Michał Walczak na scenie Układu Formalnego żeni opowieść o współczesnej Alicji w Krainie Czarów z klimatem „Muppet Show”, bez Kermita, za to bardzo po wrocławsku – z tercetem szczurów w rolach gospodarzy.
Wybierałam się do Układu Formalnego na patokomedię (tak teatr określa „Gwiazdy”) Michała Walczaka z duszą na ramieniu. Jako fanka „Pożaru w Burdelu” nosiłam w sobie wiele niepokojów – o to, czy dowcip, który trafiał w swój czas przed dekadą, przypadkiem się nie stępił, nie zestarzał, czy odnajdzie się w nowym geograficznym kontekście i w rzeczywistości, którą piekielnie trudno jest przeskoczyć i która sama w sobie coraz częściej przypomina najbardziej absurdalny z żartów.
Nie rozczarowałam się, co więcej – z zaskoczeniem odkryłam, że w odróżnieniu od pożarowych spektakli „Gwiazdy tańczą na głodzie” tyleż śmieszą, co straszą i wzruszają, trochę na podobieństwo gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej z 2017 roku, w której Marta Zięba, aktorka zwolniona trzy miesiące wcześniej z Teatru Polskiego przez Cezarego Morawskiego, śpiewała słowami Jacka Kaczmarskiego: „A my nie chcemy uciekać stąd” i gdzie kabaretowa szydera wymierzona w urzędników i polityków miała wyjątkowo gorzki smak.
Tym razem swoje spojrzenie Walczak kieruje na margines – miasta i teatru. W jego perspektywie mieści się offowa scena. Przyglądają jej się z zaświatów nieformalni patroni – Jerzy Grotowski, Zbigniew Cybulski, który zanim rozbłysła jego gwiazda, był związany z niezależnym gdańskim Bim-Bomem, i który zginął na wrocławskim dworcu, oraz Agnieszka Osiecka, dosztukowana tu nieco na siłę i na wyrost, bo z artystycznym Wrocławiem niespecjalnie związana. Zmieniły się jednak czasy i rzeczywistość jest inna – małe sceny odcięte od stałego wsparcia muszą borykać się z wnioskami o granty z KPO, a wraz z nimi z całą papierologią, która pozwala na uzyskanie wsparcia i rozliczenie tych pieniędzy.
Ten teatr w teatrze jest usytuowany w bardzo konkretnej przestrzeni Przedmieścia Oławskiego – oto siedząc na widowni Centrum na Przedmieściu przy ulicy Prądzyńskiego, jesteśmy zarazem dosłownie kilka kroków od miejsca akcji, które znajduje się nie w uruchomionym przed sześciu laty i wciąż lśniącym świeżością budynku, ale w obskurnym podwórku, które staje się domem dla szczurów i artystów.
Tam właśnie trafia Xanah (Paulina Mikuśkiewicz), młoda gwiazdka neuropopu, sformatowana przez dużą wytwórnię na zlecenie swojego bogatego i wszechmocnego tatusia. Xanah wypłynęła w pandemii, kiedy pojawił się jej album „Covidianka” o podziemiu gastronomiczno-fryzjerskim, mgle mózgowej i zakazanych imprezach, ale potem jej kariera utknęła. Teraz próbuje ruszyć w nowym kierunku, nagrywając depresyjne piosenki na nową płytę. Jest uzależniona od scrollowania, nie potrafi być offline i potrzebuje nieustannej dostawy sygnałów akceptacji. Jej najnowszy teledysk powstaje w miejscu społecznego wykluczenia, wrocławskim „Trójkącie Bermudzkim”, dawnej „dzielnicy strachu”.
Wątek Xanah jest odzwierciedleniem przygód Alicji w Krainie Czarów – wprawdzie zamiast króliczej mamy tu szczurzą norę, ale ten tunel również prowadzi do alternatywnego świata na opak, już nie Przedmieścia, ale Podmieścia Oławskiego, w którym zamiast osiedlowej Żabki w podwórku ostatniej niezrewitalizowanej kamienicy stoi Chrapka, przystań wyklętych artystów, gdzie incel zakochuje się z wzajemnością w dziewczynie, postrach sieje krwiożercza królowa dzielnicy, suka Dziara, a na straży porządku stoją Zdrapek, Zgniłek i Chrupek, szczury na umowach śmieciowych. Drugim czytelnym źródłem inspiracji jest tutaj „Muppet show” z zespołem walczącej o sukces sceny, zmagającej się z kłopotami finansowymi i ambicjami tworzących ją artystów. I to odniesienie jest tu czytelne zarówno w treści, jak i w kształcie plastycznym, zwłaszcza sceny z Xanah i szczurami w kącie podwórka przypominają te z teatru Muppetów, gdzie zaproszone do programu gwiazdy konfrontowały się z gospodarzami show – Kermitem czy świnką Piggy.
Tytułowy pokaz ma w założeniu bardziej współczesny wymiar, daleko mu do teatru, bliżej do formuły telewizyjnych reality shows, gdzie dzięki kamerom możemy podglądać uczestników, tutaj zaproszonych do udziału w formacie polegającym na terapii uzależnień. Poprowadzi ją Daria Gorączko (Wiktoria Czubaszek), dawna aktorka, która porzuciła nałóg do najgorszego rodzaju teatru – offowego, eksperymentującego, przekraczającego. Z uzależnienia wyrwał ją zaliczony w pandemii kurs masterclass z work-life-body-and soul mindfullness balans. Porzuciła partnera, wybrała życie na etacie i odniosła sukces jako terapeutka gwiazd. Teraz w ramach nowego formatu platformy streamingowej Nightflix będzie terapeutyzować Xanah, ale też pozostałych uczestników programu. Jest wśród nich grany przez Adama Michała Pietrzaka „trzydziestoletni nastolatek” Eryk spędzający długie godziny na komputerowych grach i oglądaniu porno w sieci. Jest offowy reżyser Jerzy Miazga (Przemysław Furdak), twórca teatru makabry Deformat, z antykapitalistycznymi neohorrorami w repertuarze, pełnymi przemocy, nagości i wynaturzeń – uzależniony od grantów, biedy i niezależnej sceny. Jest Amrap (Jerzy Górski), skrywający podwójną tożsamość i nie mogący żyć bez siłki, treningów, tatuaży i toksycznych osób gwiazdorskich. Jest Jakub Chrapka (Rafał Pietrzak), szef istniejącej we Wrocławiu od wieku sieci całodobowych kiosków wspomagających w chwilach kryzysu związanych ze światem sztuki niezależnych twórców. Są wreszcie ojciec Xanah, wampiryczny Vigor Mortis (Maciej Rabski) nękany lękiem przed śmiercią, któremu instynkt podpowiedział ucieczkę z branży pogrzebowej w biznes związany z medycyną estetyczną, i jego nowa partnerka, uzależniona od operacji plastycznych Vera (Alicja Czerniewicz).
Jedni przełamią swoje ograniczenia (Eryk odklei się od komputera, a Xanah solennie obieca, że nigdy nie będzie już śpiewać), inni zatoczą koło i wrócą w utarte koleiny, zwłaszcza kiedy nałóg okaże się zbyt silny – jak teatr. Tak naprawdę jednak wszyscy marzą o solidnej dawce fejmedronu, nowego narkotyku, który zamienia zwykłych ludzi w gwiazdy.
A chociaż Walczak nie wychodzi poza żelazny zestaw tematów, które na hasło „Wrocław” wyrzuci nam internetowa wyszukiwarka – są zatem i szczury, jest duch Grotowskiego, Kolegium Dehumanum i nocna prohibicja – to potrafi wycisnąć z nich iskry dowcipu, które omijają banał. Zarazem tym, co brzmi najmocniej, a jednocześnie najśmieszniej i najsmutniej zarazem, nie są wcale zahaczające o lokalność żarty, ani też opowieści o uzależnieniach, ale narracja o artystach i ich całkiem współczesnych bolączkach. A choć od czasów wielkich mistrzów – Grotowskiego, Cybulskiego i Osieckiej – zmieniło się wiele i prawdziwa sztuka nie musi już być niezdrowa, a młodzi artyści nie przekraczają jej granic tak chętnie i na zawołanie; przeciwnie – dbają o formę i dobrostan procesów twórczych, to cierpią dokładnie tak samo i tak samo kruchy jest ich budowany na scenach, planach filmowych czy na kartkach papieru byt.
„Gwiazdy” mają w sobie to, czego można oczekiwać od kabaretowego show: mocny rysunek postaci, spośród których każda niesie ze sobą konkretny nałóg i problem, montaż scen dialogowych i piosenek z muzyką Michała Smajdora (chciałoby się tych ostatnich więcej), ale kryją w sobie jeszcze jeden skarb i niespodziankę zarazem – to znakomite, genialnie animowane lalki wymyślone i zaprojektowane przez Macieja Rabskiego. W zasadzie nie powinno nas to dziwić – cały zespół Układu Formalnego składa się z absolwentów Wydziału Lalkarskiego białostockiej i wrocławskiej Akademii Sztuk Teatralnych, lalki Macieja Rabskiego pojawiły się już wcześniej w skierowanym do najmłodszej widowni spektaklu „W stronę słońca”, ale też w „Nie karmić potwora”, ale dopiero w tym spektaklu dają pokaz swojej siły. Jej świadectwem są wspomniane sceny z Xanah i pacynkowymi szczurami, gdzie animowane są nie kończyny, ale pyszczki zwierząt. Ale przede wszystkim Adam Michał Pietrzak, który w podwójnej roli Eryka w żywym planie i jego matki Elwiry w lalkowej hybrydowej formie daje pokaz prestigitatorskich umiejętności – głowa matki, wydaje się unosić w powietrzu nad jego ramieniem i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby odkryć, jak dzieje się ta magia. W dodatku aktor prowadzi dialog między dwiema postaciami, ba! nawet śpiewa duet na dwa głosy. Zarazem to przedziwne połączenie postaci syna z głową matki jest ściśle związane z charakterem łączącej ich relacji – niezdrowej, zbyt bliskiej, nierozerwalnej. Eryk jako „trzydziestoletni nastolatek”, jest określany mianem „matkolatka”, a Elwira wydaje się być rodzajem nowotworu, chorobliwej narośli na ciele syna.
Robi wrażenie wielość form – z jednej strony mamy „muppetowe”, pacynkowe – szczury i ducha ojca Chrapki przemawiającego przez paczkę chipsów, z drugiej – trzy figury „mistrzów”, każda z formalnie innej parafii: Grotowski to duża forma lalkowa, Cybulski pojawia się w postaci ożywionego portretu z animowaną, poruszającą się żuchwą i świecącymi oczami, a Osiecka – dużej, pełnej maski. Jest jeszcze sterujący sceniczną opowieścią Czat z głową Rabskiego i ogromnym ciałem, animowany przez dwóch aktorów, są totemiczne śmieciołaki o ruchomych kończynach i suka Dziara – też w formie lalkowej. Te wszystkie byty są znakomicie osadzone w kształcie plastycznym spektaklu (znów autorstwa Macieja Rabskiego), ze scenografią, która przenosząc nas na pobliskie podwórko, zarazem teleportuje widzów i bohaterów na backstage jakiejś małej sceny na West End czy Broadwayu, gdzie swoją siedzibę mógł mieć Teatr Muppetów; i z przeskalowanymi kostiumami (ultraszerokie biodra Darii Gorączko, brzuch Chrapki), które zbliżają postaci żywego planu do lalkarskich form.
„Gwiazdy tańczą na głodzie” nie będą może prowokować tylu wybuchów śmiechu, co spektakle „Pożaru w burdelu”, a te, które się rozlegną w Centrum na Przedmieściu (a będzie ich pewnie sporo, bo już premierowy set był świadectwem apetytu wrocławskiej publiczności na inteligentną komedię i kabaret) będą podszyte goryczą, zwłaszcza jeśli na widowni usiądą artyści, żeby zobaczyć na scenie, w krzywym zwierciadle własne porażki i niespełnienia. Ale poza okazją, żeby pośmiać się z samych siebie, spektakl Walczaka poprzez swoją plastykę zaprasza nas do świata niczym nieograniczonej kreacji, w którym – na przekór KPO, biurokracji, i wiecznym finansowym niedostatkom – wszystko jest możliwe. I to jest jego zwycięstwo.
Ps. To nie żart: „Gwiazdy tańczą na głodzie” również powstały ze środków KPO. Ośmielam się twierdzić, że to jeden z dowodów na ich najlepsze wydatkowanie.
Magda Piekarska
