski

muzyka

Karol Nepelski

teksty songów

Jaś Kapela

choreografia

Agnieszka Kryst

scenografia i światło

Agata Skwarczyńska

kostiumy

Tomasz Armada

video

Artur Sienicki

przygotowanie wokalne

Anna Serafińska

asystentka reżysera, inspicjentka

Sylwia Mączarowska/Bazhena Shamovich

produkcja PPA

Małgorzata Stobiecka

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany