Katarzyna Dudzic-Grabińska wydobywa z historii budowy słowackiej autostrady D1 opowieść o marzeniu, które przez dekady nie potrafi stać się rzeczywistością. Faktografia i polityczne kontrowersje są tu tylko punktem wyjścia – pierwszą warstwą znacznie bardziej złożonej konstrukcji dramaturgicznej.
Autostrada D1 ma stać się główną osią komunikacyjną Słowacji, swoistym równoleżnikowym kręgosłupem kraju, który połączy jego zachodnią i wschodnią część. Prowadzona przez Trnawę, Trenczyn, Żylinę, Martin, Rużomberk, Poprad i Preszów, ma spiąć dwa największe słowackie miasta – Bratysławę i Koszyce – a dalej otworzyć trasę ku granicy z Ukrainą, gdzie jej przedłużeniem staje się magistrala M06. Wszystko to brzmi ambitnie, ale cóż właściwie w tej inwestycji infrastrukturalnej może być ciekawego dla teatru? Okazuje się, że wiele. Wystarczy przyjrzeć się sprawie uważniej. Zacznijmy od tego, że o ile nigdy nie kwestionowano samej potrzeby połączenia zachodu i wschodu Słowacji, o tyle wiele wątpliwości budził przebieg trasy. Poprowadzono ją przez północną część kraju, a więc przez wymagający, górski teren, który wymuszał budowę kolejnych tuneli, mostów i skomplikowanych odcinków inżynieryjnych. To wszystko, rzecz jasna, generowało ogromne koszty. Niewiele uwagi poświęcano też argumentom podnoszonym przez ekologów. W pewnym momencie uruchomiono nawet w tej sprawie mechanizmy skargowe Europejskiego Banku Inwestycyjnego.
Najbardziej drażliwy okazał się jednak ten czas przyszły. Te wszystkie: „ma”, „w zamierzeniu”, „połączy”, „będzie”… D1 od początku była bowiem nie tylko projektem infrastrukturalnym, lecz także wielką obietnicą scalenia państwa, zbudowania realnego połączenia i wyrównania relacji między peryferią a centrum. Była również sprawdzianem sprawczości młodej słowackiej państwowości po „aksamitnym rozwodzie” z Czechami w 1993 roku. Choć sama historia budowy zaczęła się znacznie wcześniej, jeszcze na początku lat siedemdziesiątych, to właśnie po odzyskaniu politycznej samodzielności D1 stała się jedną z najważniejszych obietnic modernizacji, regularnie odświeżaną przez kolejne rządy. Minęło ponad pół wieku, a obietnica nadal pozostaje obietnicą. Na niektórych odcinkach prace nawet jeszcze nie ruszyły. Tym samym „D1. Pieśń o autostradzie”, sztuka napisana w 2021 roku przez Lukáša Brutovskiego na podstawie bieżących wydarzeń, nie straciła przez ostatnie pięć lat na aktualności. I prawdopodobnie nie straci jej nawet wtedy, gdy za dekadę trasa zostanie wreszcie ukończona. Słowacki reżyser teatralny, dramatopisarz, tłumacz i muzyk nie zatrzymuje się bowiem na doraźnej publicystyce ani na łatwej krytyce inwestycyjnego chaosu. Faktografia i polityczne kontrowersje są tu tylko punktem wyjścia, pierwszą warstwą o wiele bardziej złożonej konstrukcji dramaturgicznej.
Pierwsze, co zwraca w tym tekście uwagę – a właściwie: co rzuca się nie w oczy, lecz w uszy – to niezwykłe wyczucie językowe Brutovskiego. Autor ukazuje, nie zwracając na to bezpośredniej, dyskursywnej uwagi, język jako przestrzeń możliwego, podstawową substancję życia społecznego. Jego sprawczy potencjał zdradza już pierwsze zdanie sztuki i spektaklu: „Na początku było słowo, a słowo to brzmiało autostrada…”. Religijna retoryka będzie powracać często, podkreślając licznymi „i powiedział…” związek między mówieniem a tworzeniem światów – w tym przypadku często światów wygodnych dla czyichś interesów, poglądów i politycznych fantazji. Biblijny patos natychmiast zostaje jednak podcięty gorzką, wyzutą ze złudzeń ironią. Katarzyna Dudzic-Grabińska znakomicie wydobywa ten kontrast w pierwszym scenicznym obrazie. Kobieta, w opisie spektaklu nazwana po prostu Oną – Karolina Gorzkowska – wraca, jak możemy się domyślać, do swojego mieszkania. Jest obładowana papierowymi torbami z zakupami, raczej tymi odpowiadającymi przyziemnym, codziennym potrzebom. Upuszcza je, kiedy dostrzega leżące na podłodze półnagie ciało. To On, grany przez Dariusza Maja. Przez chwilę obraz mógłby sugerować początek kryminału, ale szybko okazuje się, że nie chodzi o żadną zbrodnię, tylko o znacznie bardziej powszechny dramat: życie obok wiecznie pijanego męża. Ona najprawdopodobniej zdołała już do tego widoku w jakimś stopniu się przyzwyczaić. Jest jej tylko trochę wstyd – przed nami i przed samą sobą. Siada na taborecie i zaczyna opowieść, która nie tyle ma ją, czy nawet cały kraj, usprawiedliwić, ile pozwolić jej schować się w historii patchworkowo zszytej z elementów przypowieści, bajki, legendy albo – jak chce tytuł – ludowej pieśni. Powierzyć jej troski swojego serca.
Scenografia Anny Adasiak jest minimalistyczna: biały kwadrat podłogi wyznacza pole gry, a czarna ściana z tyłu sceny przypomina jednocześnie szkolną tablicę i ścianę więziennej celi. Zza tej ściany, pełniącej funkcję parawanu i zaplecza, wyłaniają się kolejne rekwizyty: drabiny, kaski, flizelina, czarna folia budowlana, wiadro, żółte gumowe rękawice… Wszystko jest tu tyleż dosłowne, co umownie teatralne. Całość dopełniają oszczędne, chwilami bardzo sugestywne światło oraz ścieżka dźwiękowa, która momentami przypomina monotonny soundtrack niekończącego się remontu, innym razem zaś kilkoma nutami sygnalizuje melodię, która – jakby obciążona tym samym przekleństwem co autostrada – nie znajduje pełnego rozwinięcia. Rzeczywistość sceniczna przypomina tym samym swoiste laboratorium opowieści. On i Ona nie są tu ani prostymi archetypami, ani figurami swobodnie przemieszczającymi się między kolejnymi postaciami, lecz narratorami performującymi przed nami tę historię. Kontynuując teologiczną metaforykę: słowo staje się tu ciałem, zostaje przez ciało przepuszczone, tylko za każdym razem z innym skutkiem. Dudzic-Grabińska rozpisuje bowiem działania aktorów na gęstą partyturę ruchów i gestów, które na przemian, a niekiedy jednocześnie, są umowne i dosłowne. Operują wzniosłą symboliką ukrzyżowania i wulgarną jednoznacznością wyprostowanego środkowego palca; ilustrują wydarzenia, by po chwili – albo w tej samej chwili – stać się podważającym je komentarzem. Raz odgrywane są z ciekawością i zaangażowaniem, innym razem z nieskrywaną niechęcią i znużeniem. Podobnie melodramatyczne nastroje i satyra polityczna na tych, którzy nieustannie przerzucają odpowiedzialność na poprzedni rząd, bywają tu kontrapunktowane anegdotami o tym, że Chińczycy chętnie ukończyliby autostradę, a po obiedzie machnęliby jeszcze szpital.
Te zabiegi pozwalają uchwycić zarazem polifoniczny charakter wspólnoty – Krainy, z której głosów utkana jest cała opowieść – i jej wewnętrzne rozedrganie: zmęczenie, niepewność, obawy, wahania, resztki nadziei mieszające się z narastającą frustracją. Alegoryczne Serce Krainy, które raz po raz dochodzi do głosu, otwarcie zdradza źródłowy konflikt i dwuznaczność tej sytuacji, odwołując się do podwójnego znaczenia angielskiego słowa dream, oznaczającego jednocześnie sen i marzenie. Ten sen-marzenie o „połączeniu” nabiera zresztą niemal metafizycznego znaczenia. Zwłaszcza że droga – a w naszym przypadku autostrada – do jego spełnienia okazuje się wyjątkowo kręta i wyboista: rozkradanie środków, zniknięcie „dwóch tysięcy kubików kruszywa i dwóch tysięcy ton skał”, osunięcie ziemi na odcinku Turany–Hubová oraz, rzecz jasna, „obiektywne przyczyny i geomorfologia”. Ktoś nie będzie chciał wyprowadzić się z domu, który został mu po rodzicach. Ktoś spadnie z rusztowania. W takim pejzażu z wielkiej obietnicy zostaje czasem tylko uśmiech zaproszonej do promocji budowy Claudii Schiffer, rozpływający się w powietrzu niczym uśmiech kota z Cheshire.
Katarzyna Dudzic-Grabińska podchodzi do tego materiału z wyraźnym zaangażowaniem, ale też z rzadką kompetencją, bo polski przekład „D1. Pieśni o autostradzie” wyszedł właśnie spod jej ręki. Dzięki temu spektakl ma wyczucie lokalnego konkretu, ale nie zamyka się w nim hermetycznie. Reżyserka robi wszystko, żeby widz, który nie ma pojęcia, kim był na przykład Vladimír Mečiar, nie pogubił się w gąszczu odniesień. I jeśli nawet niektóre aluzje oraz ukryte cytaty pozostaną nierozpoznane przez tych, którym daleko do realiów Słowacji, nie przekreśla to siły przedstawienia. Przede wszystkim dlatego, że w swoim głównym wymiarze pozostaje ono studium uniwersalnego zapotrzebowania na sprawiedliwość oraz wspólnoty zahipnotyzowanej obietnicami.
Do współpracy reżyserka zaprosiła dwoje aktorów, z którymi łączy ją już wcześniejsze, ważne doświadczenie sceniczne. Dariusz Maj, aktor Teatru Polskiego w Podziemiu, wnosi na scenę charyzmę szorstką, cielesną, podszytą jakimś niepokojącym nadmiarem. Jest w nim wciąż coś z punkowca, którym był jako basista wrocławskiej grupy Sedes. Dudzic-Grabińska świetnie wykorzystała tę energię już w „Alei Narodowej” według powieści Jaroslava Rudiša. Maj grał tam Wandama, przegranego czeskiej transformacji, stałego bywalca praskiej piwiarni Północna, który z mieszaniny resentymentu i nacjonalistycznej fantazji budował opowieść o samym sobie jako tym, którego pięść zapoczątkowała aksamitną rewolucję. „Ostatni Rzymianin”, jak lubił o sobie myśleć, był zarazem śmieszny i przerażający, a swoje pogubienie ukrywał pod maską agresywnej męskości. O pokrewieństwie tej postaci z bohaterem Maja w „D1. Pieśni o autostradzie” świadczy masywny tatuaż z napisem „Adolf Hitler”, wykonany gotycką czcionką na klatce piersiowej.
Karolina Gorzkowska, aktorka Opolskiego Teatru Lalki i Aktora, przynosi na scenę zupełnie inną energię. Współpracowała już z Dudzic-Grabińską przy „Każdego dnia jest mi żal”, monodramie poświęconym Miep Gies – kobiecie, która pomagała ukrywać Anne Frank, jej rodzinę i innych Żydów w oficynie przy Prinsengracht w Amsterdamie, a po aresztowaniu ukrywających się odnalazła i przechowała dziennik Anne. Gorzkowska ma w sobie rzadkie połączenie drapieżności i delikatności. Trudno zwątpić w jej wewnętrzną siłę, a jednocześnie łatwo uwierzyć, że jej bohaterka jest nazbyt wyrozumiała w swojej gotowości do brania na siebie ciężaru cudzych słabości. Dlatego tak mocno działa moment, gdy w drugiej połowie spektaklu Gorzkowska wraca do jego pierwszego zdania, żeby stwierdzić z niedowierzaniem, że nie potrafi już przypomnieć sobie, co było na początku. Bo to było tak dawno – wtedy, gdy po raz pierwszy powiedziano: „następny termin”.
„D1. Pieśń o autostradzie” dobitnie pokazuje też, że dla Słowacji – a szerzej: dla dużej części Europy Wschodniej – wiecznie nieukończoną autostradą pozostaje społeczeństwo obywatelskie. Budujemy je i budujemy, inwestujemy w nie i inwestujemy, obiecujemy sobie kolejne „połączenia” i „mosty”, a jednak raz po raz zjeżdżamy na boczne, dobrze już wyjeżdżone drogi. Na tych drogach nie rządzą odpowiedzialni przed nami politycy, lecz rozmaici „ojcowie”. Coraz to nowi, z coraz to nową twarzą, zawsze z kolejnym terminem spełnienia marzeń. Smutne to. Doprawdy smutne. Chce się jednak wierzyć, że coś się odmieni, jeśli uważniej będziemy przyglądać się wygrywającym przetargi na tunele, na końcu których chcielibyśmy wreszcie zobaczyć jakieś światełko.
Henryk Mazurkiewicz
