Recenzje

Popatrz na mnie

| 8 minut czytania | 30 odsłon

Stawka w grze, którą podjęli Kowalczyk z Kowalewskim była więc wysoka – można było w niej wziąć wszystko, albo wszystko przegrać.

fot. Łukasz Giza
fot. Łukasz Giza

Przyznam, że szłam na Reniferka do Teatru Muzycznego Capitol z duszą na ramieniu. Talent Jana Kowalewskiego, Romea z szekspirowskiej inscenizacji Jana Klaty, cenię, fabułę spektaklu znam z adaptacji na Netfliksowski serial. Wiedziałam zatem, w czym rzecz, zdawałam sobie sprawę, w czym tkwi dramaturgiczny suspens, gdzie znajdę punkty zwrotne. Spodziewałam się solidnego aktorstwa. To, czego się obawiałam, to brak niespodzianek, na które zwykle czekam w teatrze.

Młody aktor czekając na start kariery, dorabia stojąc za jednym z londyńskich barów. Któregoś dnia siada przy nim płacząca, starsza od niego kobieta. Richard nie wie jeszcze, że podsuwając jej chusteczkę i częstując herbatą, zakłada sobie pętlę na szyję. Od tej pory Martha będzie go prześladować, a on sam odkryje, jak bezradny i pozbawiony oparcia stanie się na celowniku stalkerki. Upłynie sporo czasu, a licznik odebranych wiadomości od Marthy dawno wysiądzie, zanim uda mu się uwolnić od prześladowczyni – tym trudniejszej do pokonania, że obytej z prawnymi kruczkami.

Fenomen tekstu Richarda Gadda, brytyjskiego aktora, komika, scenarzysty polega na tym, że nic tu nie jest tak jednoznaczne, jak by się mogło wydawać na podstawie krótkiego opisu fabuły – od podziału na sprawczynię i ofiarę zaczynając. Bo jeśli w tej drugiej roli obsadzimy spragnionego atencji aktora, to okazuje się, że oprócz niewątpliwego cierpienia i poczucia osaczenia związanych z relacją z psychofanką, daje też ona okazję, żeby nakarmić swoje ego – przynajmniej do momentu, kiedy sytuacja zacznie wymykać się spod kontroli i zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Rzecz opiera się bowiem na drobnych niuansach, przy czym Gadd, pokazując dwuznaczność patologicznej więzi łączącej bohaterów, nie rezygnuje też z drobiazgowego portretowania mechanizmu stalkingu, którego ofiarami padają często aktorki i aktorzy. Pokazuje, że poza profesją, która pociąga za sobą określone potrzeby i cechy osobowości i charakteru, mają tu również znaczenie wcześniejsze doświadczenia przemocy, których piętno jest widoczne w schematach zachowań, często nieoczywistych, takich jak poczucie bezpieczeństwa, które pojawia się – paradoksalnie – kiedy w życie wkrada się chaos. To wszystko poza tym, co nie podlega kwestionowaniu – że doświadczenie stalkingu może dotknąć każdego i że w zetknięciu z psychofanką czy psychofanem każdy i każda z nas staje się podobnie bezradny. 

Historia Reniferka, który zawdzięcza światową karierę platformie streamingowej, zaczęła się na scenie i na scenę wróciła. Pierwotnie Richard Gadd, autor scenariusza i odtwórca głównej roli, pokazał tę opowieść w Edynburgu, gdzie Reniferek miał premierę w 2019 roku. Ta teatralna wersja przyniosła mu dwa ważne festiwalowe wyróżnienia, które otworzyły przed spektaklem drogę na sceny londyńskich teatrów i do kolejnych sukcesów, z nagrodą Laurence’a Oliviera włącznie. To w ślad za nimi pojawiła się serialowa, siedmioodcinkowa adaptacja, która powstała pięć lat po scenicznej premierze. Nie osłabiła przy tym wcale popularności scenicznego tekstu, który jest wystawiany na całym świecie, zwłaszcza odkąd zostało zniesione sądowe ograniczenie nałożone na tekst po pozwie wniesionym przez kobietę będącą pierwowzorem scenicznej Marthy. Kilka miesięcy przed wrocławską wersją wyreżyserowaną przez Filipa Kowalczyka powstawał spektakl Filipa Gieldona w Teatrze Śląskim z Mateuszem Znanieckim w roli głównej.

Nietrudno się domyślić, skąd to powodzenie – jak wspomniałam, ten w dużej mierze autobiograficzny tekst Gadda nie jest wyłącznie interwencyjną historią o stalkingu, ale mówi też (a może przede wszystkim) o dwuznacznej relacji między Marthą a Richardem i o tym, jak bardzo uzależniająca dla obu stron jest ta uwolniona jednym niewinnym gestem spirala. To nie jest prosta historia, w dodatku w teatralnej wersji staje się dla wykonawcy ogromnym wyzwaniem, ustawiającym poprzeczkę piekielnie wysoko. Po pierwsze przez sam fakt kondensacji fabuły i emocji do siedemdziesięciu pięciu minut w zestawieniu z siedmioma około półgodzinnymi odcinkami serialu, po drugie – przez kalejdoskop stanów psychicznych, ale także pobocznych postaci, które trzeba wprowadzić na scenę w formule monodramu.

Zbrodnią byłoby nie skorzystać z takiej okazji. I o ile w spektaklu w Śląskim, bohaterowie drugo- i trzecioplanowi pojawiają się jako głosy z offu, to we wrocławskim one man show, Kowalewski wchodzi na przemian w skórę młodego aktora, swoich kumpli, partnerki Teri i pożerającego pączki na komisariacie posterunkowego, a nawet Marthy, która jest tu również dobiegającym z offu głosem Emose Uhunmwangho – jakby dla podkreślenia, że mamy do czynienia z postacią z innego świata, w którym społeczne normy i psychologiczna logika przestały obowiązywać.

Kowalewski i Kowalczyk sięgają po formułę monodramu, rezygnując z niemal wszystkich możliwych pomocy, które mogłyby podkręcić tę opowieść – scenografia Agaty Chodyry i Marceliny Marszałek sprowadza się do czerwonej kurtyny, całą resztę robią światła; kostium podlega subtelnym modyfikacjom; rekwizyty są sprowadzone do absolutnego minimum (ręcznik przewieszony przez ramię wystarcza nam za sugestię, że rozmawiamy z barmanem, a pączek – że trafiliśmy na komisariat). Jedyną dodatkową atrakcją są piosenki (muzyka Franciszka Dziubka) – włączone w narrację spektaklu, pozwalające na oddech, spowolnienie, na chwilowe rozluźnienie napięcia w tym narracyjnym mechanizmie, który przypomina bombę zegarową z sekundnikiem, który wydaje się nieustannie przyspieszać w kierunku detonacji. Twórcy słusznie zakładają, że jeśli ta opowieść ma w teatrze zadziałać, to właśnie podana sauté – jako niczym nie przyprawiony i nie ugarnirowany wywar z emocji, gorących, parujących, prosto z garnka. Ta czysto aktorska forma jest nawiązaniem do formuły stand-upu, w której stara się odnaleźć miejsce dla siebie bohater, londyński komik. Ale też do czegoś więcej – postać wynurzająca się zza kurtyny w okręgu światła obiecuje nam coś na kształt prestidigitatorskich sztuczek, takich jak wyciągnięcie królika z kapelusza czy gołębia z kieszeni. Tymczasem jedyną magią, jaka ma szansę wydarzyć się na scenie jest tylko (i aż!) ten kalejdoskop przeistoczeń – fizycznych, psychologicznych, emocjonalnych – jakim podlegają postacie grane przez Kowalewskiego. I ta magia się dzieje, co jest świadectwem nieustannej najwyższej gotowości aktora, który ani przez moment nie spuszcza z tonu, ani przez chwilę nie pozwala widzom odkleić się od swojej opowieści. Co jest o tyle trudne, że – mimo świetnie napisanego scenariusza – że większość z nas zna mechanizm podobnych historii, jeśli (oby!) nie z życia własnego czy swoich bliskich, to z prasowych czy telewizyjnych reportaży. Wiemy, jak się zaczynają, zdajemy sobie sprawę, jak mogą się skończyć, o ile stalkingowi nie postawi się w porę tamy.

Stawka w grze, którą podjęli Kowalczyk z Kowalewskim była więc wysoka – można było w niej wziąć wszystko, albo wszystko przegrać. Poza talentem istotna była tu też precyzja – już pomijając galerię pobocznych postaci i zostawiając samego głównego bohatera, tekst Gadda daje cały kalejdoskop stanów emocjonalnych, ale i przeskoków w czasowych planach – od tu i teraz do bardziej i mniej odległej przeszłości. To, co w serialu odsłania się z odcinka na odcinek, tutaj dostajemy skondensowane w ciągu sekund, minut, nie godzin. Sięgnięcie przy tych ograniczeniach po psychologiczne, wcieleniowe granie byłoby ryzykowne, zamiast tego Kowalczyk i Kowalewski wybierają groteskę, co okazuje się strzałem w dziesiątkę, bo w tym wykrzywieniu, w pozornej zgrywie, groza sytuacji wydaje się jeszcze bardziej dojmująca. Precyzja aktorskich działań sprawia też, że scena po scenie wyłania się przed nami migotliwy i zróżnicowany portret bohatera Reniferka, a w ślad za nim – cała paleta naszych, widzowskich reakcji, od sympatii, po irytację, od współczucia po oburzenie. Tym, co je łączy, jest jednak zrozumienie na każdym etapie tej historii – zarówno kiedy bohater częstuje Marthę herbatą, kiedy pozwala jej na zbyt wiele, karmiąc się jej uwagą i atencją, kiedy próbuje się wycofać i kiedy szuka ratunku, odkrywając, że tkwi w pułapce, z której nie będzie w stanie się wywinąć na własną rękę. Także wtedy, kiedy w finale zaczyna też rozumieć swoją prześladowczynię i trochę jej współczuć – duża w tym zasługa Emose Uhunmwangho, która oddała stalkerce nie tylko głos, ale i coś więcej, ten ukryty pod pozorem wymuszonego luzu lęk przed odrzuceniem, pozwalający przeczuć nam to, co zostanie odkryte w finale – zasadę mechanizmu, który połączył na początku tej historii dwoje bohaterów. 

Magda Piekarska

Tytuł spektaklu

Reniferek

Autor(ka) tekstu

Richard Gadd

Teatr

Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Reżyser(ka)

Filip Kowalczyk

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

15.05.2025

Czas trwania

75 minut

Obsada

Jan Kowalewski

Głosy z offu

Emose Uhunmwangho, Katarzyna Pietruska

Realizacja

Autor tekstu

Richard Gadd

Tłumaczenie

Klaudyna Rozhin

Reżyseria

Filip Kowalczyk

Muzyka

Franciszek Dziubek

Scenografia

Agata Chodyra, Marcelina Marszałek

Asystentka reżysera

Julia Karpińska

Zdjęcie do plakatu

Katarzyna Pietruska

Autor plakatu

Rafał Derkacz

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany